II. Mechanizm i anatomia prowokacji
No cóż, tak się złożyło, że ja akurat jestem synem chłopa z tamtych okolic i poznałem tamten świat, a właściwie dawny, dziś już nie istniejący, z opowiadań ojca. Wolałem wprawdzie słuchać o Kaukazie, ale gdy temat się wyczerpał, a ja wciąż jeszcze nie radziłem sobie z czytaniem, zadowalałem się opowiadaniami o Podlasiu i okolicy. Jednego jestem pewien, ojciec mógł trochę podkoloryzować żeby zaciekawić dzieciaka, ale w zasadzie trzymał się faktów i na pewno niczego nie zmyślał. Po prostu nie potrafił i to jest chyba dziedziczne.
Ojciec przez całe życie, pozostał wierny wyniesionym stamtąd przekonaniom endeckim. To tym bardziej zrozumiałe, gdyż możliwość kształcenia się i awansu życiowego (o ile można to uważać za awans), zawdzięczał organizacjom o charakterze narodowym. Teren Podlasia i przyległa część Mazowsza, były bowiem domeną Endecji, w znaczeniu tradycyjnym, jeszcze od Powstania Styczniowego. Te wspomnienia mieszały się następnie z nieludzką rozprawą władz z Unitami, natomiast nie istniała wrogość do Żydów. To też zrozumiałe, bo gdy carskie władze zdecydowały się następnie uderzyć w podstawy rozwoju ekonomicznego Łodzi i tzw. Kraju nadwiślańskiego przez wprowadzenie ceł wewnętrznych, Żydzi zorientowali się pierwsi i zainicjowali przenoszenie przemysłu zaraz za granicę celną, co dało impuls rozwoju Białegostoku, a więc ostatecznie także i chałupnictwa w dolinie Biebrzy.
Sytuacja trochę się zmieniła, gdy wybił się Dmowski, bardzo zdolny polityk, charyzmatyczny i jednocześnie pragmatyczny przywódca (rzadkie połączenie) Odszedł on od dawnych zasad i ustanowił nowe, można powiedzieć, egoizmu narodowego. Żydzi określeni zostali jako konkurencja , nie pozostawiająca dość miejsca dla rozwoju polskiej klasy średniej. Ale tylko w sensie ekonomicznym, na tym terenie nadal pozostawali pod parasolem ochronnym, obowiązywał wciąż wspólny front wobec władz, czarna sotnia i pogromy nie miały żadnych szans, to mogło się zdarzać tylko gdzieś na wschodzie.
Kończąc tą odległą historie dodam, że i ja sam, wychowując się w rodzinie o endeckich przekonaniach, podzielałem je i zmieniłem dopiero w czasie wojny. Ale nigdy nie zauważyłem wrogości wobec Żydów, rodzice uznawali potrzebę umocnienia polskiej klasy średniej, ale ojciec twierdził też, że Polacy mogli by wiele nauczyć się od Żydów - im prędzej, tym lepiej.
W jaki więc sposób mogło dojść do tragedii i tak potwornej zbrodni? Już na pierwszy rzut oka, absurdalne jest przypuszczenie, że to miejscowa ludność polska, od wieków współżyjąc z Żydami, mogłaby w przystępie jakiegoś amoku nagle ich wymordować. Po prostu bzdury, sen pijanego ogrodnika. A po drugie, jak właściwie wyglądał mechanizm zbrodni, jej anatomia?
Na pierwsze pytanie, jedyną konsekwentną odpowiedź przedstawiła dotąd współczesna propaganda niemiecka. Według niej, ta zmiana dokonała się w ciągu niecałych dwóch lat okupacji sowieckiej, w wyniku kolaboracji Żydów z tym wyjątkowo nieludzkim terrorem. Właściwie, jeszcze więcej, rządów żydowskich, bo rzekomo cały system ZSRR przedstawiano jako żydowski twór, system niewolniczy mającym zapewnić panowanie Żydów nad innymi narodami i w przyszłości, całym światem – jednym słowem, kompletna paranoja. Dlatego rzekomo, wszystkie narodowości na wschodzie wraz z Polakami, witały z wdzięcznością swoich oswobodzicieli, a zapałały dziką nienawiścią do Żydów. Oczywiste kłamstwo, ale starannie obmyślone i bezustannie powtarzane, jednak przeniknęło do podświadomości. Propaganda goebelsowska zwracała się przede wszystkim do własnego narodu, ale również i do możliwie dużej części świata, mając na celu przygotowanie i usprawiedliwienie rozpoczynającej się zbrodni powszechnego wymordowania całego narodu. Morderca z reguły stara się zohydzić swoją ofiarę, szlakować ją, aby wzbudzić wrażenie, że działa słusznie albo przynajmniej w stanie wyższej konieczności. Tak naprawdę to ofiara jest sobie sama winna i zasługuje na swój los. Tak było zawsze, ale ostatnio modna stała się tak zwana nauka viktymologii, usiłująca wyjaśnić, dlaczego właśnie te, a nie inne ofiary stały się ofiarami. Krótko mówiąc, poszukująca zła nie w umyśle zbrodniarza, ale jego ofiar.
Zdumiewa i przeraża mnie fakt, że fałsz szerzony przez hitlerowców zdołał po latach tak zatruć umysły, że faktycznie stał się postawą rozumowania obu stron sporu. Przecież nie kwestionuje go, lecz faktycznie opiera na tym swoje relacje również Pan Gross i Pani Arnold. To jakiś koszmar, obłęd.
Przecież społeczeństwo polskie na kresach, nigdy za prześladowania okupanta nie winiło zbiorowo Żydów. Wiem to z wiarygodnych źródeł, między innymi od własnego ojca, który ocalał dzięki ostrzeżeniu otrzymanym od miejscowych Żydów, uciekając w porę przez zieloną granicę właśnie z pobliskiego terenu Podlasia. Ta relację i stosunki panujące na całym terenie przedstawiłem obszernie w książce i nie ma potrzeby nic powtarzać. Polscy Żydzi, przeważnie zachowywali się przyzwoicie, a często sami padli ofiarą radzieckiego okupanta, nie było żadnej taryfy ulgowej. Oczywiści, zdarzali się zdrajcy, ale wśród Polaków też. Wprawdzie w aparacie terroru, NKWD, rzeczywiście znaczną część stanowili Żydzi, ale pochodzący z ZSRR. Zdrajcy miejscowi, bez względu na narodowość, raczej nie dochodzili do ważniejszych funkcji.
Te znane fakty, są obce nowym pokoleniom. Jednym słowem, błędy wynikają z ignorancji. Ale co ważniejsze, chyba zupełnie nie zdają sobie one sprawy, jak wyglądał mechanizm prowokacji. Ja miałem okazję przestudiować to z bliska w lipcu i sierpniu 1939 i następnie wstecz zapoznać się z maszyną propagandową. Np. w wydawnictwie Auswaertiges Amt 1939, Reichsdrukerei Berlin 1939 Dokumente zur Vorgeschichte des Krieges Nr 2, druga część tzw białej księgi, wymienione są dziesiątki podpaleń zabudowań kolonistów niemieckich przez, rzekome „bandy polskich chłopów”. Nie pada przy tym tak wiele trupów, raczej wymienia się pojedyńczych zabitych i rannych, gdyż w końcu te prowokacje dokonywane były przez Niemców na samych Niemcach. Ale owszem, opisane są się też takie wypadki, że np. „zdziczały Polak” wyrywa matce dziecko z rąk i zabija je. Kiedy polskie władze usiłowały wyjaśniać, że przecież są to prowokacje (wtedy określano to nazwą tzw. piątej kolumny), Hitler nawiązał do tego w mowie 1 września, cytuję - „nie wiem, na czym polegają prowokacje kobiet i dzieci, które porywa się i maltretuje, ani prowokacje tych, których torturuje się w sadystyczny, zwierzęcy sposób i ostatecznie morduje... Ostatniej nocy zdarzyło się 21 takich wypadków, bieżącej, dotąd zameldowano o 14, w tym 3 ciężkie. Jestem zdecydowany...zatroszczyć się... reagując siła... po to, aby w przyszłości zapewnić ...pokojowe współżycie Niemców i Polaków (sic!)...”. (Te trzy ciężkie wypadki to rzekomo atak oddziału polskich powstańców na radiostację w Gliwicach, przejściowo zajęta i odbita przez oddział dyspozycyjny SS, oraz dwa napady polskich żołnierzy w rejonie Liegnitz, przy czy zabici zostali funkcjonariusze niemieccy, po jednym celniku w Phalzdorf, Kreis Gruenberg i Roersdorf, Kreis Fraustadt.). I dalej: „Od tej chwili, trwa dalsza walka, wojska niemieckie odpowiadają ogniem... itd.”
Gdyby nie proces Norymberski oraz odnalezienie konkretnych dowodów (ale jednak nie przez Polaków, lecz wywiady alianckie) i szczegółowym udokumentowaniu mechanizmu prowokacji, zapewne teraz tłumaczylibyśmy się także z wywołania II Wojny Światowej, historycy daremnie szukali po niemieckich archiwach, a my pełni wątpliwość, składali przeproszenia.
Czy wymienione wypadki niczego nie przypominają?
Te grupy operacyjne, organizowane częściowo w Rzeszy, a częściowo już na ziemiach polskich, gdzie dokonywały następnie zbrodni w taki sposób, żeby obciążyć nimi Polaków. Na początku zdarzały się jeszcze kompromitujące wpadki, jak np. z tą grupą w Wielkopolsce, która zwróciła na siebie uwagę, gdyż instruktor był perfekcjonistą i zbyt długo ćwiczyli śpiewanie Roty (którą kończono występy przy płonących zabudowaniach niemieckich osadników). Ale ćwiczenie czyni mistrza, takie potknięcia wyeliminowano i ulepszono technikę.
W dwa lata później, dokonano masowo i na wielką skalę, na zdobytych terenach poradzieckich, wielu podobnie zmontowanych prowokacji, jednak ponieważ ofiarami padali Żydzi a nie Niemcy, więc nie szczędzono trupów. Na ziemiach zamieszkałych przez Polaków, zdarzyło się to tylko marginesowo, na przygranicznym skrawku. Ale to nas szczególnie obchodzi, między innymi dlatego, że to była perfekcyjnie przygotowana prowokacja. Mimo, że stanowila zaledwie drobny ułamek tego, co w tym samym czasie działo się na innych terenach poradzieckich, zostawiło na nas paskudną plamę. Jedyny błąd, to spalenie ofiar w stodole, przecież to jakby wizytówka SS, natomiast polscy złoczyńcy nigdy nie stosowali takiej metody, mieli zupełnie inny modus operandi.
Wprawdzie w 1941 trudności były mniejsze, niż w 1939r. na przykład nie były potrzebne mundury Polskiego Wojska, lub polskich organizacji, np. Związku Powstańców. Wystarczały chłopskie kurtki. Także przekraczanie granicy, nie stanowiło problemu, gdyż panowali nad całym terenem. Dlatego można przypuszczać, że większy odpowiednik „oddziału dyspozycyjnego SS” z Gliwic, został sformowany na terenie Prus Wschodnich i po krótkim, lecz intensywnym szkoleniu, przekroczył czasowo opróżnioną dawną granicę Rzeszy i wzdłuż dawnych szlaków przemytniczych, prowadzony przez przewodników z dawnej lokalnej agentury, przesunął się w dolinę Biebrzy. Ten „oddział dyspozycyjny” musiał zapewne liczyć kilkaset osób, biorąc pod uwagę, że w samym Jedwabnym mieszkało ponad 1600 Żydów, a więc zapewne ok. 400 mężczyzn. Jedyna trudność, to że trzeba było zrezygnować z transporty motorowego, a Niemcy nie przywykli do dłuższych marszów. Ale przecież chodzi o odległość, którą przemytnicy przebywali w ciągu jednej nocy, a poza tym mordercy posługiwali się też wozami konnymi (tak wynika z opisów, a przecież prawdziwi chłopi bardziej niż własne życie chroniliby i chowali konie, nigdy nie ryzykowali jazdy wozem w strefie przyfrontowej gdzie zaprząg w każdej chwili mógł zostać zarekwirowany dla potrzeb wojska). Zapewne tylko część tej ekipy brała bezpośredni udział w zbrodni, reszta otaczała teren i ubezpieczała akcję, na wypadek gdyby mazurscy chłopi próbowali okazać solidarność z Żydami, jak za carskich czasów. Jednak prawdopodobieństwo było raczej małe, gdyż świeżo po przejściu frontu, obowiązywały nadal przepisy prawa wojennego, to znaczy zakazane były wszelkie zgromadzenia ludności. Jak powszechnie wiadomo, wojsko niemieckie miało prawo bez ostrzeżenia, otworzyć ogień do każdej grupy liczącej ponad 3 osoby.
Oczywiście w samym Jedwabnym, wielkie znaczenie miało przeforsowanie na burmistrza Karolaka, jak się później okazało wieloletniego rezydenta Abwehr’y i Niemca, czasowo pełniącego obowiązki Polaka. Ten wybrał najgorsze szumowiny i zajął się udekorowaniem przybyłej ekipy polskimi przestępcami. Jest znanym faktem, że Karolak został następnie skazany przez polskie podziemie na karę śmierci, jednak wyroku nie udało się wykonać, gdyż jego mocodawcy wycofali go w porę i skutecznie ukryli. Takie przypadki się zdarzały, na przykład nie udało się także odnaleźć jego odpowiednika i to na dużo większą skalę, z Getta Warszawskiego – Gancwajcha.
Ilu Polaków zdołał Karolak zmobilizować do współpracy w Jedwabnym? Trudno dokładnie ustalić, ale chyba nie wiele więcej, niż wymieniono w śledztwie i akcie oskarżenia, około dwudziestu. Może jeszcze kilku lub kilkunastu posłuchało go, a następnie postarało się ukryć. Szacunkowo, w Jedwabnym mogło być około 225 polskich mężczyzn, 22 odpowiadałoby w przybliżeniu 10% ludzi o złych skłonnościach, zbliżone do przeciętnej średniej. Oczywiście zupełnym absurdem i niedorzecznością jest przypuszczenie, że taka liczba zdołałaby dokonać egzekucji 1600 osób, w tym około 400 mężczyzn. I to bez broni, bo przecież kije lub miotły miały obie strony, a baty i nawet siekiery też były równo dostępne. Więcej zbrodniarzy nie znaleziono, a przecież mieszkańcy znali się nawzajem i trudno przypuścić, żeby któryś mógł nie zostać dostrzeżony. A już cechy obłędu, prawdziwej choroby umysłowej miałaby myśl, że w tym wypadku chodzi o powszechne sprzysiężenie całej pozostałej ludności, setki przypadkowo dobranych ludzi, którzy wszyscy wiedzą lecz milczą jak zaklęci, nikt się nie wygadał i to w ciągu dziesiątków lat, a przez wiele nikt się nawet nie interesował. Owszem pewna kategoria ludzi ma chorobliwą tendencję do teorii spiskowych, ale nawet dla nich, w takich warunkach to chyba czysty nonsens.
Chciałbym jeszcze chwilę uwagi poświęcić polskim chłopom, gdyż takie uwagi znajdują się w książce, chociaż nic tego nie usprawiedliwia. Nie chcę w obliczu tak wielkiej tragedii odwoływać się do argumentów, które komuś mogą wydać się małostkowe, ale jednak takie twierdzenie ma charakter oszczerstwa w stosunku do grupy społecznej. Tym bardziej, że żaden sąd nie ustalił nie znalazł ani jednego winnego chłopa (absolutnie nikogo z okolicznych wsi, choć niestety owszem, z miasteczka), a formalnie obowiązuje nadal wyrok wydany przez sąd poprzedni nawet jeżeli podejrzewamy go o nierzetelność. Po prostu nie wolno rzucać takich pomówień na ludzi. Tym bardziej, że ci chłopi w przeszłości raczej skutecznie chronili Żydów. A także, na podstawie wymienionych przeze mnie informacji nie mieli motywacji, ani zwłaszcza taki czyn nie leżał w ich naturze. Również Żydzi, domokrążcy lub wędrowni rzemieślnicy, jakoś bez obaw wędrowali po wsiach i nie uważali że są otoczeni przez stada wilków. Rozumiem, że sprawa budzi silne emocje i dlatego nie kwalifikuję insynuacji jako podłość, ale bez wątpienia jest ona naganna moralnie i dyskryminuje stosunkowo słabo wykształconą grupę, która raczej nie potrafi zabrać głosu, aby się odgryźć.
Przyznaję że nie dysponuję absolutnymi dowodami, ale przedstawiłem poważne poszlaki oraz logiczne rozumowanie, oparte na analogii podobnych zdarzeń oraz na znajomości mechanizmów i można powiedzieć, anatomii wojennych zbrodni. Żyłem dość - może nawet za długo i nie tylko widziałem, ale też prawie bez przerwy czytałem różne źródła, nagromadziłem dużo informacji i nauczyłem się je łączyć logicznie. Konkretnie, o dawnych szlakach przemytniczych, północnym i zachodnim od Jedwabnego dowiedziałem się przypadkiem, od pewnego znanego później alpinisty, który początkowo na wyprawy zbierał fundusze - zbierając szyszki koło Jedwabnego i tam pogawędził sobie ze starym już w latach sześćdziesiątych, emerytowanym leśnikiem. A zresztą to, że przed wojną północne Mazowsze i część Podlasia, zalane było towarami pochodzącymi z Prus Wschodnich, wiedziałem i widziałem uprzednio, to była tajemnica Polichinel’a. Zaś fakt, że wywiady nagminnie korzystały ze szlaków przemytniczych, jest i logiczny i znany z wielu pamiętników.
Sądzę, że możliwe jest sprawdzenie, czy ta analiza jest poprawna. Trzeba jeszcze raz przejrzeć niemieckie archiwa, ale oczywiście trzeba wiedzieć, czego szukać.
Właściwym kluczem powinno być hasło Osowiec, lub Festung Ossowietz. Dlaczego? Przecież dolina Biebrzy, nie budziła zainteresowania Nachrichendienst’u, później Abwehr’y swoim pięknem, nie interesowały ich również Jedwabne, Radziłów czy Wąsosz. Natomiast od I Wojny Światowej, wywiad wojskowy dozorował starą twierdzę rosyjską, które w latach 1914 i 15, sprawiła Wehrmachtowi dużo kłopotu. Istna psychoza, biorąc pod uwagę, że stare obiekty nie były przez Wojsko Polskie użytkowane, odnawiane, a tym bardziej rozbudowywane. Słusznie czy nie, Niemcy uważali Osowiec za najważniejszy punkt przy granicy Prus, natomiast Jedwabne i inne miejscowości, stanowiły co najwyżej czasowe miejsce ulokowania agentury, lub rezydentów, takich jak Karolak. To swoiste, uczulenie czy paranoja, nie okazało się trafne, lecz przy okazji, zainwestowane środki wykorzystano w inny sposób.
Jeżeli to jest słuszne, to nie ma sensu poszukiwać tam większych jednostek żandarmerii, Gestapo lub umundurowanego SS. Oczywiste, że teren prowokacji pozostawiono celowo pusty, za wyjątkiem małych posterunków. Całkowity brak zwracałby przecież uwagę, a poza tym mogły być potrzebne choćby do utrzymania łączności. Obecność małej ekipy dokumentalistów, łatwo wytłumaczyć czystym przypadkiem, a w końcu chodziło przecież właśnie o materiały propagandowe. Lecz gdyby miał się tam pojawić ważny gestapowiec z Ciechanowa, albo Warszawy, nie mówiąc już o większej umundurowanej grupie, to zapewne dano by im do zrozumienia, że taka obecność jest chwilowo niewskazana.
Nie ulega wątpliwości, że Żydzi z Jedwabna nie mieli żadnych szans na przeżycie, tak czy owak musieli zginąć. Zwłaszcza, że „oczyszczony” teren, włączono wkrótce potem do Rzeszy. Jednak to, co stało się przy udziale mętów i szumowin polskiego pochodzenia, niestety, przyniosło nam wstyd i hańbę. Ale właściwie, i przedtem śpiewaliśmy – mnóstwo Kainów jest pośród nas. I rzeczywiście, stąd przecież spotkała też nas samych straszna hekatomba.
Z punktu widzenia nazistów była to bardzo udana, wzorowa prowokacjaTyle razy przedtem próbowali tego na polskich ziemiach bez powodzenia, nareszcie w tym małym przygranicznym rejonie efekt nie gorszy, niż osiągnięty w tych samych dniach na innych terenach poradzieckich, Litwy, Łotwy, Białorusi i nawet Estonii Ale przecież średni odsetek zdrajców i renegatów w innych krajach Europy był ani trochę nie mniejszy.
Lecz moim zdaniem, większą szkodę przynoszą nam w tej chwili wypowiedzi nieodpowiedzialnych ignorantów, lub może głupców, nie zdających sobie sprawy, że siedzą na jadzie, pozostawionym przez ideologie totalitarne. To paradoksalne, ale np. procesy czarownic nie zdarzały się prawie wcale w dawnej Polsce, w każdym razie drobny ułamek tego, co na Zachodzie, a wystarczyło zaledwie parę takich wypadków w czasie, kiedy Europa już się z tego otrząsnęła, żeby Polska została okrzyknięta najbardziej zacofanym i ciemnym krajem. Czy epigoni antysemityzmu, powiedziałbym pochodzenia międzynarodowego, bo w Polsce przed wojną taki zacietrzewiony i z o paskudnym charakterze nie był znany, chcą powtórzyć podobna sytuację? Co innego obrona dobrego imienia i nawet silne emocje, ale przecież ujadaniem, osobistymi aluzjami i obraźliwymi epitetami osiąga się akurat odwrotny skutek. Należy umieć się zachować i używać rozumu oraz rzeczowej argumentacji.
Ps. jednak ostatnio poziom dyskusji się podniósł, choć nadal bywa różnie.
|