| Zbrodnia w Jedwabnem
- fakty, domniemania i zmyślenia
W październiku 1939 roku Jedwabne znalazło się pod okupacją
b. Związku Radzieckiego. W dniu 22 czerwca 1940 roku NKWD
zlikwidowało sztab polskiej organizacji podziemnej, po czym
nastąpiły liczne aresztowania i deportacje ludności polskiej.
W dniu 23 czerwca 1941 roku wojska niemieckie wkroczyły do
Jedwabnego. Według zeznań Szmula Wasersztajna 25 czerwca 1941 roku miał
miejsce pierwszy, a 10 lipca 1941 roku drugi pogrom
Żydów, Z "1600 Żydów, (którzy żyli w Jedwabnem przed wojną)
uratowało się tylko 7 przechowanych przez Polkę Wyrzykowską".
Niektórzy Żydzi zostali zamordowani z niebywałym okrucieństwem.
Pozostałych przy życiu Żydów zapędzono do stodoły, którą oblano naftą
i podpalono.
Jest faktem bezspornym, że jedwabińscy Żydzi, o nieustalonej
jeszcze liczbie,
zostali zamordowani w okolicznościach, których istotne szczegóły
nie zostały jednoznacznie ustalone i wyjaśnione (np. J. T. Gross,
skrócona wersja książki "Sąsiedzi", R-ta z dnia 17 - 18 marca
2001 r.).
Co wymaga rozstrzygnięcia?
Teza prof. Grossa: "tysiąc sześciuset Żydów (w Jedwabnem)
zamordowali nie żadni hitlerowcy, ani enkawudziści, ani ubecy,
tylko "społeczeństwo"."
Teza alternatywna: Zbrodnia w Jedwabnem została
zaplanowana i zainspirowana przez gestapo. Przebieg zbrodni
był monitorowany i kontrolowany przez gestapo i
żandarmerię niemiecką. W interesie hitlerowców
było, aby Żydzi zostali wymordowani przez społeczności lokalne.
Byłoby to dla nich optymalne rozwiązanie "kwestii żydowskiej".
Bez nacisku równoznacznego z rozkazem i bez udziału ze strony
Niemców do zbrodni w ogółe by nie
doszło lub byłaby ona ograniczona do kilku samosądów na Żydach
współpracujących z NKWD.
Ustalenie prawdy o przyczynach, okolicznościach
oraz przebiegu zbrodni w Jedwabnem jest obowiązkiem Polaków i Żydów.
Prof. Gross w swojej książce niczego nie udowodnił, a podana
przez niego liczba
zamordowanych Żydów nie jest prawdziwa. W gmatwaninie sprzecznych
relacji i opinii
wydobycie prawdy staje się coraz trudniejsze, ale nie jest jeszcze
niemożliwe.
Analiza świadectw (1)
Prof. Gross słusznie twierdzi, że "podejrzani (o udział w zbrodni)
będą się starali
bagatelizować własny udział w zdarzeniach, które stanowią
podstawę oskarżenia. Jest w ich interesie również, o ile to
możliwe, wagę samego wydarzenia pomniejszać."
Ta bez wątpienia słuszna uwaga prof. Grossa dotyczy również świadków
oskarżających, w których interesie jest przedstawienie wydarzeń
oraz udziału w nich oskarżonych w niekorzystnym dla nich świetle.
Relacje Wasersztajna zostały przyjęte przez prof. Grossa bez żadnych
zastrzeżeń jako prawdziwe i nie budzące wątpliwości,
chociaż zawierają opisy wydarzeń, w których Wasersztajn
osobiście uczestniczyć nie mógł.
W relacji Wasersztajna końcowy akt zbrodni miał następujący
przebieg:
"Pokrwawieni, okaleczeni, zostali wepchnięci do stodoły. Potem
stodoła została oblana benzyną i podpalona, poczym poszli mordercy
po żydowskich mieszkaniach szukając pozostałych chorych i dzieci.
Znalezionych chorych zanieśli sami do stodoły, a dzieci wiązali po
kilka za nóżki i przytaszczali na plecach, kładli na widły i
rzucali na żarzące się węgle.
Po pożarze z jeszcze nierozpadłych ciał, wybijali siekierami
złote zęby z ust i na różne sposoby zbeszczeszczali zwłoki
świętych męczenników".
Relacja ta jest sprzeczna z relacjami naocznych świadków,
do których Wasersztajna zaliczyć nie można. Halina Popiołek
wspominała: "Zapędzili wszystkich do stodoły. Oblali naftą z
czterech stron. Trwało wszystkiego dwie minuty, ale ten krzyk ...
Mam go w uszach".
Wincenty Gościcki powiedział: "[P]óźno wieczorem zostałem przez
Niemców wzięty
do roboty zakopywać tych popalonych trupów. Lecz ja nie mogłem
tego czynić, gdyż jak to zobaczyłem brało mnie na wymioty i
zostałem zwolniony od zakopywania trupów".
Leon Dziedzic grzebał jedwabińskich Żydów na polecenie
Niemców.
Mimo upływu sześćdziesięciu lat od tego wydarzenia zapamiętał
bardzo istotne szczegóły, na które mógł zwrócić uwagę tylko
naoczny świadek, a które w sposób zasadniczy i jednoznaczny podważają
wywody prof. Grossa.
Stwierdził on, że "ogień pochłonął stodołę tego dnia
posuwając się ze wschodu na zachód". Na pogorzelisku pozostałym
po stodole "lewy sąsiek był prawie pusty, leżały w
nim pojedyncze zwłoki. W środkowej części na klepisku było ich
więcej. Ale dopiero w prawym sąsieku - wielowarstwowe kłębowisko
ciał."
I dalej "(ciała zamordowanych) były ze sobą splecione jak korzenie. Ktoś wpadł
na pomysł, żeby rozdzierać po kawałku i zrzucać te kawałki do
wądołów. Przynieśli widły do ziemniaków, rozrywaliśmy jak
szło: to głowę, to nogę..."
Nie ma żadnego powodu, dla którego należałoby przyjąć
relację Szmula Wasersztajna jako prawdziwą, a odrzucić zgodne z sobą
relacje naocznych świadków: Haliny Popiołek, Wincentego Gościckiego i Leona Dziedzica.
W świetle tych relacji opowiadanie Wasersztajna: "poczym poszli mordercy
po żydowskich mieszkaniach szukając pozostałych chorych i dzieci.
Znalezionych chorych zanieśli sami do stodoły, a dzieci wiązali po
kilka za nóżki i przytaszczali na plecach, kładli na widły i
rzucali na żarzące się węgle." nie wydaje się prawdziwe.
Opowiadanie to przypomina opowieść o mordowaniu dzieci chrześcijańskich
przez Żydów, ale tym razem w odwróconej wersji żydowskiej.
Liczba zamordowanych
Liczba 1600 zamordowanych została podana przez Wasersztajna. Ta
sama liczba została wypisana na pomniku ofiar zbrodni i tę samą
liczbę przyjął również w swoich obliczeniach prof. Gross. W oparciu o
relację Leona Dziedzica można oszacować w miarę dokładnie
liczbę ofiar zamęczonych w płonącej stodole. Na podstawie
zdjęcia lotniczego długość stodoły została określona na 10 m,
a szerokość na 5 - 6 m (R-ta z dnia 16 marca 2001 r.). Była to więc
zwyczajna wiejska stodoła, o przeciętnej wielkości
i typowej konstrukcji. W środkowej części
znajdowało się klepisko o szerokości rzędu 3 - 4 m, na
które wjeżdżał wyładowany snopami wóz. Snopy rozładowywano do
dwóch bocznych części nazywanych przez Dziedzica sąsiekami. Sąsiek
mógł być prostokątem o maksymalnych wymiarach 6x3.5 i
powierzchni 21 $m^2$. Mogło się w nim stłoczyć maksymalnie
około 210 osób (10 osób na 1 $m^2$). Ponieważ lewy sąsiek był
prawie pusty z pojedynczymi ciałami, na klepisku było ich więcej, a
zatem nie ma podstaw, aby twierdzić, że w stodole zginęło więcej
niż około 200 - 250 Żydów. Aby pogrzebać taką liczbę ofiar trzeba
było wykopać wcale niemały grób. Pogrzebanie 250 ofiar nie
było wcale łatwą pracą, nie mówiąc już o grzebaniu 1000 lub
1500 osób.
Porównajmy te wyliczenia z wyliczeniami prof. Grossa: "Tak więc w tej zbrodni
wzięło udział mnóstwo ludzi. Było to zbiorowe morderstwo w
podwójnym tego słowa znaczeniu - ze względu na liczbę ofiar i ze
względu na liczbę prześladowców. Aby zrozumieć, co to znaczy,
zatrzymajmy się na moment nad konkretnie wymienioną cyfrą 92
uczestników, mężczyzn w sile wieku, obywateli miasta Jedwabne
(prof. Gross utrzymuje, że zna nazwiska 92 uczestników
pogromów w Jedwabnem, ale konkretnych nazwisk nie podał - dop.
mój). Przed wojną, jak pamiętamy mieszkało tam cirka 2500 osób, z tego
sześćdziesiąt kilka procent, to byli Żydzi (prof. Gross przyjmuje
za Wasersztajnem,
że Jedwabne zamieszkiwało około 1600 Żydów oraz 900 Polaków, razem
2500 osób). Dzieląc etnicznie
polską ludność na pół dostajemy liczbę 450 mężczyzn,
wliczając w to starców i dzieci. Więc
jeszcze raz podzielimy ją na pół (225) i wtedy się okaże, że
mniej więcej połowa dorosłych mężczyzn z Jedwabnego jest
wymieniona po nazwisku wśród uczestników pogromu".
Gdyby prof. Gross nie zatrzymał się tutaj w swoich wyliczeniach, to
mógłby sobie też wyliczyć, że na jednego uczestnika pogromu
przypadało 17 - 18 Żydów! Zakładając dalej zgodnie z tezą
prof. Grossa, że Niemcy w mordowaniu Żydów w ogóle nie brali udziału, to
opanowanie oraz wymordowanie tak wielkiej liczby ludzi za pomocą
siekier i kijów musiałoby być
nie lada osiągnięciem organizacyjnym napastników, którym prof. Gross w innym
miejscu zarzuca "swoisty brak organizacji".
Zbrodnia była i pozostanie zbrodnią, ale nie jest obojętne czy
zostało zamordowanych 200, 300 czy 1600 osób. Nie jest też
obojętne, w jaki sposób ustalona została liczba zamordowanych
Żydów oraz liczba napastników. Ustalenia historyków nie mogą
być wyrażane za pomocą takich określeń jak mnóstwo lub wiele. Pewne
rygory ścisłości liczbowej - nawet szacunkowej - muszą
obowiązywać również prof. Grossa oraz Instytut Pamięci Narodowej.
Jeżeli w Jedwabnem przed wojną mieszkało 1600 Żydów, to co się
stało z tymi Żydami, którzy nie zostali zamęczeni w płonącej
stodole?
Analiza świadectw (2)
"Jak to się wszystko odbyło?" - zapytajmy razem z prof. Grossem.
Zgodnie z relacją Wasersztajna:
"10 VII 1941 r, rano przybyło do miasteczka 8 gestapowców, którzy
odbyli naradę z przedstawicielami władz miasteczka.
Na pytanie gestapowców, jakie mają zamiary w stosunku do
Żydów, to wszyscy jednomyślnie odpowiedzieli, że trzeba
wszystkich zgładzić. Na propozycję Niemców, żeby z każdego
zawodu zostawić jedną rodzinę żydowską, obecny miejscowy stolarz
Szleziński Br[onisław] odpowiedział: Mamy dosyć swoich
fachowców, musimy wszystkich Żydów zgładzić, nikt z nich nie
może zostać żywym. Burmistrz Karolak i wszyscy pozostali zgodzili
się z jego słowami. Postanowiono wszystkich Żydów zebrać w jedno
miejsce i spalić. Do tego celu oddał Szleziński własną stodołę
znajdującą się niedaleko miasteczka. Po tym zebraniu rozpoczęła
się rzeź."
Na naradzie gestapowców z władzami miasteczka Wasersztajn nie
mógł być obecny, a jednak
jego relacja jest zadziwiająco szczegółowa. Czy jest wiarygodna?
Na to pytanie powinien odpowiedzieć prof. Gross.
Jerzy Laudański (goniec żandarmerii w Jedwabnem), według
prof. Grossa jeden z najbrutalniejszych uczestników wydarzeń, twierdził:
"(w tym dniu)
przyjechało taksówką czterech, czy też pięciu gestapowców i
zaczęli w magistracie rozmawiać, lecz co oni tam rozmawiali, tego
ja nie wiem. Po niejakimś czasie Karolak Marian powiedział do nas
polaków, żeby zawezwać ob. Polskich do Zarządu Miejskiego, po
zawezwaniu ludności polskiej, nakazał nam iść zaganiać żydów
na rynek pod hasłem do pracy co i ludność uczyniła, ja w tym
czasie również brałem udział w spędzaniu żydów na rynek."
Relacja ta wydaje się w pełni wiarygodna, ponieważ w niczym nie
obciąża Laudańskiego. Wynika z niej kilka istotnych faktów,
które podważają podstawową tezę prof. Grossa.
1. Zbrodnia w Jedwabnem nie została zaplanowana i przygotowana ani przez
"społeczeństwo", ani przez "sąsiadów". Zarówno społeczność polska,
jak i społeczność żydowska
Jedwabnego obudziły się rankiem 10 lipca 1941 roku nieświadome wydarzeń,
które nastąpią za kilka godzin. Żydzi nie zdawali sobie sprawy, że będą
ofiarami zbrodni, ani ich przyszli prześladowcy nie przypuszczali, że
niektórzy z nich staną się mordercami.
Potwierdza to pośrednio również prof. Gross twierdząć, że "w akcie
oskarżenia nie ma żadnych konstrukcji na temat wzajemnych
powiązań pomiędzy oskarónymi, organizacji, itp.".
2. Mieszkańcy Jedwabnego nie zebrali się przed Zarządem Miejskim
z własnej inicjatywy w celu mordowania Żydów! Zostali tam
wezwani przez władze okupacyjne
Jedwabnego. Niepodporządkowanie się wezwaniu groziło każdemu z
nieposłusznych praktycznie takimi
samymi konsekwencjami niezależnie od tego, czy był Polakiem, czy
Żydem: mógł zostać bezlitośnie pobity, a nawet rozstrzelany.
Zależało to wyłącznie od osobistego uznania żandarma czy
gestapowca.
3. Mieszkańcy Jedwabnego otrzymali polecenie zgromadzenia wszystkich
Żydów na rynku "pod hasłem do pracy co i ludność uczyniła".
Niepodporządkowanie się poleceniu groziło takimi samymi
konsekwencjami jak w punkcie 2.
Rywka Fogel po wyjściu męża z dziećmi nie poszła za nimi na
rynek, ale ukryła się. Dopiero wtedy zorientowała się, że pójście na
rynek może być dla niej i jej sąsiadki niebezpieczne.
Wincenty Gościcki wrócił z nocnej
warty i położył się do łóżka, ale został obudzony przez
żonę, kiedy w pobliżu zaczęto mordować Żydów.
Ryszard Małczyński w dniu 10 lipca 1941 roku o godzinie 10 rano
widział z wieży kościoła, gdzie poprawiał dachówkę,
że Niemcy zapędzali Żydów. Żyluk kosił siano na łące, kiedy
został wezwany do zganiania Żydów przez Karolaka.
Relacje te wskazują, że Jedwabne
przed przyjazdem gestapowców nie wiedziało o mającej w tym dniu
nastąpić zbrodni i niczego nie podejrzewało.
Mniej więcej od tego momentu relacje
świadków dotyczące udziału Niemców w zbrodni jak i dalszego
jej przebiegu różnią się między sobą - a często wydają się
być wzajemnie sprzeczne.
W filmie Agnieszki Arnold wyraźnie zdenerwowany starszy
człowiek pokazywał miejsce, gdzie Żydzi zostali zamordowani
długimi nożami przez samych Polaków. Pokazywał też jak długie były
to noże. Był wyraźnie wzburzony i trudno było nie wierzyć w
jego relację. Podejrzane wydawały mi się tylko
długie noże. Pomyślałem sobie - całkiem niesłusznie - że chce zrobić
wrażenie na zwoich słuchaczach. Długie noże okazały się
bagnetami (Podstawowym narzędziem mordu był bagnet)
i były brakującym ogniwem dla postawienia zypełnie
odmiennej od prof. Grossa interpretacji zdarzeń, które miały miejsce 10
lipca 1940 w Jedwabnem.
Hitlerowcy specjalizowali się tylko w masowym mordowaniu Żydów,
Polaków i innych "ras niższych", ale również w kamuflażu i
prowokacji. We wrześniu 1939 roku w Mszanie Dolnej Władysław Gelb
- agent niemiecki i późniejszy burmistrz, brutalny i bezwzględny
zarówno w stosunku dla Żydówm, jak i Polaków - przed wkroczeniem
Niemców organizował oddział samoobrony. Z oddziałem cywilów
zamierzał "bronić" mostu kolejowego na Rabie przed
zbliżającym się wojskiem niemieckim.
Twierdzę zatem, że zbrodnie w Jedwabnem, Wąsoszu i Radziłowie były próbą
wciągnięcia społeczności lokalnych w zaplanowaną przez
hitlerowców masową eksterminację Żydów. Okazało się jednak, że
hitlerowcy byli w stanie wciągnąć do zbrodni pospolitych przestępców
z marginesu społecznego. Przebieg zbrodni w Jedwabnem wykazał
hitlerowcom, że nie mogą liczyć na udział społeczności
lokalnych: zdecydowana większość zganiała Żydów pod przymusem,
a jeżeli można było - to się ukrywała. Kilkunastu przestępców,
to nie cała społeczność.
Organizatorzy pogromów mogli liczyć na pospolitych
przestępców i chuliganów oraz na tę
część lokalnych społeczności, która byłaby skłonna wyrównać
swoje porachunki z Żydami z powodu zadawnionej niechęci lub w
odwecie za współpracę niektórych Żydów z władzami sowieckimi.
Niewielkie kommando zjawia się w Wąsoszy, a miejscowy Gelb lub
Karolak zbiera potencjalnych ochotników, którzy otrzymują
wolną rękę w rozprawieniu się z Żydami.
Hitlerowcy obserwują, ale nie angażują się bezpośrednio. W razie
konieczności udzielają pomocy napastnikom. Najbardziej gorliwi
uczestnicy pogromu otrzymują polecenie zjawienia się w Radziłowie,
gdzie powtarzany jest mniej więcej ten sam scenariusz. Według
relacji świadków Niemcy czasami są, a czasami nie są widoczni
między uczestnikami pogromów. Możliwe, że
gestapowcom w taksówkach, towarzyszyła dyskretnie "buda" (tak
nazywano niemieckie samochody ciężarowe z żandarmami wysyłanymi na
pacyfikację). Możliwe też, że kommando zabrało z sobą kilku
kryminalistów, których uzbroiło w bagnety
- skąd bagnety znalazły się w rękach
mieszkańców Jedwabnego i okolicznych chłopów?. Po pogromach w
Wąsoszy i Radziłowie kryminaliści oraz najbardziej brutalni
mordecy otrzymują polecenie zjawienia się 10 lipca w Jedwabnem i
rozgłaszania o mającym tam nastąpić pogromie Żydów. W interesie
hitlerowców było, aby w Jedwabnem znalazło się jak najwięcej
okolicznej ludności i aby samo miasto - poza wtajemniczonymi -
nie wiedziało o mającym nastąpić pogromie. Wieść o mającym
się odbyć pogromie rozeszła się nie z Jedwabnego, ale z
Radziłowa.
Kiedy w Jedwabnem pojawili się gestapowcy zgromadzenie Żydów
na rynku "pod hasłem do roboty" nie było
trudnym zadaniem. Wystarczyło Żydów zawiadomić przez zwołaną
wcześniej ludność polską, która podobnie jak i Żydzi niczego
jeszcze nie mogła podejrzewać. Po otrzymaniu przez wtajemniczonych
"wolnej ręki" zaczęły się morderstwa.
Z całą pewnością został okrutnie
zamordowany Józef Lewin (Lewiniuk). Czy był on przypadkowo wybranym
młodym Żydem, czy też był to Lewinowicz, który asystował przy
aresztowaniach przez NKWD? Nazwiska w relacjach są bardzo często
przekręcane. Bardoń wymienia okrutnie pobitego
Zdrojewicza. Gościcki rozpoznaje czterech zamordowanych Żydów.
Kobrzyniecki przechwalał się, że sam zabił osiemnastu Żydów.
Pojawiają się jeszcze nazwiska dwóch umęczonych Żydówek.
Nieliczne są zatem nazwiska zamordowanych, nieliczne są też nazwiska
napastników. Dlaczego?
Niektórzy świadkowie nie podają ani nazwisk mordowanych Żydów,
ani nazwisk ich morderców, ale z całym przekonaniem
utrzymują, że mordercami nie byli Niemcy tylko Polacy.
Inni twierdzili, że wśród
napastników byli Niemcy. Jedni i drudzy mówili prawdę, ponieważ
wszystkie pogromy były dobrze zaplanowaną prowokacją.
Zabicie człowieka budzi opory moralne, ale technicznie jest
zadaniem łatwym, natomiast pogrzebanie zamordowanego nie jest wcale
łatwe, nawet kiedy przyszła ofiara sama sobie musi wykopać grób.
Wykopanie grobu zajmuje dużo czasu, a tego czasu w ciągu jednego dnia nie było
tak wiele. Rzetelne ustalenie miejsc pogrzebania ofiar, a nie tylko
miejsc mordów jest konieczne w celu weryfikacji wielu relacji,
liczby ofiar oraz liczby napastników.
Przytacza się bowiem wstrząsające ralacje, które są zmyśleniami: JW
(...) trzeciego dnia po spaleniu udała się na miejsce pogromu i
weszła do resztek stodoły: "Weszłam na klepisko. W
zachodnio-południowym szczycie - piramida ciał aż pod sam sufit".
Faktem jest natomiast, że Gościcki i Dziedzic zostali zabrani
przez Niemców do grzebania
ciał późnym wieczorem tego samego dnia, kiedy stodoła została
spalona. Miasto nie wytrzymałoby przez trzy dni odoru spalenizny i
trupów, których piramidę rzekomo widziała nastolatka.
Nieświadomie potwierdziła jednak bardzo ważne zeznanie Dziedzica:
tylko część stodoły, jeden sąsiek, był wypełniony ciałami
zamordowanych. Najpradopodobniej powtórzyła zasłyszaną relację
naocznego świadka.
(Wiktor Nieławicki) słyszał taką wersję, że Niemcy
już przy samej stodole sugerowali, aby trochę Żydów
oszczędzić, bo jest potrzebna siła roboacza, na co im któryś z
kierujących akcją Polaków oświaczył, że dostarczą do pracy
wystarczającą ilość spośród swoich.
Podając powyższą relację prof. Gross przyznaje tym samym, że
Niemcy przy płonącej stodole byli i w całęj akcji ucestniczyli.
Najwidoczniej jednak nie zdaje sobie sprawy, że Niemcy nie byli w
Jedwabnym nieśmiałymi petentami, tylko brutalnymi okupantami. To
nie Polacy wydali im nakaz zganiania Żydów, ale odwrotnie - to Niemcy
taki nakaz Polakom wydali.
Prof. Gross pisze: W ostatniej chwili wyrwał się jeszcze z tego piekła
(płonącej stodoły) Janek
Neumark. Podmuch gorącego powietrza otworzył drzwi stodoły, obok
których stał z siostrą i jej pięcioletnią córeczką. Staszek
Sielawa z siekierą w ręku zagrodził im drogę, ale Neumark
zdołał mu wyrwać tę siekierę i uciekli na cmentarz. I tylko
zdążył jeszcze przed tem zobaczyć, jak ojciec jego stanął w
płomieniach.
Czy relację tę można traktować jako fakt istony dla
opisu przebiegu zbrodni (ucieczka trzech osób w tym małego dziecka
przez zbity tłum prześladowców), czy też należy ją zaliczyć do kategorii
zmyśleń lub - inaczej mówiąc - do błędów warsztatowych?
Julia Sokołowska zeznała, że: "krytycznego dnia w Jedwabnem było
60 gestapowców, bo szykowałam dla nich obiad, zaś żandarmów
było bardzo dużo, bo przyjechali z różnych posterunków".
Wątpię, aby mogła dokładnie policzyć i zapamiętać liczbę
gestapowców, ale nie można jej nie wierzyć, że było ich więcej
niż normalnie. Prof. Gross odrzucił jej relację, ponieważ nie pasuje do
jego teorii.
Każdemu z oskarżonych w procesie w 1949 roku postawiono
pytanie: "jakie jeszcze inne osoby
brały udział w zaganianiu i mordowaniu Żydów w mieście
Jedwabne". Dlaczego nie "sypali"? Bo nie znali zdecydowanej większości
okrutnych i pozbawionych skrupułów uczestników pogromu, którzy
wraz z gestapowcami pojawili się w Jedwabnem!
Władysław Miciura zeznał, że "Była masa ludzi nie
tylko z Jedwabnego, ale i okolic". Mieszkańcy Jedwabnego z całą
pewnością znali chłopów z najbliższych wsi, a jednak nie padło ani
jedno nazwisko uczestnika pogromu z okolicy Jedwabnego. Dlaczego?
Uzbrojeni w bagnety kryminaliści i weterani poprzednich pogromów,
którzy zostali wezwani lub przywiezieni przez Niemców, byli nieznani
mieszkańcom Jedwabnego.
Podane wyjaśnienie tłumaczy rzekomą obojętność hitlerowców oraz
ich ograniczenie się "przede wszystkim do robienia fotografii i
filmowania przebiegu wydarzeń". Tłumaczy też sprzeczne relacje o udziale Niemców w
pogromie. Zadaniem, jakie sobie postawili hitlerowcy było obserwowanie,
a nie
uczestniczenie w mordowaniu Żydów. Interweniowali w razie
konieczności i dlatego zostali dostrzeżeni tylko przez niektórych
świadków.
Czy podane wyjaśnienie jest prawdziwe?
Prawdopodobnie tak, ponieważ jest zgodne z sugestiami Himmlera:
"dlaczego w okręgu białostockim nie miałoby być pogromów
Żydów, jakie miały miejsce w krajach bałtyckich".
Nie jest więc już istotne, czy organizatorem pogromów Żydów w
okolicach Jedwabnego było kommando Schapera czy też inna
mała grupa operacyjna.
Zbrodnia dokonana w Jedwabnem w dniu 10 lipca 1941 roku było
zaplanowaną i przeprowadzoną przez hitlerowców prowokacją,
której celem było wciągnięcie społeczności lokalnych do
masowego mordowania Żydów. Rozmiar zbrodni w wielkościach
liczbowych został wyolbrzymiony, a hitlerowcy, główni
- chociaż z całą pewnością
nie jedyni winowajcy - zostali uniewinnieni przez prof. Grossa.
Instytut Pamięci Narodowej, spadkobierca i kontynuator
pięćdziesięcioletniej działalności Głównej Komisji Badania
Zbrodni Hitlerowskich w
Polsce, nie miał i nie ma nic istotnego do stwierdzenia, co
pozwoliłoby mu potwierdzić lub zakwestionować wywody prof. Grossa.
Jeżeli cała działalność Głównej Komisji
Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce oraz wyniki tej działalności
nie zostaną poddane starannej
analizie i kontroli pod nadzorem społecznym, to po pięćdziesięciu
latach działalności Instytutu Pamięci Narodowej społeczeństwo
będzie wiedziało tyle samo o zbrodniach stalinizmu i komunizmu, ile
wie teraz o zbrodni hitlerowców w Jedwabnem.
Prof. Gross zastanawia się w swojej książce "Sąsiedzi":
"Dlaczego Żydzi mają do Polaków taki trwały uraz, zdawałoby się
głębiej zakorzeniony niż do samych Niemców, którzy przecież
byli pomysłodawcami, inicjatorami i głównymi (głównymi czy
jedynymi? - dopisek mój) wykonawcami
Żagłady? Pytanie to powinno zmuszać do zastanowienia polską
opinię publiczną, ale trapić powinno przede wszystkim prof. Grossa i
żydowską opinię publiczną.
Na zakończenie trzeba nie tylko nam Polakom, ale i Żydom postawić
zasadnicze pytanie: co jest groźniejsze dla młodych pokoleń
Polaków i Żydów - tzw. polski antysemityzm, czy żydowska
selektywna amnezja oraz żydowskie uprzedzenia?
Aleksander Janik
Kraków 20 kwiecień 2001 |