Zapraszamy do naszego forum dyskusyjnego.

Ta strona została stworzona z myślą o wszystkich zainteresowanych wydarzeniami w Jedwabnem. Tutaj czekamy na Wasze opinie. Użyj formularza na pierwszej stronie dyskusji.

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12]

Autor Data

Ryszard O

24.04.2001

Na marginesie niektorych wypowiedzi na forum dyskusyjnym watpliwosc co do wartosci SYSTEMU DEMOKRATYCZNEGO: czy rzeczywiscie moj glos i glos ich autorow powinny w rownej mierze wazyc na losach Rzeczpospolitej?

Aleksander Janik

23.04.2001

Zbrodnia w Jedwabnem - fakty, domniemania i zmyślenia

W październiku 1939 roku Jedwabne znalazło się pod okupacją b. Związku Radzieckiego. W dniu 22 czerwca 1940 roku NKWD zlikwidowało sztab polskiej organizacji podziemnej, po czym nastąpiły liczne aresztowania i deportacje ludności polskiej.

W dniu 23 czerwca 1941 roku wojska niemieckie wkroczyły do Jedwabnego. Według zeznań Szmula Wasersztajna 25 czerwca 1941 roku miał miejsce pierwszy, a 10 lipca 1941 roku drugi pogrom Żydów, Z "1600 Żydów, (którzy żyli w Jedwabnem przed wojną) uratowało się tylko 7 przechowanych przez Polkę Wyrzykowską". Niektórzy Żydzi zostali zamordowani z niebywałym okrucieństwem. Pozostałych przy życiu Żydów zapędzono do stodoły, którą oblano naftą i podpalono.

Jest faktem bezspornym, że jedwabińscy Żydzi, o nieustalonej jeszcze liczbie, zostali zamordowani w okolicznościach, których istotne szczegóły nie zostały jednoznacznie ustalone i wyjaśnione (np. J. T. Gross, skrócona wersja książki "Sąsiedzi", R-ta z dnia 17 - 18 marca 2001 r.).

Co wymaga rozstrzygnięcia?

Teza prof. Grossa: "tysiąc sześciuset Żydów (w Jedwabnem) zamordowali nie żadni hitlerowcy, ani enkawudziści, ani ubecy, tylko "społeczeństwo"."

Teza alternatywna: Zbrodnia w Jedwabnem została zaplanowana i zainspirowana przez gestapo. Przebieg zbrodni był monitorowany i kontrolowany przez gestapo i żandarmerię niemiecką. W interesie hitlerowców było, aby Żydzi zostali wymordowani przez społeczności lokalne. Byłoby to dla nich optymalne rozwiązanie "kwestii żydowskiej".

Bez nacisku równoznacznego z rozkazem i bez udziału ze strony Niemców do zbrodni w ogółe by nie doszło lub byłaby ona ograniczona do kilku samosądów na Żydach współpracujących z NKWD.

Ustalenie prawdy o przyczynach, okolicznościach oraz przebiegu zbrodni w Jedwabnem jest obowiązkiem Polaków i Żydów. Prof. Gross w swojej książce niczego nie udowodnił, a podana przez niego liczba zamordowanych Żydów nie jest prawdziwa. W gmatwaninie sprzecznych relacji i opinii wydobycie prawdy staje się coraz trudniejsze, ale nie jest jeszcze niemożliwe.

Analiza świadectw (1)

Prof. Gross słusznie twierdzi, że "podejrzani (o udział w zbrodni) będą się starali bagatelizować własny udział w zdarzeniach, które stanowią podstawę oskarżenia. Jest w ich interesie również, o ile to możliwe, wagę samego wydarzenia pomniejszać."

Ta bez wątpienia słuszna uwaga prof. Grossa dotyczy również świadków oskarżających, w których interesie jest przedstawienie wydarzeń oraz udziału w nich oskarżonych w niekorzystnym dla nich świetle. Relacje Wasersztajna zostały przyjęte przez prof. Grossa bez żadnych zastrzeżeń jako prawdziwe i nie budzące wątpliwości, chociaż zawierają opisy wydarzeń, w których Wasersztajn osobiście uczestniczyć nie mógł.

W relacji Wasersztajna końcowy akt zbrodni miał następujący przebieg: "Pokrwawieni, okaleczeni, zostali wepchnięci do stodoły. Potem stodoła została oblana benzyną i podpalona, poczym poszli mordercy po żydowskich mieszkaniach szukając pozostałych chorych i dzieci. Znalezionych chorych zanieśli sami do stodoły, a dzieci wiązali po kilka za nóżki i przytaszczali na plecach, kładli na widły i rzucali na żarzące się węgle. Po pożarze z jeszcze nierozpadłych ciał, wybijali siekierami złote zęby z ust i na różne sposoby zbeszczeszczali zwłoki świętych męczenników".

Relacja ta jest sprzeczna z relacjami naocznych świadków, do których Wasersztajna zaliczyć nie można. Halina Popiołek wspominała: "Zapędzili wszystkich do stodoły. Oblali naftą z czterech stron. Trwało wszystkiego dwie minuty, ale ten krzyk ... Mam go w uszach".

Wincenty Gościcki powiedział: "[P]óźno wieczorem zostałem przez Niemców wzięty do roboty zakopywać tych popalonych trupów. Lecz ja nie mogłem tego czynić, gdyż jak to zobaczyłem brało mnie na wymioty i zostałem zwolniony od zakopywania trupów".

Leon Dziedzic grzebał jedwabińskich Żydów na polecenie Niemców. Mimo upływu sześćdziesięciu lat od tego wydarzenia zapamiętał bardzo istotne szczegóły, na które mógł zwrócić uwagę tylko naoczny świadek, a które w sposób zasadniczy i jednoznaczny podważają wywody prof. Grossa.

Stwierdził on, że "ogień pochłonął stodołę tego dnia posuwając się ze wschodu na zachód". Na pogorzelisku pozostałym po stodole "lewy sąsiek był prawie pusty, leżały w nim pojedyncze zwłoki. W środkowej części na klepisku było ich więcej. Ale dopiero w prawym sąsieku - wielowarstwowe kłębowisko ciał."

I dalej "(ciała zamordowanych) były ze sobą splecione jak korzenie. Ktoś wpadł na pomysł, żeby rozdzierać po kawałku i zrzucać te kawałki do wądołów. Przynieśli widły do ziemniaków, rozrywaliśmy jak szło: to głowę, to nogę..."

Nie ma żadnego powodu, dla którego należałoby przyjąć relację Szmula Wasersztajna jako prawdziwą, a odrzucić zgodne z sobą relacje naocznych świadków: Haliny Popiołek, Wincentego Gościckiego i Leona Dziedzica.

W świetle tych relacji opowiadanie Wasersztajna: "poczym poszli mordercy po żydowskich mieszkaniach szukając pozostałych chorych i dzieci. Znalezionych chorych zanieśli sami do stodoły, a dzieci wiązali po kilka za nóżki i przytaszczali na plecach, kładli na widły i rzucali na żarzące się węgle." nie wydaje się prawdziwe. Opowiadanie to przypomina opowieść o mordowaniu dzieci chrześcijańskich przez Żydów, ale tym razem w odwróconej wersji żydowskiej.

Liczba zamordowanych

Liczba 1600 zamordowanych została podana przez Wasersztajna. Ta sama liczba została wypisana na pomniku ofiar zbrodni i tę samą liczbę przyjął również w swoich obliczeniach prof. Gross. W oparciu o relację Leona Dziedzica można oszacować w miarę dokładnie liczbę ofiar zamęczonych w płonącej stodole. Na podstawie zdjęcia lotniczego długość stodoły została określona na 10 m, a szerokość na 5 - 6 m (R-ta z dnia 16 marca 2001 r.). Była to więc zwyczajna wiejska stodoła, o przeciętnej wielkości i typowej konstrukcji. W środkowej części znajdowało się klepisko o szerokości rzędu 3 - 4 m, na które wjeżdżał wyładowany snopami wóz. Snopy rozładowywano do dwóch bocznych części nazywanych przez Dziedzica sąsiekami. Sąsiek mógł być prostokątem o maksymalnych wymiarach 6x3.5 i powierzchni 21 $m^2$. Mogło się w nim stłoczyć maksymalnie około 210 osób (10 osób na 1 $m^2$). Ponieważ lewy sąsiek był prawie pusty z pojedynczymi ciałami, na klepisku było ich więcej, a zatem nie ma podstaw, aby twierdzić, że w stodole zginęło więcej niż około 200 - 250 Żydów. Aby pogrzebać taką liczbę ofiar trzeba było wykopać wcale niemały grób. Pogrzebanie 250 ofiar nie było wcale łatwą pracą, nie mówiąc już o grzebaniu 1000 lub 1500 osób.

Porównajmy te wyliczenia z wyliczeniami prof. Grossa: "Tak więc w tej zbrodni wzięło udział mnóstwo ludzi. Było to zbiorowe morderstwo w podwójnym tego słowa znaczeniu - ze względu na liczbę ofiar i ze względu na liczbę prześladowców. Aby zrozumieć, co to znaczy, zatrzymajmy się na moment nad konkretnie wymienioną cyfrą 92 uczestników, mężczyzn w sile wieku, obywateli miasta Jedwabne (prof. Gross utrzymuje, że zna nazwiska 92 uczestników pogromów w Jedwabnem, ale konkretnych nazwisk nie podał - dop. mój). Przed wojną, jak pamiętamy mieszkało tam cirka 2500 osób, z tego sześćdziesiąt kilka procent, to byli Żydzi (prof. Gross przyjmuje za Wasersztajnem, że Jedwabne zamieszkiwało około 1600 Żydów oraz 900 Polaków, razem 2500 osób). Dzieląc etnicznie polską ludność na pół dostajemy liczbę 450 mężczyzn, wliczając w to starców i dzieci. Więc jeszcze raz podzielimy ją na pół (225) i wtedy się okaże, że mniej więcej połowa dorosłych mężczyzn z Jedwabnego jest wymieniona po nazwisku wśród uczestników pogromu".

Gdyby prof. Gross nie zatrzymał się tutaj w swoich wyliczeniach, to mógłby sobie też wyliczyć, że na jednego uczestnika pogromu przypadało 17 - 18 Żydów! Zakładając dalej zgodnie z tezą prof. Grossa, że Niemcy w mordowaniu Żydów w ogóle nie brali udziału, to opanowanie oraz wymordowanie tak wielkiej liczby ludzi za pomocą siekier i kijów musiałoby być nie lada osiągnięciem organizacyjnym napastników, którym prof. Gross w innym miejscu zarzuca "swoisty brak organizacji".

Zbrodnia była i pozostanie zbrodnią, ale nie jest obojętne czy zostało zamordowanych 200, 300 czy 1600 osób. Nie jest też obojętne, w jaki sposób ustalona została liczba zamordowanych Żydów oraz liczba napastników. Ustalenia historyków nie mogą być wyrażane za pomocą takich określeń jak mnóstwo lub wiele. Pewne rygory ścisłości liczbowej - nawet szacunkowej - muszą obowiązywać również prof. Grossa oraz Instytut Pamięci Narodowej.

Jeżeli w Jedwabnem przed wojną mieszkało 1600 Żydów, to co się stało z tymi Żydami, którzy nie zostali zamęczeni w płonącej stodole?

Analiza świadectw (2)

"Jak to się wszystko odbyło?" - zapytajmy razem z prof. Grossem.

Zgodnie z relacją Wasersztajna: "10 VII 1941 r, rano przybyło do miasteczka 8 gestapowców, którzy odbyli naradę z przedstawicielami władz miasteczka. Na pytanie gestapowców, jakie mają zamiary w stosunku do Żydów, to wszyscy jednomyślnie odpowiedzieli, że trzeba wszystkich zgładzić. Na propozycję Niemców, żeby z każdego zawodu zostawić jedną rodzinę żydowską, obecny miejscowy stolarz Szleziński Br[onisław] odpowiedział: Mamy dosyć swoich fachowców, musimy wszystkich Żydów zgładzić, nikt z nich nie może zostać żywym. Burmistrz Karolak i wszyscy pozostali zgodzili się z jego słowami. Postanowiono wszystkich Żydów zebrać w jedno miejsce i spalić. Do tego celu oddał Szleziński własną stodołę znajdującą się niedaleko miasteczka. Po tym zebraniu rozpoczęła się rzeź."

Na naradzie gestapowców z władzami miasteczka Wasersztajn nie mógł być obecny, a jednak jego relacja jest zadziwiająco szczegółowa. Czy jest wiarygodna? Na to pytanie powinien odpowiedzieć prof. Gross.

Jerzy Laudański (goniec żandarmerii w Jedwabnem), według prof. Grossa jeden z najbrutalniejszych uczestników wydarzeń, twierdził: "(w tym dniu) przyjechało taksówką czterech, czy też pięciu gestapowców i zaczęli w magistracie rozmawiać, lecz co oni tam rozmawiali, tego ja nie wiem. Po niejakimś czasie Karolak Marian powiedział do nas polaków, żeby zawezwać ob. Polskich do Zarządu Miejskiego, po zawezwaniu ludności polskiej, nakazał nam iść zaganiać żydów na rynek pod hasłem do pracy co i ludność uczyniła, ja w tym czasie również brałem udział w spędzaniu żydów na rynek."

Relacja ta wydaje się w pełni wiarygodna, ponieważ w niczym nie obciąża Laudańskiego. Wynika z niej kilka istotnych faktów, które podważają podstawową tezę prof. Grossa.

1. Zbrodnia w Jedwabnem nie została zaplanowana i przygotowana ani przez "społeczeństwo", ani przez "sąsiadów". Zarówno społeczność polska, jak i społeczność żydowska Jedwabnego obudziły się rankiem 10 lipca 1941 roku nieświadome wydarzeń, które nastąpią za kilka godzin. Żydzi nie zdawali sobie sprawy, że będą ofiarami zbrodni, ani ich przyszli prześladowcy nie przypuszczali, że niektórzy z nich staną się mordercami.

Potwierdza to pośrednio również prof. Gross twierdząć, że "w akcie oskarżenia nie ma żadnych konstrukcji na temat wzajemnych powiązań pomiędzy oskarónymi, organizacji, itp.".

2. Mieszkańcy Jedwabnego nie zebrali się przed Zarządem Miejskim z własnej inicjatywy w celu mordowania Żydów! Zostali tam wezwani przez władze okupacyjne Jedwabnego. Niepodporządkowanie się wezwaniu groziło każdemu z nieposłusznych praktycznie takimi samymi konsekwencjami niezależnie od tego, czy był Polakiem, czy Żydem: mógł zostać bezlitośnie pobity, a nawet rozstrzelany. Zależało to wyłącznie od osobistego uznania żandarma czy gestapowca.

3. Mieszkańcy Jedwabnego otrzymali polecenie zgromadzenia wszystkich Żydów na rynku "pod hasłem do pracy co i ludność uczyniła". Niepodporządkowanie się poleceniu groziło takimi samymi konsekwencjami jak w punkcie 2.

Rywka Fogel po wyjściu męża z dziećmi nie poszła za nimi na rynek, ale ukryła się. Dopiero wtedy zorientowała się, że pójście na rynek może być dla niej i jej sąsiadki niebezpieczne. Wincenty Gościcki wrócił z nocnej warty i położył się do łóżka, ale został obudzony przez żonę, kiedy w pobliżu zaczęto mordować Żydów. Ryszard Małczyński w dniu 10 lipca 1941 roku o godzinie 10 rano widział z wieży kościoła, gdzie poprawiał dachówkę, że Niemcy zapędzali Żydów. Żyluk kosił siano na łące, kiedy został wezwany do zganiania Żydów przez Karolaka. Relacje te wskazują, że Jedwabne przed przyjazdem gestapowców nie wiedziało o mającej w tym dniu nastąpić zbrodni i niczego nie podejrzewało.

Mniej więcej od tego momentu relacje świadków dotyczące udziału Niemców w zbrodni jak i dalszego jej przebiegu różnią się między sobą - a często wydają się być wzajemnie sprzeczne.

W filmie Agnieszki Arnold wyraźnie zdenerwowany starszy człowiek pokazywał miejsce, gdzie Żydzi zostali zamordowani długimi nożami przez samych Polaków. Pokazywał też jak długie były to noże. Był wyraźnie wzburzony i trudno było nie wierzyć w jego relację. Podejrzane wydawały mi się tylko długie noże. Pomyślałem sobie - całkiem niesłusznie - że chce zrobić wrażenie na zwoich słuchaczach. Długie noże okazały się bagnetami (Podstawowym narzędziem mordu był bagnet) i były brakującym ogniwem dla postawienia zypełnie odmiennej od prof. Grossa interpretacji zdarzeń, które miały miejsce 10 lipca 1940 w Jedwabnem.

Hitlerowcy specjalizowali się tylko w masowym mordowaniu Żydów, Polaków i innych "ras niższych", ale również w kamuflażu i prowokacji. We wrześniu 1939 roku w Mszanie Dolnej Władysław Gelb - agent niemiecki i późniejszy burmistrz, brutalny i bezwzględny zarówno w stosunku dla Żydówm, jak i Polaków - przed wkroczeniem Niemców organizował oddział samoobrony. Z oddziałem cywilów zamierzał "bronić" mostu kolejowego na Rabie przed zbliżającym się wojskiem niemieckim.

Twierdzę zatem, że zbrodnie w Jedwabnem, Wąsoszu i Radziłowie były próbą wciągnięcia społeczności lokalnych w zaplanowaną przez hitlerowców masową eksterminację Żydów. Okazało się jednak, że hitlerowcy byli w stanie wciągnąć do zbrodni pospolitych przestępców z marginesu społecznego. Przebieg zbrodni w Jedwabnem wykazał hitlerowcom, że nie mogą liczyć na udział społeczności lokalnych: zdecydowana większość zganiała Żydów pod przymusem, a jeżeli można było - to się ukrywała. Kilkunastu przestępców, to nie cała społeczność.

Organizatorzy pogromów mogli liczyć na pospolitych przestępców i chuliganów oraz na tę część lokalnych społeczności, która byłaby skłonna wyrównać swoje porachunki z Żydami z powodu zadawnionej niechęci lub w odwecie za współpracę niektórych Żydów z władzami sowieckimi. Niewielkie kommando zjawia się w Wąsoszy, a miejscowy Gelb lub Karolak zbiera potencjalnych ochotników, którzy otrzymują wolną rękę w rozprawieniu się z Żydami. Hitlerowcy obserwują, ale nie angażują się bezpośrednio. W razie konieczności udzielają pomocy napastnikom. Najbardziej gorliwi uczestnicy pogromu otrzymują polecenie zjawienia się w Radziłowie, gdzie powtarzany jest mniej więcej ten sam scenariusz. Według relacji świadków Niemcy czasami są, a czasami nie są widoczni między uczestnikami pogromów. Możliwe, że gestapowcom w taksówkach, towarzyszyła dyskretnie "buda" (tak nazywano niemieckie samochody ciężarowe z żandarmami wysyłanymi na pacyfikację). Możliwe też, że kommando zabrało z sobą kilku kryminalistów, których uzbroiło w bagnety - skąd bagnety znalazły się w rękach mieszkańców Jedwabnego i okolicznych chłopów?. Po pogromach w Wąsoszy i Radziłowie kryminaliści oraz najbardziej brutalni mordecy otrzymują polecenie zjawienia się 10 lipca w Jedwabnem i rozgłaszania o mającym tam nastąpić pogromie Żydów. W interesie hitlerowców było, aby w Jedwabnem znalazło się jak najwięcej okolicznej ludności i aby samo miasto - poza wtajemniczonymi - nie wiedziało o mającym nastąpić pogromie. Wieść o mającym się odbyć pogromie rozeszła się nie z Jedwabnego, ale z Radziłowa.

Kiedy w Jedwabnem pojawili się gestapowcy zgromadzenie Żydów na rynku "pod hasłem do roboty" nie było trudnym zadaniem. Wystarczyło Żydów zawiadomić przez zwołaną wcześniej ludność polską, która podobnie jak i Żydzi niczego jeszcze nie mogła podejrzewać. Po otrzymaniu przez wtajemniczonych "wolnej ręki" zaczęły się morderstwa. Z całą pewnością został okrutnie zamordowany Józef Lewin (Lewiniuk). Czy był on przypadkowo wybranym młodym Żydem, czy też był to Lewinowicz, który asystował przy aresztowaniach przez NKWD? Nazwiska w relacjach są bardzo często przekręcane. Bardoń wymienia okrutnie pobitego Zdrojewicza. Gościcki rozpoznaje czterech zamordowanych Żydów. Kobrzyniecki przechwalał się, że sam zabił osiemnastu Żydów. Pojawiają się jeszcze nazwiska dwóch umęczonych Żydówek. Nieliczne są zatem nazwiska zamordowanych, nieliczne są też nazwiska napastników. Dlaczego?

Niektórzy świadkowie nie podają ani nazwisk mordowanych Żydów, ani nazwisk ich morderców, ale z całym przekonaniem utrzymują, że mordercami nie byli Niemcy tylko Polacy. Inni twierdzili, że wśród napastników byli Niemcy. Jedni i drudzy mówili prawdę, ponieważ wszystkie pogromy były dobrze zaplanowaną prowokacją.

Zabicie człowieka budzi opory moralne, ale technicznie jest zadaniem łatwym, natomiast pogrzebanie zamordowanego nie jest wcale łatwe, nawet kiedy przyszła ofiara sama sobie musi wykopać grób. Wykopanie grobu zajmuje dużo czasu, a tego czasu w ciągu jednego dnia nie było tak wiele. Rzetelne ustalenie miejsc pogrzebania ofiar, a nie tylko miejsc mordów jest konieczne w celu weryfikacji wielu relacji, liczby ofiar oraz liczby napastników.

Przytacza się bowiem wstrząsające ralacje, które są zmyśleniami: JW (...) trzeciego dnia po spaleniu udała się na miejsce pogromu i weszła do resztek stodoły: "Weszłam na klepisko. W zachodnio-południowym szczycie - piramida ciał aż pod sam sufit". Faktem jest natomiast, że Gościcki i Dziedzic zostali zabrani przez Niemców do grzebania ciał późnym wieczorem tego samego dnia, kiedy stodoła została spalona. Miasto nie wytrzymałoby przez trzy dni odoru spalenizny i trupów, których piramidę rzekomo widziała nastolatka. Nieświadomie potwierdziła jednak bardzo ważne zeznanie Dziedzica: tylko część stodoły, jeden sąsiek, był wypełniony ciałami zamordowanych. Najpradopodobniej powtórzyła zasłyszaną relację naocznego świadka.

(Wiktor Nieławicki) słyszał taką wersję, że Niemcy już przy samej stodole sugerowali, aby trochę Żydów oszczędzić, bo jest potrzebna siła roboacza, na co im któryś z kierujących akcją Polaków oświaczył, że dostarczą do pracy wystarczającą ilość spośród swoich.

Podając powyższą relację prof. Gross przyznaje tym samym, że Niemcy przy płonącej stodole byli i w całęj akcji ucestniczyli. Najwidoczniej jednak nie zdaje sobie sprawy, że Niemcy nie byli w Jedwabnym nieśmiałymi petentami, tylko brutalnymi okupantami. To nie Polacy wydali im nakaz zganiania Żydów, ale odwrotnie - to Niemcy taki nakaz Polakom wydali.

Prof. Gross pisze: W ostatniej chwili wyrwał się jeszcze z tego piekła (płonącej stodoły) Janek Neumark. Podmuch gorącego powietrza otworzył drzwi stodoły, obok których stał z siostrą i jej pięcioletnią córeczką. Staszek Sielawa z siekierą w ręku zagrodził im drogę, ale Neumark zdołał mu wyrwać tę siekierę i uciekli na cmentarz. I tylko zdążył jeszcze przed tem zobaczyć, jak ojciec jego stanął w płomieniach.

Czy relację tę można traktować jako fakt istony dla opisu przebiegu zbrodni (ucieczka trzech osób w tym małego dziecka przez zbity tłum prześladowców), czy też należy ją zaliczyć do kategorii zmyśleń lub - inaczej mówiąc - do błędów warsztatowych?

Julia Sokołowska zeznała, że: "krytycznego dnia w Jedwabnem było 60 gestapowców, bo szykowałam dla nich obiad, zaś żandarmów było bardzo dużo, bo przyjechali z różnych posterunków". Wątpię, aby mogła dokładnie policzyć i zapamiętać liczbę gestapowców, ale nie można jej nie wierzyć, że było ich więcej niż normalnie. Prof. Gross odrzucił jej relację, ponieważ nie pasuje do jego teorii.

Każdemu z oskarżonych w procesie w 1949 roku postawiono pytanie: "jakie jeszcze inne osoby brały udział w zaganianiu i mordowaniu Żydów w mieście Jedwabne". Dlaczego nie "sypali"? Bo nie znali zdecydowanej większości okrutnych i pozbawionych skrupułów uczestników pogromu, którzy wraz z gestapowcami pojawili się w Jedwabnem!

Władysław Miciura zeznał, że "Była masa ludzi nie tylko z Jedwabnego, ale i okolic". Mieszkańcy Jedwabnego z całą pewnością znali chłopów z najbliższych wsi, a jednak nie padło ani jedno nazwisko uczestnika pogromu z okolicy Jedwabnego. Dlaczego? Uzbrojeni w bagnety kryminaliści i weterani poprzednich pogromów, którzy zostali wezwani lub przywiezieni przez Niemców, byli nieznani mieszkańcom Jedwabnego.

Podane wyjaśnienie tłumaczy rzekomą obojętność hitlerowców oraz ich ograniczenie się "przede wszystkim do robienia fotografii i filmowania przebiegu wydarzeń". Tłumaczy też sprzeczne relacje o udziale Niemców w pogromie. Zadaniem, jakie sobie postawili hitlerowcy było obserwowanie, a nie uczestniczenie w mordowaniu Żydów. Interweniowali w razie konieczności i dlatego zostali dostrzeżeni tylko przez niektórych świadków.

Czy podane wyjaśnienie jest prawdziwe? Prawdopodobnie tak, ponieważ jest zgodne z sugestiami Himmlera: "dlaczego w okręgu białostockim nie miałoby być pogromów Żydów, jakie miały miejsce w krajach bałtyckich". Nie jest więc już istotne, czy organizatorem pogromów Żydów w okolicach Jedwabnego było kommando Schapera czy też inna mała grupa operacyjna.

Zbrodnia dokonana w Jedwabnem w dniu 10 lipca 1941 roku było zaplanowaną i przeprowadzoną przez hitlerowców prowokacją, której celem było wciągnięcie społeczności lokalnych do masowego mordowania Żydów. Rozmiar zbrodni w wielkościach liczbowych został wyolbrzymiony, a hitlerowcy, główni - chociaż z całą pewnością nie jedyni winowajcy - zostali uniewinnieni przez prof. Grossa.

Instytut Pamięci Narodowej, spadkobierca i kontynuator pięćdziesięcioletniej działalności Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, nie miał i nie ma nic istotnego do stwierdzenia, co pozwoliłoby mu potwierdzić lub zakwestionować wywody prof. Grossa. Jeżeli cała działalność Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce oraz wyniki tej działalności nie zostaną poddane starannej analizie i kontroli pod nadzorem społecznym, to po pięćdziesięciu latach działalności Instytutu Pamięci Narodowej społeczeństwo będzie wiedziało tyle samo o zbrodniach stalinizmu i komunizmu, ile wie teraz o zbrodni hitlerowców w Jedwabnem.

Prof. Gross zastanawia się w swojej książce "Sąsiedzi": "Dlaczego Żydzi mają do Polaków taki trwały uraz, zdawałoby się głębiej zakorzeniony niż do samych Niemców, którzy przecież byli pomysłodawcami, inicjatorami i głównymi (głównymi czy jedynymi? - dopisek mój) wykonawcami Żagłady? Pytanie to powinno zmuszać do zastanowienia polską opinię publiczną, ale trapić powinno przede wszystkim prof. Grossa i żydowską opinię publiczną.

Na zakończenie trzeba nie tylko nam Polakom, ale i Żydom postawić zasadnicze pytanie: co jest groźniejsze dla młodych pokoleń Polaków i Żydów - tzw. polski antysemityzm, czy żydowska selektywna amnezja oraz żydowskie uprzedzenia?

Aleksander Janik Kraków 20 kwiecień 2001

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12]

na górę