Zapraszamy do naszego forum dyskusyjnego.

Ta strona została stworzona z myślą o wszystkich zainteresowanych wydarzeniami w Jedwabnem. Tutaj czekamy na Wasze opinie. Użyj formularza na pierwszej stronie dyskusji.

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12]

Autor Data

stary żyd

23.04.2001

...i nagle wybuchła ta straszna wojenka, i armja śmigłego w rumunji znów kleka, a naród tak mocny by cukier ośiąknoć, tych żydków za pejsy rwał ich i ciągnoł. jak wrone dzikie przed domem naszym stali, na rozkaz rabować wyganiać czekali, szcześć boże niech będzie pochwalony, do geta żydłacy oddajcie nam domy. nastepnie wagony pociągi wagony, znów chór ten zebrany, i znów dzikie wrony, bełżec + majdanek + oświęcin + janowska, pomsciła się wami ojczyzna nasza boska. po wojnie gdy polska już była czyściutka i prawie nie było żywego żydeczka, znależli rodacy tam w kielcach szkielety, wyjęli im duszy a wserce sztylety. pod niebem tym wielkim nic nie zmienione, wpływ rzeki do morza i te same wrony, znów odnawiają te pjękne cmentarze, znów zapraszają żydowskich lekarze. panowie kochanie to opłacone,słyszeliśmy o tym to były wrony, a zapach z kominów przeszkadzał nam też, o boże ten bes ten bes. ta ziemia jest światkiem okropnej przeszłości, tam góry wyrosły na stosach suchych kości, w jeziorach i w rzekach jest woda czerwona, i gołąbki te bjały tak jak czarna wrona.
stary żydek

Jezus Chrystus tez byl zydem

22.04.2001

P. Anonimusie
Chociaz dluzo faktow jest w tym co Pan napisal, wiele z tego nie ma nic wspolnego do masakru w jedwabnym.
Po pierwsze, nawet jezeli to wydarzenie bylo rezyserowane przez hitlerowcow, co nie jest watpliwe, czy to by byla niespodzianka jezeli morderstwa byly wykonane przez polakow? Polacy nie sa wszyscy patryotyczni ludzie ktorzy by za nic nie pomagali jakims okupantom. To ze "chlopi" z tego regionu byli dobrzy ludzie tez o niczym nie swiadczy. Wiekszosc niemcow ktorzy pracowali w obozach smierci tez byli dobrzymi ludzmi zanim Hitler doszedl do wladzy.
Bym sie bardziej dziwil jakby polacy w zadnej zbrodni nie brali udzial. Kazde inne panstwo pod okupacji widzialy podobne przypadki. Dlaczego by Polska miala byc inna. Polacy nie sa ani lepsi ani gorsi niz inni ludzie.
Anty-semityzm tez widac w Polsce, jak nieliczni juz kretyni odpowiadajacy na ten temat udowodnili.
Myslenie ze Polacy by nie byli to tego zdonli tylko dlatego ze sa polakami jest niebezpieczna mysl. Na dodatek, zydzi mieszkajacymi w Polsce sa polakami jak kazdy inny obywatel.

Jerzy Wiechowski

19.04.2001

Ponownie zabieram glos - tym razem krotko - poniewaz z okazji swojego "debiutu" na stronie dyskusyjnej "Pogranicza" o zbrodni w Jedwabnem i pracy Prof. Jana T. Grossa, zajrzalem tu i poczytalem sobie wypowiedzi wielu, wielu poprzednikow. Zawartosc na ogol typowa dla identycznych dyskusji w innych portalach: wielka masa antysemityzmu, obowiazkowo przyozdobionego rynsztokowym slownictwem polswiatka - jako, ze polswiatek za argumenty ma wylacznie przemoc i rynsztok. Poniewaz MASA TEGO, proponuje antysemitom dzialanie jednak bardziej owocne, niz bezustanne przeklinanie: na okolicznosc ujawnienia PRAWDY o zbrodni w Jedwabnem, ZROBCIE PARTIE POLITYCZNA i wystartujcie w najblizszych wyborach do Sejmu i Senatu. Po czym (to znaczy, po tych wyborach, ktore na pewno wygracie) OCZYSCIE JUZ DOKLADNIE Polske ze wszystkiego, co tylko zalatuje semicka wonia.
Poczawszy od Adama Mickiewicza, ktory zbrukal wlasnego "Pana Tadeusza" wielkimi fragmentami o Zydzie Jankielu, w dodatku grajacym na cymbalach jakies CZYSTO POLSKIE KOMPOZYCJE. A sluchala tego i szlachta (a to na pewno byli sami litewscy Zydzi, ktorzy masowo kupowali tytuly) i wojsko (moze nawet i polskie, ale wiadomo, ze dowodzone przez Zydow) i sam Mickiewicz tez sluchal ("...a com widzial i slyszal, w ksiegi umiescilem"). Czy nie uwazacie, ze Mickiewicz pod wzgledem czysto-narodowym wyglada bardzo podejrzanie ? Zreszta, kto pod jego pomnikiem w Warszawie skladal w 1968 r. kwiaty ? Przeciez tylko Zydzi i od tego potem sie wszystko zaczelo (tzn. "rozruchy marcowe"). Poza tym ten jego "Tadeusz", to mlody, litewski Zyd, szukajacy kandydatki na zone wsrod Zydowek, ktorych bylo wtedy pelno w polskiej szlachcie na Litwie. O czym tez powszechnie wiadomo. A "Jacek Soplica", to moze nie byl Zyd ? Udawal zakonnika, a swoja robote robil - zaczal od zamordowania prawdziwego, polskiego szlachcica, a potem juz tylko, jak to Zyd, spiskowal. Moze nie tak ? Slowackiemu rowniez nalezaloby sie przyjrzec. Zauwazcie, jakich on imion uzywal w swoich utworach: "Salomea", "Kordian", potem ta... no... "Balladyna" - przeciez to sa wszystko zydowskie imiona. Czasem trudno zrozumiec, o czym on pisal, bo najpierw pisal po zydowsku, a potem jacys francuscy Zydzi tlumaczyli mu to na francuski i dopiero potem ktos na polski. O tym sie nie mowi i nie pisze bo wiadomo, ze Zydzi wszystko zachachmeca. A taki - dajmy na to - Stanislaw Wyspianski. Moze on, to nie byl Icek Goldsztejnmancwajgowicz z krakowskiego Kazimierza ? A jak on pokazal Zydow w "Weselu" ? Ze tacy niby kulturalni i porzadni, jak ta Rachel, co to niby do opery chodzila. Ja sie pytam: widzial kto Zyda w operze, co ? Jeszcze ten, no... Boleslaw chyba Prus... Przeciez ten jego Wokulski to najczystszy Zyd, trzymajacy tylko z Zydami, ktory za wielkie pieniadze mial fantazje, aby sie wkupic do najprawdziwszej, patriotycznej, polskiej arystokracji. Chcial se za dwiescie tysiecy rubli kupic zone-arystokratke. Kazdy Zyd tylko tego chcial i niektorym to sie nawet udawalo. Zydzi sa wszedzie, a w Polsce to juz w ogole - teraz, to nie idzie odroznic. I ja to chyba tez Zyd...
"Przepiekni" jestescie, wszyscy antysemici z mojej Ojczyzny. Dajcie glos, jak sobie wreszcie zrobicie czystonarodowopolska PARTIE. Napisze wam MANIFEST. Na przyklad "NARODOWOSOCJALISTYCZNY, POLSKI MANIFEST LIPCOWY". Napisze wam za darmo - w cynie spolecnym. Chceta ?
Jerzy Wiechowski, Calgary, Kanada

Janusz

18.04.2001

Do Jozef Endek
posluchaj przyjacielu, to ze ta trybuna jest wolna nie oznacza, ze mozesz spokojnie ublizac komu chcesz. Masz prawo miec inne zdanie i nie zgadzac sie z opiniami, Zydzi nie musza Ci sie podobac ani nie musisz ich lubiec ale pokaz przynajmniej, ze reprezentujesz jakis poziom umyslowy zabierajac tu glos. Swoja niechec do czegos lub kogos, mozna takze wyrazic w sposob, ktory pozwoli sadzic, ze masz minimum kultury. W tym przypadku mam prawo sadzic, iz jestes besposrednim potomkiem siepaczy z Jedwabnego, obojetne kim oni byli i co nimi kierowalo.
Apuluje wiec do wszystkich zabierajacych glos na tym FORUM: zachowajcie umiar w dobieraniu slow i ocen, wyrazajcie swoje poglady w sposob, ktory pozwoli sadzic, iz kultura dla Polakow nie jest czyms obcym. Pamietajcie, ze to co tu piszecie czytaja takze i inni w innych krajach a znajacy jezyk polski.
zatroskany

-

18.04.2001

Szanowny panie Julian Grzesik,
adres internetowy do utora ksiazki "Sasiedzi" znajdzie pan na stronie www.jedwabne.net (Jan Gross czeka na Wasza opinie)- pierwszy link z Sat Apr 7

Jerzy Wiechowski

18.04.2001

Szanowni Panstwo,
Z wielka uwaga zapoznalem sie z obszerna krytyka pracy prof. Grossa, przedstawiona przez prof. T. Strzembosza w wydaniu "Rzeczypospolitej" z 31 marca br. Z wyksztalcenia jestem politologiem. Przez kilkanascie lat zajmowalem sie badaniami najnowszych dziejow Polski, prowadzonymi w znacznej mierze w archiwach polskich i zagranicznych, w tym amerykanskich, na swoim koncie mam publikacje historyczne, ukonczony doktorat (ktorego, m.in. z powodu wyjazdu na stale do Kanady, nie przedstawialem juz do obrony), zatem warsztatowa strona pracy historyka nie jest mi obca. Jezeli nawet nie jestem uprawniony do wypowiadania autorytatywnych sadow na temat pracy utytulowanego naukowca z wielkim doswiadczeniem zawodowym, to z cala pewnoscia moge przynajmniej wyrazic pewne watpliwosci o niebagatelnym - jak sadze - ciezarze gatunkowym.
Takie powazne watpliwosci wzbudzila we mnie - bardzo dokladnie przeanalizowana - publikacja prof. Tomasza Strzembosza "Inny obraz sasiadow." Sa to watpliwosci dotyczace: zastosowanej metody krytyki ksiazki prof. Grossa "Sasiedzi", krytycznego podejscia do zrodel, wnioskowania z dostepnego obu autorom, tego samego materialu zrodlowego, a w koncowym efekcie - sugerowanego czytelnikowi scenariusza wydarzen 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem. Zanim przejde do konkretnej, szczegolowej argumentacji, zwroce generalna uwage: zamieszczonej w "Rzeczypospolitej" publikacji prof. Tomasza Strzembosza, jak rowniez innych wypowiedzi Pana Profesora na temat zbrodni w Jedwabnem, nie odczytuje tak, jak mi wygodnie. Odczytuje je raczej tak, jak powinien je odczytac ktokolwiek, majacy juz pewne doswiadczenie w specyfice pracy badacza dziejow najnowszych. Przypuszczam wiec, ze zarowno Pan Profesor, jak tez kazdy, kto z ta praca mial (badz ma) cokolwiek wspolnego wie juz, co to oznacza.
Zaczne od tego, ze w powyzszej publikacji - noszacej wszelkie znamiona krytycznego podejscia do ksiazki prof. Grossa z pozycji zapewne bardziej naukowych, niz publicystycznych - prof. Strzembosz odwolal sie do podobnej metody, ktorej zastosowanie zarzuca autorowi "Sasiadow". Podstawowy zarzut, jaki wysuwa prof. Strzembosz pod adresem prof. Grossa, jest w gruncie rzeczy zarzutem metodologicznym. To znaczy: zastosowanie niewlasciwej metody badawczej, stawia pod duzym znakiem zapytania wiarygodnosc zaprezentowanej faktografii. Wedlug prof. T. Strzembosza, metoda pracy prof. Grossa byla nastepujaca: przyjecie za punkt wyjscia nieprawdziwej relacji Szmula Wasersztajna o zbrodni w Jedwabnem, nastepnie wybitnie selektywne, a przy tym bezkrytyczne podejscie do innego materialu zrodlowego, pod katem z gory przyjetych zalozen, dyktowanych przez owa relacje, a w rezultacie - zaprezentowanie scenariusza mordu w Jedwabnem jako odbiegajacego, z natury rzeczy, w znacznej mierze od rzeczywistosci. Jak ta rzeczywistosc wygladala, tego - powiada T. Strzembosz - nie wiemy i byc moze nigdy sie nie dowiemy. A ksiazka Grossa w gruncie rzeczy nic tu nie wnosi, poniewaz zaprezentowane w niej wydarzenia, mijaja sie z prawda. Od siebie dodam, ze zarzut metodologiczny, jest praktycznie najciezszym zarzutem, jaki mozna postawic pracy historyka. Od metody tej pracy zalezy bowiem caly pozniejszy efekt w postaci zaprezentowanej faktografii. Jezeli zatem zastosowana metoda byla niewlasciwa, to mozna z gory przyjac, ze zgodnosc przedstawionych faktow ma niewiele wspolnego z realiami i cala rzecz wlasciwie nie nadaje sie do dyskusji.
Prof. Jan T. Gross, swoja ksiazke "Sasiedzi" oparl w znacznej mierze na zeznaniach oskarzonych i swiadkow, zlozonych w sledztwie, przed prokuratorem, a nastepnie podczas procesu sadowego w Lomzy, w 1949 r. Prof. T. Strzembosz- jak pisze - zapoznal sie z tymi samymi materialami, ale ich dokladne przestudiowanie wprawilo go w zdumienie. "Akta te bowiem - pisze T. Strzembosz - jezeli je potraktowac kompleksowo i powaznie, mowia zupelnie co innego, niz twierdzi Gross, opierajacy sie co prawda nie tylko na nich, ale glownie na nich." Nastepnie, cytujac fragmenty niektorych zeznan oskarzonych i swiadkow w procesie lomzynskim, prof. T. Strzembosz dazy do ukazania owego innego przebiegu zbrodni w Jedwabnem.
Do jakiej metody, czy tez metod, scislej biorac, odwoluje sie w tym celu ?
Dokonuje daleko idacej selekcji materialu zrodlowego, wynikajacej nie tyle i nie tylko z objetosciowych limitow publikacji przeznaczonej dla dziennika, co zwlaszcza dyktowanej dazeniem do wyeksponowania kluczowej roli Niemcow w dokonaniu zbrodni. Jest to bowiem watek, ktorego niedostateczne zaprezentowanie Strzembosz zarzuca Grossowi. Przedstawia zatem te fragmenty zrodel, ktore Gross pominal, lub nad ktorymi - byc moze - nawet w ogole sie nie zatrzymal. Nalezy zauwazyc, ze sprawa wyjasnienia obecnosci niemieckiej w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., jest absolutnie kluczowa dla okreslenia charakteru i zakresu udzialu w calej zbrodni czesci mieszkancow Jedwabnego. Zaleznie bowiem od rozmiarow tej obecnosci, mozna twierdzic bardzo rozne rzeczy. Gdyby na przyklad - zakladajac hipotetycznie - z bardzo roznych zrodel, w tym niemieckich, jasno wynikalo, ze w owym dniu w Jedwabnem Niemcow w ogole nie bylo, lub ich obecnosc byla zaledwie symboliczna, tymczasem spalono zywcem 1600 Zydow, wowczas sprawa odpowiedzialnosci za ten potworny czyn bylaby zupelnie oczywista. I odwrotnie - gdyby jednoznacznie wykazano, w tym rowniez na podstawie materialow niemieckich, ze 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem przebywal na przyklad batalion SS, sprawa odpowiedzialnosci takze bylaby oczywista. Tyle, ze juz kogo innego. Jest bowiem wysoce nieprawdopodobne, aby batalion esesmanow zajmowal sie zmuszaniem ludnosci polskiej do pedzenia Zydow na smierc - uzbrojeni i "odpowiednio" wyszkoleni esesmani zrobiliby to bez porownania szybciej i skuteczniej. Ale na temat obecnosci niemieckiej w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. wiemy w gruncie rzeczy bardzo niewiele(przypuszczam, ze to zostanie jednak wyjasnione - najprawdopodobniej poprzez dalsza kwerende w archiwach niemieckich). Pewne jest jedynie to, ze wkrotce po inwazji na Zwiazek Sowiecki - 22 czerwca 1941 r. - Niemcy utworzyli w Jedwabnem posterunek (w chwili ataku Jedwabne lezalo w strefie przygranicznej, po stronie sowieckiej.) Ale nie wiadomo nawet dokladnie - jaki: zandarmerii, czy "zwyklej" policji. Istnieja wprawdzie wypowiedzi wskazujace, ze w zwiazku z zamiarem wymordowania Zydow jedwabienskich, Niemcy sciagneli posilki z innych posterunkow. Jednakze wielkie roznice zdan co do liczebnosci tych posilkow, jak tez roznice co do przytaczanych, innych okolicznosci, poddaja w watpliwosc pelna wiarygodnosc tych relacji. Do tej sprawy jeszcze powroce.
Zatem, dla wyeksponowania kluczowej roli Niemcow w dokonaniu zbrodni, prof. T. Strzembosz odwoluje sie do zeznan oskarzonych i swiadkow w sledztwie oraz w procesie lomzynskim, w 1949 r. I w zasadzie jedynie do tego. Niejako przy okazji cytowania zeznan oskarzonych, przedstawia - jakby w tle - specyfike owczesnego sledztwa, przesluchan prokuratorskich, a nastepnie przewodu sadowego. Specyfika ta polegala na tym, ze zaleznie od tego, kto przesluchiwal oskarzonych i jak byli oni traktowani, zmienialy sie ich zeznania. Podczas sledztwa oskarzeni byli bici (co jest prawdopodobne, poniewaz tortury byly wowczas "norma" podczas sledztw w urzedach bezpieczenstwa publicznego). Wtedy tez przyznawali sie do winy (przynajmniej w spedzaniu Zydow na rynek Jedwabnego i pilnowaniu ich tam, aby nie uciekli), jak rowniez "sypali" innych mieszkancow miasteczka. Przed prokuratorem byli juz ostrozniejsi, choc niekiedy jeszcze przyznawali sie do winy. Natomiast przed sadem, gremialnie odwolywali swoje wczesniejsze zeznania, na ile tylko sie dalo, pomniejszali swoj udzial w zbrodni (np. jeden z oskarzonych "skrocil" swoje pilnowanie Zydow na rynku z 3 godzin, podanych w sledztwie, do... 15 minut podanych przed sadem) i podkreslali, ze do jakiegokolwiek udzialu w spedzaniu Zydow byli sila zmuszani przez Niemcow oraz poslusznego im burmistrza Karolaka. Odwolywanie zeznan, skladanych w sledztwie motywowali tym, ze podczas przesluchan byli bici, lub bardzo bici. Zatem mowili tak, a nie inaczej, ze strachu przed biciem.
Dla kazdego historyka, tego rodzaju relacje rodza problem o wielkim znaczeniu: czy i kiedy autorzy tych relacji podawali PRAWDE ? Roznice w zeznaniach tych samych osob sa tak wielkie i zasadnicze, ze tylko pewna ich czesc mogla zawierac w miare prawdziwy obraz wydarzen z 10 lipca 1941 r. Kiedy wiec ta PRAWDA byla podawana i w jakim zakresie ?
Prof. Gross optuje za tym, ze PRAWDE o zbrodni w Jedwabnem zawieraja zeznania oskarzonych, skladane w sledztwie. Prof. Strzembosz natomiast sklania sie ku przeswiadczeniu, ze zeznania skladane podczas bicia, nie moga byc uznawane za wiarygodne. Wypada zauwazyc, iz poglad ten nie jest dostatecznie uzasadniony, problemem bowiem jest: czy przesluchiwana osoba, podczas bicia, sklonna jest bardziej klamac, czy tez ujawnic prawde ? Bez wzgledu na to, ze jakiekolwiek zeznania, wymuszone torturami, moga zostac z latwoscia obalone przez obrone podczas rozprawy, zas same tortury sa dzis potepione przez prawo miedzynarodowe, warto zwrocic uwage na cztery elementy, odnoszace sie bezposrednio do sledztwa i sprawy sadowej w sprawie zbrodni w Jedwabnem.
Po pierwsze - cale dochodzenie, a nastepnie rozprawa sadowa, dotyczace tej zbrodni, nie mialy dla owczesnych wladz wiekszego znaczenia politycznego; jedno i drugie przeprowadzono szybko i wybitnie niedbale; mozna nawet wyrazic przypuszczenie, iz zarowno sledczy, jak tez sedziowie, patrzyli na ten czyn bardziej w kategoriach przestepstwa kryminalnego, anizeli stricte politycznego.
Po drugie - sam prof. T. Strzembosz wskazuje, ze dla sledczych najwazniejsze bylo ustalenie jak najwiekszej liczby oraz danych polskich wspolsprawcow tej zbrodni, natomiast udzial Niemcow byl dla nich "czyms oczywistym"; a zatem, to nie w celu dokladnego ustalenia zakresu udzialu Niemcow w zbrodni w Jedwabnem, bito podejrzanych podczas przesluchan w urzedzie bezpieczenstwa publicznego.
Po trzecie - z powyzszego wynika, ze powaznych roznic miedzy sledztwem, a rozprawa sadowa, w tej czesci zeznan, ktore dotycza akurat jakiegokolwiek udzialu Niemcow, nie mozna uzasadniac argumentem o biciu oskarzonych podczas dochodzenia.
Po czwarte - roznice miedzy zeznaniami oskarzonych, zlozonymi w sledztwie, a zeznaniami zlozonymi w sadzie - w czesci, dotyczacej udzialu Niemcow - sa wielkie i zasadnicze; nie znajduja one przekonywujacego uzasadnienia biciem podczas sledztwa, poniewaz chodzilo wtedy o co innego, natomiast sa w pelni wytlumaczalne wysokoscia kary, grozacej wszystkim oskarzonym na procesie w Lomzy, w maju 1949 r.
Z powyzszych czterech elementow, prof. T. Strzembosz uwzglednia jedynie element drugi, natomiast zupelnie pomija wynikajace stad, niebagatelne konsekwencje dla oceny materialow ze sledztwa, a nastepnie rozprawy sadowej w Lomzy, pod katem ich wiarygodnosci ! Byc moze dlatego prof. T. Strzembosz sklania sie do przyjecia za zdecydowanie blizsze PRAWDY te zeznania, ktore byly skladane przed sadem, gdzie nikt oskarzonych nie bil, ani nawet nie grozil biciem. I wlasnie w tych zeznaniach, skladanych przed sadem w Lomzy, oskarzeni minimalizowali swoj udzial w zbrodni, eksponujac przy tym decydujacy wplyw na ich zachowania obecnosci Niemcow. Z niektorych zeznan sadowych mozna wyciagnac prosty wniosek, ze zostali przez Niemcow i burmistrza Karolaka wrecz sterroryzowani.
Na pierwszy rzut oka, dokonana przez prof. Strzembosza interpretacja materialu zrodlowego, tego samego, z ktorego korzystal prof. Gross, nie jest pozbawiona elementu racjonalnego. Wiadomo, ze pod wplywem tortur kazdy czlowiek moze powiedziec i podpisac wszystko, co mu kaza oprawcy.
Tyle tylko, ze...
Tortury oskarzonych nie skonczyly sie - wbrew pozorom - wraz z zakonczeniem sledczych przesluchan (ktore zreszta - jak zauwazyl prof. Gross - byly bardzo krotkie, a protokoly wrecz lakoniczne; to na pewno nie bylo to, co sledztwo przeciw czlonkom organizacji niepodleglosciowej). Na sali sadowej, najprawdopodobniej wszyscy oskarzeni, lacznie z tymi pozniej uniewinionymi, musieli odczuwac torture nie mniej dotkliwa, od bicia podczas sledztwa. Bylo to widmo kary smierci, poniewaz wszyscy byli oskarzeni o wspolne z Niemcami dokonanie zbrodni, ktory to czyn byl zagrozony najwyzszym wymiarem kary ! Tej szczegolnego rodzaju tortury, ktora musiala trwac dokladnie do samego konca rozprawy sadowej, prof. Strzembosz w ogole nie zauwaza !
Tymczasem ten element - realne widmo kary smierci (zreszta jeden z oskarzonych zostal na nia skazany) - musial wywrzec na pewno bardzo silny wplyw, przypuszczam, ze decydujacy, na zeznania oskarzonych, skladane w maju 1949 r. przed sadem w Lomzy. Eksponowanie zwyklego ulegania niemieckiemu terrorowi, zabarwione opowiesciami o umozliwianiu Zydom ucieczek i o wlasnych ucieczkach, gdy tylko Niemcow nie bylo w poblizu, stanowilo zupelnie naturalna i praktycznie jedyna linie obrony, jaka mogli przyjac oskarzeni, aby - doslownie - ocalic glowy. Z tego, co przedstawil prof. T. Strzembosz wynika raczej, iz na sali sadowej zaistniala swoista solidarnosc: wlasciwie nikt nikogo nie obciazal, zas swiadkowie zeznawali na ogol na korzysc oskarzonych, sadzac chocby z pozniejszych wyrokow. Wypada jeszcze zauwazyc, ze zdecydowana wiekszosc - jesli nie wszyscy - oskarzonych i swiadkow pochodzila z jednej, tej samej, malej spolecznosci lokalnej. Nietrudno wyobrazic sobie pozniejsze "zycie" tych, ktorych zeznania doprowadzilyby do wiekszej ilosci wyrokow smierci, lub wieloletniego wiezienia. I - przeciez absolutnie niewykluczone - istnialy prawdopodobnie jeszcze inne, niemniej silne, podstawy wzajemnej solidarnosci oskarzonych przed sadem i swiadkow z oskarzonymi.
Oto bowiem, Naczelna Dyrekcja Archiwow Panstwowych ujawnila niedawno dokumenty, dotyczace spraw o uznanie za zmarle pewnych osob z Jedwabnego, ktore to sprawy rozpatrywal sad w Lomzy wkrotce po wojnie. Tego rodzaju sprawy sa zazwyczaj wnoszone w tym celu, aby uregulowac kwestie majatkowe osob, uznanych przez sad za zmarle. Wystepujacy w tych sprawach mieszkancy Jedwabnego podawali, jako sprawcow zbrodni 10 lipca 1941 r. - Niemcow. Element ten natychmiast zinterpretowano, jako przemawiajacy wrecz jednoznacznie za niemieckim sprawstwem tego mordu, poniewaz nikt z Polakow nie byl jeszcze oskarzony, zas sad rozpatrywal jedynie sprawy cywilne, a nie karne. A zatem, osoby wystepujace w tych sprawach wydawaly sie nie miec zadnego interesu w tym, aby podawac jakakolwiek nieprawde. Przy okazji informacji agencyjnych na temat dokumentow z owych spraw cywilnych podano, ze spaleni 10 lipca 1941 r. jedwabienscy Zydzi, pozostawili w miasteczku okolo 100 domow. I w tych domach z cala pewnoscia ktos nastepnie zamieszkal, poniewaz nigdzie, w jakimkolwiek przekazie zrodlowym, nie ma najmniejszej wzmianki o tym, ze w Jedwabnem, oprocz Zydow, zostaly spalone rowniez ich domy, wraz z calym dobytkiem. Ale - w sprawie masowego mordu Zydow w Jedwabnem toczy sie obecnie sledztwo Instytutu Pamieci Narodowej, wiec odlozmy na bok dalej idace rozwazania.
Z zeznan, zlozonych na sali sadowej w Lomzy - do ktorych prof. T. Strzembosz odniosl sie calkowicie bezkrytycznie - wylania sie nastepujacy obraz wydarzen, bezposrednio poprzedzajacych spalenie Zydow w jedwabienskiej stodole:
Oto 10 lipca 1941 r., w godzinach przedpoludniowych, polskich mieszkancow Jedwabnego, zajetych praca, lub zwyklymi, domowymi obowiazkami, zaczeli nachodzic niemieccy zandarmi, czestokroc w towarzystwie poslusznego im burmistrza i jednego, lub paru miejscowych kreatur (w tym jednego, zaufanego Niemcow) i grozac bronia, a niekiedy kopiac, lub bijac po glowie, nakazywali Polakom spedzanie Zydow na rynek, a nastepnie pilnowanie ich tam. Nikt nawet nie przypuszczal, po co. Tym niemniej, Polacy Niemcom uciekali przy nadarzajacej sie okazji (jeden uciekl rowerem az do Lomzy), poza tym umozliwiali ucieczke Zydom, lub w ogole sie nimi nie interesowali. Niemcy zas krazyli po miasteczku i wciaz kazali Polakom lapac Zydow, a nastepnie pilnowac ich na rynku. Mniej wiecej w tym czasie, niektorzy Polacy przekazywali sobie nafte - tez nikt nie wiedzial, w jakim celu. Od dwoch wlascicieli stodol - najpierw Polacy, potem Niemcy - zazadali przekazania stodoly na spalenie Zydow. Jeden sie nie zgodzil, inny zas sie zgodzil. Widziano potem palaca sie stodole, lub tylko dym z niej. Ale nikt nie widzial, KTO stodole pelna Zydow oblal nafta i podpalil. Wylacznie prof. T. Strzembosz napisal - w ogole nie wiadomo, na jakiej podstawie - ze "chodzi tu o Niemcow". Podawanie przez profesora twierdzenia, dotyczacego FAKTU, NAJPOWAZNIEJSZEGO W CALEJ TRAGEDII, kompletnie nie poparte odwolaniem sie do jakiegokolwiek zrodla, jest po prostu kuriozalne...
Taki wlasnie obraz wydarzen tworza zeznania, ktore skladano w lomzynskim sadzie, w maju 1949 r. Nie twierdze, ze jest to wersja calkowicie, z gruntu falszywa, poniewaz zawiera ona pewne elementy prawdopodobienstwa, jak tez fakty, ktore podaje rowniez prof. Gross (np. wydawanie nafty Polakom przez Polakow, czy wybieranie stodoly, w ktorej Zydzi maja byc zywcem spaleni). Ale obraz Niemcow, niemal biegajacych po Jedwabnem za Polakami, aby ci z kolei zganiali Zydow na rynek, tam ich czujnie pilnowali i to oczywiscie bez zadnego uzbrojenia, graniczy po prostu z absurdem. Jest to w dodatku obraz jakiegos niesamowitego balaganu i chaosu, zupelnie nieprzystajacego do mentalnosci Niemcow, ktorzy podobno to wszystko organizowali. Oto bowiem, ci Niemcy jakby w ogole nie dawali sobie rady - dzis powiedzianoby, ze "sytuacja ich przerastala". Zmuszani przez nich Polacy co i rusz im uciekali, do tego czesc Zydow uwalniali, a poza tym, jakby nie bylo wiadomo, kto mial tych nieszczesnikow, skazanych na wyjatkowo okrutna smierc, pilnowac na rynku. Poniewaz Niemcy pilnie potrzebowali do tego Polakow, a Polacy im uciekali. Oto charakterystyczne przyklady: jeden z oskarzonych zeznawal przed prokuratorem, ze Niemiec zmuszal go do pilnowania Zydow na rynku w Jedwabnem, bijac pistoletem po glowie. I to sterroryzowanie potwierdzili swiadkowie. A mimo to - jak zeznal przed sadem - zadnego udzialu w jakichkolwiek dzialaniach przeciwko Zydom nie bral, zas w dniu dokonania zbrodni pracowal przy kosciele. Czyli - nie dal sie zmusic ! Z kolei inny oskarzony powiedzial przed sadem, ze stawial Niemcom opor, zostal wiec przez nich pobity i sila zaprowadzony na rynek, ale po 15 minutach uciekl do domu. W sledztwie mowil, ze pilnowal Zydow na rynku przez pelne 3 godziny, ale mowil tak byc moze pod wplywem bicia w trakcie przesluchania. Natomiast bicie przez niemieckich zandarmow, lub gestapowcow, nie zrobilo na nim wiekszego wrazenia (jedynie zona - jak mowil - na ten widok az sie rozchorowala). Wiec rowniez zlekcewazyl ten terror. Jeszcze inny oskarzony zeznal, ze gestapowiec kazal mu odprowadzic (zapewne na rynek) dwoch Zydow. Ale oskarzony ten puscil ich (czyli uwolnil), gdy tylko gestapowiec udal sie do piekarni. Zatem takze on zlekcewazyl niemiecki terror w miasteczku. Ba... Niektorzy nawet w sledztwie mowili, ze niewiele sobie robili z tego zmuszania ich przez Niemcow do lapania i pilnowania Zydow. Przez nikogo nie niepokojeni, po prostu uciekali. Wszystkie te ucieczki byly skuteczne, natomiast wybitnie nieskuteczny mial byc wymierzony w Polakow terror... I to juz nie graniczy z absurdem - to jest po prostu jeden wielki ABSURD.
Ten ABSURD mogla zrodzic tylko i wylacznie najprostsza linia obrony, przyjeta przez oskarzonych w lomzynskim procesie, w maju 1949 r. Zeznawali oni wtedy pod ogromna, psychiczna presja grozacej im kary smierci, lub - w "najlepszym" razie - wieloletniego wiezienia. I dla unikniecia tej kary, w najwazniejszych kwestiach, zwiazanych ze zbrodnia - jak chocby zakres udzialu Niemcow - zwyczajnie klamiacych. Zreszta klamiacych do pewnych granic, na tyle, na ile bylo to niezbedne. Oto bowiem (jesli przyjac, ze prof. T. Strzembosz cytowal najwazniejsze fragmenty zeznan, odnoszace sie do udzialu Niemcow) okazuje sie, ze wlasciwie nikt nie widzial, aby to Niemcy podpalali stodole. W ogole nikt nie widzial, jak i przez kogo ta stodola zostala podpalona - jakby podpalila sie "sama", bo widziano jedynie plomienie i dym z niej. Jezeli rzeczywiscie zrobili TO Niemcy, w takim razie wielkie zdumienie musi budzic fakt, ze zaden z uczestnikow procesu w Lomzy ani slowem nie wspomnial o tym na rozprawie. Prof. T. Strzembosz pisze bowiem: "Nigdzie jednak nie zeznaje sie o ich [Niemcow] roli w podpaleniu stodoly. Zreszta ow moment jest starannie omijany w zeznaniach." Powstaje jedno, oczywiste, krotkie, a zarazem wielkie pytanie: DLACZEGO ? I pytanie bardziej konkretne: DLACZEGO NIKT NIE OBCIAZYL NIEMCOW PODPALENIEM STODOLY, czy chocby probami zmuszenia Polakow - pod grozba smierci - do jej podpalenia ?! Skoro ten "starannie omijany w zeznaniach" moment, w calej tej potwornej tragedii jest ABSOLUTNIE NAJWAZNIEJSZY. Tymczasem jednoznaczne, nie wzbudzajace zadnych watpliwosci wskazanie na Niemcow, jako sprawcow tego wyjatkowo bestialskiego mordu, przemawialoby wybitnie na korzysc oskarzonych Polakow ! I na tym tle, sugestia prof. T. Strzembosza, ze: "nie wydaje sie jednak, aby bylo mozliwe, by Niemcy, kontrolujac caly przebieg przygotowan do mordu, pozostawili Polakom ostateczne jego wykonanie" - otoz ta sugestia prof. T. Strzembosza jest co najmniej karkolomna. Poniewaz kompletnie, niczym nie poparta - co zreszta prof. Strzembosz posrednio sam przyznaje. I nie chodzi o to, co sie komus "wydaje", lub "nie wydaje", tylko o stwierdzenie FAKTU, ktorego nie dokonano pod oslona nocy gdzies w piwnicy, ale w duzym budynku gospodarczym na otwartej przestrzeni, w bialy dzien i na oczach bardzo wielu swiadkow.
A jezeli Niemcy TEGO jednak nie zrobili, wowczas to, ze "ow moment jest starannie omijany w zeznaniach", jest najzupelniej oczywiste i zrozumiale. Idzie dokladnie po linii obrony, przyjetej przez oskarzonych, jest calkowicie zgodne z wyraznym poczuciem ich wzajemnej solidarnosci, jak rowniez z poczuciem solidarnosci z nimi wiekszosci swiadkow z samego Jedwabnego. Jezeli Niemcy rzeczywiscie TEGO nie zrobili, z cala pewnoscia istnialo prawdopodobienstwo, ze to, KTO TO ZROBIL, moze w jakis sposob zostac na rozprawie ujawnione i jakiekolwiek klamstwo odnosnie "owego momentu" bylo wybitnie niewskazane - wtedy bowiem, byloby okolicznoscia obciazajaca. Zatem najlepiej bylo "ow moment" calkowicie przemilczec - zgodnie z przyjeta linia obrony, aby sie nawzajem nie obciazac, bo wowczas poleca glowy. I to liczne. To, co teraz powiem, moze zostac uznane za hipoteze daleko idaca, ale wcale nie mozna wykluczyc, ze nie tylko bezposredni swiadkowie, ale byc moze nawet faktyczni sprawcy podpalenia szczelnie zamknietej stodoly, calkowicie wypelnionej przeszlo tysiacem zywych istnien ludzkich, przebywali w maju 1949 r. na sali sadowej w Lomzy ! W ogole nie mozna TEGO wykluczyc - i to zwlaszcza po tym, co przedstawil prof. T. Strzembosz. I to nie jest "wygodne" odczytanie publikacji Pana Profesora na temat zbrodni w Jedwabnem - jest to po prostu odczytanie do bolu logiczne.
Osobna sprawa, ktora porusza prof. Gross, natomiast zupelnie pomija prof. Strzembosz, jest niebywala niefrasobliwosc lomzynskiego sadu, graniczaca wrecz z zupelna ignorancja. Cala rozprawa trwala zaledwie dwa dni i w tym czasie "przewinelo sie" przez nia kilkadziesiat osob. Na samo tylko odczytanie aktu oskarzenia, zeznania oskarzonych, zeznania powolanych swiadkow i wystapienia stron, musialo przypadac srednio po kilkanascie minut na osobe. I to wszystko - podczas rozprawy o dokonanie de facto zbrodni ludobojstwa. Nie zarzadzono na przyklad wizji lokalnej, czy chocby ogledzin miejsca zbrodni, na pewno popelniono cala mase uchybien proceduralnych, nie przesluchano na przyklad Szmula Wasersztajna, od ktorego relacji cala sprawa wziela poczatek i najprawdopodobniej w ogole nie zadano od prokuratury przedstawienia jakiegokolwiek, dodatkowego materialu dowodowego, poza zeznaniami podejrzanych i swiadkow. Ten sad najprawdopodobniej nie dokonal nawet proby najprostszej weryfikacji tych zeznan oskarzonych i swiadkow, miedzy ktorymi zachodzily wyrazne sprzecznosci. A prof. T. Strzembosz przytacza i jedne, i drugie zeznania sugerujac, ze - mimo wyraznych sprzecznosci miedzy nimi - i jedne, i drugie moga byc dla nas wiarygodne ! Tymczasem, juz chocby na podstawie dobranego przez profesora materialu mozna jedynie powiedziec, ze "sprawa Ramotowskiego i innych" przed sadem w Lomzy w maju 1949 r., byla wyjatkowo czarnym cyrkiem, lub czarna parodia procesu sadowego. Bo nawet nie zwykla farsa, jak w przypadku spraw, wytaczanych bylym AK-owcom (mialem taki przypadek w swojej rodzinie) i czlonkom podziemia niepodleglosciowego.
Jest juz sprawa prof. Tomasza Strzembosza, ze na podstawie tego, co opowiadano na takiej rozprawie, wyciaga daleko idace wnioski i zarzuca prof. Grossowi - uwazam, ze zupelnie bezpodstawnie - mijanie sie z prawda. Jak zwlaszcza w kwestii rzeczywistego zakresu udzialu Niemcow w zbrodni w Jedwabnem. Ponownie odniose sie teraz do tej kwestii, poniewaz - jak juz wspomnialem - ma ona podstawowe znaczenie dla jakiegokolwiek okreslania odpowiedzialnosci Polakow za ten wyjatkowo bestialski, masowy mord Zydow. I dla okreslania zakresu tej odpowiedzialnosci.
Z ksiazki prof. Grossa "Sasiedzi" wynika, ze w dniu dokonania zbrodni, obecnosc Niemcow w Jedwabnem byla wlasciwie symboliczna: 11-osobowa obsada posterunku w miasteczku, plus jacys "gestapowcy", ktorzy przyjechali "taksowka" - w sumie kilkanascie, raczej nie wiecej, niz 20 osob.
Prof. Strzembosz natomiast, przywoluje sadowe zeznanie polskiej kucharki tego posterunku, ktora akurat w dniu mordowania Zydow, miala przygotowac obiad dla 68 gestapowcow i mowila na rozprawie, ze oprocz nich "zandarmerii bylo bardzo duzo". Nawiasem mowiac, wyjatkowo duza i wyjatkowo dobrze wyposazona kuchnie musial miec ten prowincjonalny posterunek, jak tez wyjatkowa musiala to byc kucharka, ktora sama, w posterunkowych warunkach, gotowala obiad dla blisko 70 mezczyzn. Ale niewykluczone, ze mozliwe sa i takie wyczyny. Dwie inne kobiety - swiadkowie, na ktorych zeznania powoluje sie prof. T. Strzembosz - podaly, ze ci "gestapowcy" mieli na czapkach i mundurach "trupie glowki". Oznaczaloby to, ze w Jedwabnem przebywali SS-mani ! Ale tuz po cytatach tych swiadkow, prof. T. Strzembosz powoluje sie na swojego wlasnego relacjoniste - p. dr. Stefana Boczkowskiego - ktory w niedawnym liscie mial pisac, ze w calym Jedwabnem od Niemcow bylo "zielono". Niewykluczone i to, ale skoro w miescie bylo az "zielono" od niemieckich mundurow, w takim razie chodzi juz raczej o jakas jednostke Wehrmachtu, niz SS. Poniewaz SS-mani nosili mundury koloru czarnego ! - co ich zreszta odroznialo, poza zdecydowanie wiekszym okrucienstwem, od innych formacji hitlerowskich Niemiec. Roznica miedzy kolorem czarnym, a zielonym jest na tyle spora, ze mozna ja dobrze pamietac nawet przez 60 lat.
Mozna oczywiscie odpowiedziec na to, ze z powyzszych relacji wynika, iz w Jedwabnem mogli byc jednoczesnie zarowno SS-mani, jak tez zandarmeria i zolnierze Wehrmachtu. I to w duzej liczbie. Mozna tak powiedziec - skoro sugerowali to cytowani przez prof. T. Strzembosza relacjonisci. Tylko, ze...
Jezeli Niemcy mieli przyslac do tego miasteczka jakies wieksze liczebnie sily - i to z roznych formacji - z zamiarem wymordowania miejscowych Zydow, w takim razie caly ten ich wysilek, polegajacy na uprzednim zmuszeniu Polakow, aby ten masowy mord przygotowali, jest doprawdy zdumiewajacy. W dodatku, jeszcze w obliczu tego calego balaganu i chaosu (a prof. Strzembosz wspomina takze o chaosie) - w obliczu tych ucieczek i Polakow, i Zydow - jaki podobno mial tam miejsce. Przeciez stokroc "prosciej" , byloby Niemcom otoczyc Jedwabne kordonem zolnierzy (wystarczylyby dwie kompanie z dwoma ckm-ami), ludnosc polska skutecznie zastraszyc, aby "przypadkiem" nikt nie pomogl chocby jednemu Zydowi, zas SS-mani, wspomagani zandarmeria, dokonaliby calej reszty. Tak postepowano w wielu miejscach w okupowanej Polsce, a takze w innych krajach okupowanej Europy. I mniej wiecej takie zeznania z procesu w Lomzy w maju 1949 r., czytalibysmy teraz - o ile w ogole do takiego procesu by doszlo, poniewaz nigdzie sie nie zdarzylo, aby oskarzono miejscowych Polakow o udzial w eksterminacji Zydow tam, gdzie tej eksterminacji dokonali Niemcy. NIGDZIE sie to nie zdarzylo ! A dobrze wiemy, ze miejscowosci, w ktorych Niemcy dokonywali ludobojstwa, lub z ktorych wywozili Zydow prosto na smierc, bylo bardzo, bardzo wiele.
Ale absurd pozostaje absurdem. I profesor Tomasz Strzembosz upowszechnil ten absurd gdzie sie dalo, poniewaz nie tylko na lamach "Rzeczypospolitej".
Powyzszy przyklad ilustruje, jak dalece ryzykowne jest bezkrytyczne podejscie do zeznan sadowych w sprawie zbrodni w Jedwabnem, plus uzupelnianie ich relacjami po 60 latach, rowniez przyjetymi bezkrytycznie. Oto bowiem, dla proby okreslenia rozmiarow obecnosci Niemcow w miasteczku, prof. T. Strzembosz podaje: cztery relacje, a w nich jedna liczbe, jeden malo prawdopodobny szczegol i jedna sprzecznosc miedzy nimi. W sumie - obraz zagmatwany, malo wiarygodny jesli chodzi chocby o przyblizona liczbe Niemcow, a poza tym poplatanie, z jakiej formacji ci Niemcy pochodzili (a nie jest to szczegol bez znaczenia).
A do tego wszystkiego, prof. T. Strzembosz dodaje uwage od siebie: "Nie jest zreszta najwazniejsze, ilu ich [tzn. Niemcow] bylo." I jest to kolejna, kuriozalna uwaga; na pewno w najwyzszym stopniu dziwna - zwazywszy, ze wypowiedziana przez naukowy autorytet - poniewaz od tego, "ilu ich bylo", zalezy dokladne wyznaczenie zakresu odpowiedzialnosci owczesnych, polskich mieszkancow Jedwabnego za spalenie zywcem 1600 Zydow (te liczbe podaje sie najczesciej). Nawet w kontekscie uwagi samego prof. T. Strzembosza, iz Niemcy w Jedwabnem byli "elementem przymusu i reprezentantami sily okupacyjnej, decydujacej tutaj od trzech tygodni o wszystkim" - zachodzi ogromna roznica miedzy tym, czy ten "element przymusu" skladal sie z 20, czy na przyklad 100 uzbrojonych zandarmow i gestapowcow (badz SS-manow). Poniewaz zawsze i wszedzie "element przymusu" stosuje przymus odpowiednio do sil i wyposazenia, jakimi na danym terenie dysponuje.
Jezeli Niemcow bylo raptem kilkunastu - jak podaje prof. Gross w "Sasiadach" - to udzial tychze Niemcow w zapedzeniu Zydow na rynek, stamtad do stodoly i nastepnie w spaleniu tak wielkiej grupy ludzi, mogl byc wylacznie symboliczny (na 1 Niemca przypadaloby okolo 100 ofiar dokonanego w stosunkowo krotkim czasie przygotowania i samego mordu !). Jezeli zas Niemcow w Jedwabnem byl na przyklad batalion - i to jeszcze batalion SS - to wtedy mozemy rzeczywiscie mowic o symbolicznym udziale Polakow w dokonaniu tej potwornej zbrodni, ograniczonym moze do okolo 20 osob o podejrzanej reputacji ! Ale - jak dotad - nigdzie nie znaleziono wiarygodnego sladu obecnosci jakichkolwiek, wiekszych pododdzialow niemieckich w Jedwabnem, w dniu dokonania zbrodni. Najswiezsze rezultaty kwerendy w archiwach niemieckich, przeprowadzonej przez wyslannika IPN, doc. Edmunda Dmitrowa, mowia "zaledwie" o dzialaniu latem 1941 r. na terenie Bialostocczyzny gestapowskiego komanda Schapera. Komando to pochodzilo z Ciechanowa, liczylo od kilkunastu, do 30 osob i przemieszczalo sie w dwoch samochodach osobowych. Nie znaleziono podstaw, jednoznacznie wskazujacych na udzial calego tego komanda w zbrodni w Jedwabnem. Prawdopodobnie dzialalo ono na duzym obszarze i jakas jego czesc - lacznie z dowodca - mogla 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem przebywac. I prof. Gross pisze w "Sasiadach", ze w dniu mordu istotnie przebywala w miasteczku niewielka grupa gestapowcow, ktorzy przyjechali "taksowka" - jak okreslali samochody osobowe mieszkancy Jedwabnego. Wedlug doc. Dmitrowa zas, mniej wiecej w tym czasie szef Glownego Urzedu Bezpieczenstwa Rzeszy Heydrich - ktoremu podlegala tajna policja panstwowa, czyli gestapo - sugerowal organizowanie "akcji samooczyszczania", polegajacych na organizowaniu wystapien lokalnych mieszkancow przeciwko Zydom i wykorzystanie w tym celu antykomunistycznych i antyzydowskich nastrojow ludnosci. I prof. Gross, choc nie odwoluje sie w "Sasiadach" do jakichkolwiek dokumentow z archiwow niemieckich, wskazuje na duze prawdopodobienstwo porozumienia Niemcow z polskim magistratem Jedwabnego, ktore poprzedzilo cala zbrodnie ! Nawiasem mowiac, z przekazanych w ostatnich dniach informacji doc. Dmitrowa z archiwow niemieckich wynika, ze Polacy dokonywali podobnych zbrodni w innych miejscowosciach lomzynskiego, zas udzial Niemcow mozna okreslic jako sladowy ! Komenda polowa Wehrmachtu w Lomzy donosila 14 lipca 1941 r., ze: "W Wasoszu pomiedzy odstapieniem Rosjan a nastaniem okupacji niemieckiej Polacy zalatwili stodole pelna Zydow" ("Rzeczpospolita", 6 kwietnia 2001 r. - redakcja dodaje, ze byc moze chodzilo tu wlasnie o Jedwabne, lub Radzilow).
Co najmniej kilkunastu Niemcow - z zandarmerii i gestapo, lub SS - o ktorych w swej ksiazce pisze prof. Gross - bylo w Jedwabnem na pewno. Ale przy probach ustalenia, czy bylo ich wiecej oraz - o ilu wiecej ich bylo - zaczynaja sie "schody"; powstaja luki w zrodlach, lub nieoczekiwane sprzecznosci. Oto na przyklad, prof. T. Strzembosz zauwaza, iz w dniu dokonania zbrodni, miasteczko w ogole nie bylo otoczone zadnym kordonem, co podobno ulatwialo Zydom ucieczki w pole. Jest to rowniez nadzwyczaj dziwne, skoro od niemieckich mundurow bylo wtedy podobno "zielono". W przypadku zamiaru dokonania eksterminacji jakiejkolwiek grupy ludnosci z okreslonego obszaru, otoczenie takiego obszaru szczelnym kordonem bylo najbardziej elementarna "powinnoscia", i wlasnie od utworzenia kordonu Niemcy rozpoczynali tego rodzaju akcje. A dla skutecznego otoczenia kordonem miasteczka tej wielkosci, jakim w lipcu 1941 r. bylo Jedwabne, wystarczylyby - jak juz wspomnialem - dwie kompanie i dwa ciezkie karabiny maszynowe. Mozna bowiem obliczyc obwod, podzielic przez liczbe zolnierzy z dwoch niemieckich kompanii i wyjdzie, ze na jednego, uzbrojonego w pistolet maszynowy zolnierza, przypadaloby do pilnowania co najwyzej kilkadziesiat metrow. I zaden Zyd z lapanki w tak malym miasteczku zywy by sie nie wydostal !
Prof. Gross pisze natomiast, ze pewien rodzaj otoczenia Jedwabnego kordonem byl - ale to nie byl kordon niemiecki... Dlatego owszem, niektorzy Zydzi rzeczywiscie uciekli, ale bardzo niewielu...
Na zakonczenie cytatow z zeznan, zlozonych przez oskarzonych na procesie w Lomzy, prof. T. Strzembosz, jakby z niejaka satysfakcja, wrecz wykrzykuje:
"A wiec - Niemcy !
Ilu ich bylo. Nie wiemy."
A ja na to zapytam: skad zatem wiemy, ze to Niemcy, Panie Profesorze ? Na podstawie tego, co opowiadali oskarzeni pod bezposrednia grozba skazania na kare smierci ? Jak to wszystko pozbierac to widac, co opowiedzieli: sytuacje zupelnie absurdalna, by nie rzec - surrealistyczna. Bo co mieli opowiedziec przed sadem, w ktorego rekach bylo ich zycie ? Bronili sie, jak tylko mogli bronic sie zwykli, prosci ludzie, ktorym nagle grozi smierc, a ktorzy chcieli jeszcze troche pozyc. Nawet, jezeli przyjmiemy, ze tych dziesieciu, czy dwunastu w koncu uniewinnionych, bylo rzeczywiscie niewinnych, zas wina pozostalych (oprocz jednego) polegala glownie na tym, ze dali sie zastraszyc, to juz sam fakt ogromnych uchybien calego procesu sadowego w Lomzy, w tego rodzaju twierdzenie - "a wiec Niemcy !" - kaze bardzo powaznie watpic. Sprobujmy wyobrazic sobie sprawe karna jakiejs kilkunastoosobowej grupy osob, oskarzonych o zabojstwa - a takich spraw jest ostatnio niemalo - prowadzona wedlug "wzorca" lomzynskiego z maja 1949 r. Przeciez juz sam czas trwania takiej "rozprawy" - dwa dni ! - jest w ogole nie do wyobrazenia. Bardzo latwo mozna sobie natomiast wyobrazic, jak ci oskarzeni - zagrozeni "tylko" dozywociem - zeznawaliby; lacznie z watkiem wymuszania zeznan "biciem" przez policje, bo takie uwagi oskarzonych wcale nie sa rzadkie. A scislej - nietrudno wyobrazic sobie, co zeznawaliby oskarzeni o zabojstwo (a nasza terazniejszosc przykladow zeznan sadowych dostarcza mnostwo).
Bardzo waznym elementem publikacji prof. T. Strzembosza "Inny obraz sasiadow", jest podjecie proby ustalenia, ilu polskich mieszkancow Jedwabnego moglo uczestniczyc w dokonanej tam zbrodni. Profesor odrzuca liczby uczestnikow, podawane w sledztwie - jako wymuszone biciem - i dopuszcza jedynie: liczbe osob skazanych w procesie lomzynskim (minus dwoch, uniewinnionych pozniej, podczas rozprawy apelacyjnej), zaledwie trzy osoby z listy Szmula Wasersztajna oraz osoby podejrzane, wymieniane na rozprawie sadowej w Lomzy, ale zmarle, lub dla sadu niedostepne (np. z powodu wyjazdu z Jedwabnego). Podsumowujac te dane prof. T. Strzembosz pisze, iz "w ktorejs z faz zbrodniczego aktu z 10 lipca 1941 r. uczestniczyly 23 osoby sposrod spoleczenstwa polskiego". Wprawdzie przyjete przez profesora podstawy tego wyliczenia musza budzic powazne zastrzezenia (zwlaszcza odrzucenie sporej grupy ludzi, bez przekonywujacego uzasadnienia), ale przyjmijmy, ze - jak pisze profesor - "jest to liczba dosc prawdopodobna". A zatem - 23 osoby. Nietrudno zauwazyc, ze nie jest to wielka liczba.
I teraz musimy na chwile powrocic do glownego motywu publikacji prof. T. Strzembosza, a zarazem mojej polemiki z ta publikacja, czyli do sprawy udzialu w tej zbrodni Niemcow.
Podstawowym problemem do rozstrzygniecia jest: czy Niemcy uczestniczyli w tej zbrodni licznie, czy tez symbolicznie ? Wage jednoznacznego, nie budzacego watpliwosci rozstrzygniecia tego problemu, mozna wrecz porownac do roli swiadka koronnego w procesie, w ktorym oskarzenie nie dysponuje wystarczajacymi dowodami. Dlaczego ? Poniewaz NIEMOZLIWY BYL symboliczny udzial w tej zbrodni Niemcow i jednoczesnie symboliczny udzial w tej zbrodni Polakow. Wynika to z ogromnego - niestety - rozmiaru owego barbarzynskiego czynu. Mowiac konkretnie - jezeli przyjac dane o Niemcach prof. Grossa, czyli 11 Niemcow na posterunku w Jedwabnem, plus kilku przyjezdnych, co mozna zaokraglic do 20 osob, a zarazem, jezeli przyjac dane o Polakach prof. Strzembosza, czyli 23 osoby, to spedzenie, a nastepnie spalenie zywcem 1600 ludzi, czy nawet "tylko" 1000 ludzi przez 43 osoby, z ktorych mniej niz polowa byla uzbrojona w bron palna, wkracza dokladnie w strefe zupelnego nieprawdopodobienstwa. Owszem, dokonanie tej straszliwej zbrodni przez okolo 40, czy nawet 50 osob, byloby jak najbardziej mozliwe, ale wowczas ofiar byloby znacznie mniej, zas ocalalych duzo, duzo wiecej (prof. T. Strzembosz podaje, ze ocalalo wiecej Zydow, niz 7 osob ukrywanych przez rodzine Wyrzykowskich, ale z cala pewnoscia nie byly to dziesiatki, czy tym bardziej setki ludzi). Sprobujmy odpowiedziec na proste pytanie: ile osob moze pognac na smierc jeden uzbrojony czlowiek, a ile - nieuzbrojony ? Zauwaze, iz jeden nieuzbrojony w bron palna czlowiek, moglby pognac na smierc na tyle niewielu ludzi, ze dla zgromadzenia chocby polowy z 1600 przyszlych ofiar, powinien miec wielokrotnie wiecej, niz zaledwie 20 nieuzbrojonych "pomocnikow" ! A do tego, z rozprawy sadowej w maju 1949 r. w Lomzy dowiadujemy sie, ze przynajmniej czesc tych, ktorzy nie byli uzbrojeni, albo Zydow uwalniala, albo Zydzi im uciekali...
I DLATEGO, 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem, musiala zaistniec sytuacja albo licznego udzialu w zbrodni Niemcow, zas nielicznego Polakow, albo - ODWROTNIE. Trzeciej mozliwosci nie ma - a w kazdym razie, nie miesci sie ona w kategoriach chocby niewielkiego prawdopodobienstwa. Jezeli nawet doszlo w Jedwabnem do sterroryzowania przez Niemcow polskiej ludnosci, by zgromadzila ona wielki tlum Zydow przeznaczonych do usmiercenia, to w tym celu obecnosc Niemcow musialaby byc znacznie liczniejsza, niz okolo 20 uzbrojonych ludzi. A skoro bylo ich duzo wiecej - a na podstawie publikacji prof. T. Strzembosza mozna wysnuc wniosek, ze przynajmniej okolo setki (68 gestapowcow, plus bardzo duzo zandarmerii) - to w takim razie jest to praktycznie niemozliwe do pogodzenia z tym obrazem chaosu i balaganu, z tymi ucieczkami Polakow i Zydow, jaki ukazali oskarzeni na procesie w Lomzy. Oto bowiem okazuje sie, ze owych "68 gestapo", plus "bardzo duzo zandarmerii", zdolalo naklonic terrorem raptem okolo 20 Polakow, z ktorych polowa i tak nic sobie z tego terroru nie robila. Tak podobno mialo to wygladac. PRAWDA ? Panie Profesorze Strzembosz - setka uzbrojonych w bron palna i na pewno odpowiednio wyszkolonych Niemcow, moglaby niezwykle skutecznie sterroryzowac nawet kilkaset polskich mieszkancow miasteczka. I zapewnic pelny porzadek calej akcji eksterminacji ludnosci zydowskiej. Jezeli w ogole takie sterroryzowanie Polakow byloby potrzebne, poniewaz rownie skutecznie - przy tym bez tego calego balaganu - setka uzbrojonych i odpowiednio wyszkolonych Niemcow sterroryzowalaby, pognala na smierc i usmiercila 1600 Zydow ! I wtedy, na kazdego Niemca "przypadaloby" 16 ofiar mordu... Bez zadnego ogladania sie na "pomoc" ludnosci polskiej. Jak w ogromnej masie miejsc, na gigantycznej mapie holokaustu !
Jak zatem - na tym tle - przedstawia sie "wiarygodnosc" zeznan oskarzonych i swiadkow, skladanych na procesie w Lomzy, w maju 1949 r., przytaczanych przez prof. T. Strzembosza bez najmniejszego, krytycznego spojrzenia ?
Jezeli przyjmiemy hipoteze, ze zamiar usmiercenia jedwabienskich Zydow wyszedl od Niemcow - i tylko od Niemcow - zas do realizacji tego zamiaru postanowili oni posluzyc sie miejscowa, polska ludnoscia, to podstawowy, praktyczny motyw owego "odwolania sie" do Polakow, mogl byc tylko jeden: poniewaz ich, Niemcow, dla realizacji tego bestialstwa bylo w Jedwabnem stanowczo ZA MALO, zas Zydow do wymordowania okolo poltora tysiaca (czy chocby "tylko" tysiac), wsrod nich byli bowiem jeszcze uciekinierzy z innych miejscowosci. Nie wiemy dokladnie ilu ich, Niemcow, bylo wowczas w Jedwabnem - ze powtorze za prof. T. Strzemboszem. Ale z cala pewnoscia nie na tyle wielu, by mogli oni skutecznie sterroryzowac polskich mieszkancow miasteczka, a tym bardziej i Polakow, i Zydow jednoczesnie. Gdyby to sterroryzowanie bylo rzeczywiscie skuteczne, to zeznania oskarzonych w Lomzy wygladalyby zupelnie inaczej. Zaistnialyby bowiem takie okolicznosci i doszloby do takich wydarzen, ktore oskarzeni i swiadkowie z Jedwabnego zapamietaliby bardzo dobrze i nigdy, przed zadnym, powojennym sadem, pominac by nie mogli. I opowiadaliby o sytuacji realnej, a nie absurdalnej.
A skoro ICH, Niemcow, BYLO ZA MALO, to co NAPRAWDE wydarzylo sie w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. ?
Poniewaz tej potwornej, barbarzynskiej zbrodni, z cala pewnoscia poprzedzonej - bez zadnej przesady - dantejskimi scenami, KTOS JEDNAK DOKONAL. Choc podobno NAWET NIKT NIE WIDZIAL, KTO I JAK PODPALAL JEDWABIENSKA STODOLE... Z ktorej swiat, po blisko 60 latach, uslyszal straszliwy krzyk palonych, zywych istnien ludzkich. Krzyk juz nie o zycie, tylko o PRAWDE - Panie Profesorze Strzembosz.
Profesor Tomasz Strzembosz, podstawowym udzialem Niemcow w spaleniu zywcem w lipcu 1941 r, w Jedwabnem, 1600 Zydow, motywuje wspoluczestnictwo nielicznej grupy Polakow. I przedstawia - jak pisze - W tym celu formuluje teze, oparta na wyselekcjonowanym, calkowicie bezkrytycznie przyjetym materiale zrodlowym, z ktorego powstaje w istocie obraz absurdu, sprzecznosci i braku logicznych powiazan. Nietrudnym do odczytania celem takiej "argumentacji" jest, z jednej strony, proba maksymalnego pomniejszenia zakresu odpowiedzialnosci Polakow, z drugiej zas - proba usprawiedliwienia tego pomniejszonego, polskiego uczestnictwa w zbrodni. Jest to byc moze droga, majaca prowadzic do realizacji pewnych zyczen, aby - najlepiej z pomoca naukowego autorytetu - okazalo sie, aby moze zostalo jakos udowodnione, ze NIE... Ze bylo INACZEJ, niz napisal prof. J. T. Gross. Publikacja prof. Strzembosza nie zaprowadzila mnie w te strony. Wywolala natomiast skutek dokladnie odwrotny, nieoczekiwanie umacniajac wczesniejsze przeswiadczenie co do nader niewielkiego dystansu, dzielacego "Sasiadow" prof. Jana T. Grossa od straszliwej dla nas Polakow - PRAWDY.
Pomijam juz, czym RZECZYWISCIE kierowali sie polscy mieszkancy Jedwabnego, rzekomo zmuszeni niemieckim terrorem do pognania na wyjatkowo okrutna smierc swoich zydowskich sasiadow. Zakoncze moze niezbyt oryginalnie, cytatem z obszernej wypowiedzi arcybiskupa Jozefa Zycinskiego dla "Rzeczypospolitej" z 6 marca br.:
"Ostatecznie promieniowanie barbarzynstwa dotykalo mieszkancow prowincjonalnych miasteczek, ktorzy wyciszali spokojnie sumienia, powolujac sie na autorytet tych, ktorzy wystepowali w roli ostatecznych ekspertow od kwestii zydowskiej. Ludobojstwo - zbanalizowane na pewnym etapie spolecznej kontroli - generowalo reakcje lancuchowa, ktorej zasieg wykraczal poza granice systemow politycznych i tradycji kulturowych. Dorazne zanieczyszczenie srodowiska intelektualnego przez ignorowanie prawdy i odpowiedzialnosci moralnej stworzylo klimat swobodnego rozwoju wszelkich patologii, wlacznie z usprawiedliwianiem barbarzynstwa przez malomiasteczkowe srodowiska, ktore wczesniej dowiadywaly sie o barbarzynstwie jedynie z lektury gazet." (Podkreslenie moje - J.W.)
Jerzy Wiechowski, Calgary, Kanada
e-mail: jwiechowski@hotmail.com
Lacze pozdrowienia i wyrazy szczerego, wysokiego szacunku
Jerzy Wiechowski

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12]

na górę