| MITYNG W STYLU PRL POD DOMINIKAŃSKĄ BATUTĄ
Z UDZIAŁEM PROFESORA JANA TOMASZA GROSSA
Dnia 29 III 2001 roku, w Centrum Kultury przy ul. Peowiaków w Lublinie, z
inicjatywy i pod przewodnictwem o. dominikanina z Lublina, miało miejsce
niecodzienne spotkanie z przybyłym z USA autorem książki "Sąsiedzi".
Wielebny ojciec do dyskusji panelowej zaprosił ks. dr. Romana Jakuba
Wekslera-Waszkinela, który pomimo, że kilka tygodni temu otrzymał ode mnie
materiały opracowane przez prof. Strzembosza na temat uroczyska Kobielno,
opublikowane w Karcie z 1991 r., nie odniósł się do meritum sprawy - treści
książki "Sąsiedzi", dramatu w Jedwabnem, a uprzednio w Kobielnym, lecz piał
peany na cześć papieża, co nie miało żadnego związku z podstawowym tematem
tego zgromadzenia.
Przed wystąpieniem autora "Sąsiadów", wyświetlono film Michała Trepki osnuty
na wierszu Miłosza o warszawskiej karuzeli, że pod murami była ona czynna
nawet w czasie powstania w getcie. Stefan Bratkowski, który akurat mieszkał
w pobliżu, stanowczo temu zaprzecza. Tak się złożyło, że wówczas wraz z
ojcem przez trzy dni mieszkaliśmy na starym mieście w Warszawie i do
dzisiejszego dnia dźwięczy mi w uszach kanonada i wybuchy w getcie oraz po
stronie aryjskiej towarzysząca temu groza. Twierdzę, że chyba tylko wyrodna
matka w takim czasie wysłała by swoje dziecko na karuzelę? Takiego
rozgraniczenia w jej funkcjonowaniu w czasie, w tym tragicznym filmie
reżyser nie zaznaczył, lecz bazując na nieszczęściach jego narratorów
przemycił półprawdę, która w swej istocie jest gorsza od samego błędu. Gwoli
sprawiedliwości mógłby pokazać, jak w tym samym czasie bawiły się dzieci
żydowskie w amerykańskich lunaparkach lub przyjęcia, jakiego ze strony
amerykańskich Żydów doznał Jan Karski i Szmul Zygelbojm, który w tym czasie,
w akcie rozpaczy popełnił samobójstwo w Londynie.
Po takim zmiękczeniu mózgów, pan Gross w czasie swych wystąpień w żadnym
szczególe nawet nie starał się poszerzyć lub bodajże uwiarygodnić treści
prezentowanych w "Sąsiadach". W takim też stylu żonglerką słowną i
pustosłowiem, bagatelizował i minimalizował ciężar gatunkowy podnoszonych
przez pytających kwestii. Byłem na tyle w lepszej sytuacji od niektórych,
ponieważ mając w komputerze tekst "Sąsiadów" znałem ich treść i zawarte w
niej nieścisłości. Obserwując nieuczciwą grę pana Grossa i sekundującemu
zakonnikowi, ustawiłem się w kolejce w celu zabrania głosu. Niestety,
chociaż byłem najstarszym i przede mną było tylko trzech studentów, pomimo
ponawianej z mej strony prośby, o g. 20. 20 dominikanin żadnemu z nas nie
udzielił już głosu, zamykając zgromadzenie. W takiej scenerii, w stylu
minionej epoki, zalegalizowano w Lublinie treść "Sąsiadów".
Sam sposób prowadzenia tego mityngu, tym razem pod dominikańską batutą,
nazwałbym skandalicznym. Jako pierwszy, poprosił o głos starszy człowiek,
który przedstawił się jako b. mieszkaniec z okolic Jedwabnego, znający
prawdę na ten temat usiłował podbudować ją kilkoma faktami. I stała się
rzecz niesłychana, wprost siłą odebrano mu mikrofon. W takim terrorystycznym
stylu był prowadzony ten cały odrażający spektakl. Bezpardonowo z wieloma
pytającymi postąpiono podobnie. Chwytem pana Grossa było, czy czytał Pan
książkę? I biada temu kto się przyznał, że jej nie czytał. A przecież w
gestii i do obowiązków autora i organizatorów należy, by została
przeprowadzona jej uczciwa prezentacja. Śmiem twierdzić, że pan .Gross
celowo uchylił się od autorskiego obowiązku, a dominikanin umożliwił mu
wyprowadzenie słuchaczy w pole i potraktowanie jako bezmyślnego "motłochu".
Zachęcony możliwością porozmawiania z panem Grossem po tym spektaklu, już na
podium, na rutynowe pytanie czy czytałem książkę? Odpowiedziałem, tak,
dodając, że Pan ją bardzo tendencyjnie napisał. Poprzez pytania usiłowałem
rozwiać swoje wątpliwości, ale otrzymane odpowiedzi tylko pogłębiły moje
przeświadczenie o instrumentalnym, wręcz nieuczciwym manipulowaniu
materiałem faktograficznym opisywanych zdarzeń. Zapytałem go: czy na
przestrzeni ub. dziewięciu wieków zamieszkiwania Żydów w Polsce, łącznie z
okresem II RP, okupacji, i aż do obecnych czasów jest on w stanie wskazać
jakąkolwiek polską siłę polityczną, która by nawoływała do eksterminacji
Żydów? Odpowiedź zgodnie z prawdą brzmiała; Nie było. Wobec tego czy do
śmierci Piłsudskiego Żydzi byli w Polsce dyskryminowani? Odpowiedź brzmiała:
Nie. W tym świetle jest rzeczą oczywistą, że przedwojenne czteroletnie
antysemickie ekscesy polskiej prawicy w obronie ekonomicznych zagrożeń ze
strony konkurencji żydowskiej, ani też udział nielicznych Polaków w
zbrodniach na Żydach okresu okupacji i po jej zakończeniu w trakcie walki z
narzuconym Polsce systemem komunistycznym, nie może zniweczyć dobrodziejstw,
jakie od wieków Żydzi doświadczali ze strony Polaków!
Następnie zapytałem: czy jeszcze w jakiejkolwiek części Polski, oprócz
łomżyńskiego, wydarzyła się podobna zbrodnia oraz czy jest w stanie wyjaśnić
dlaczego akurat tam to nastąpiło? Odpowiedział, że nie wie i sam by chciał
otrzymać odpowiedź na to pytanie. Zarzuciłem, że w sposób fałszywy
przedstawił obraz "entuzjastycznego (oprócz Żydów) witania w 1941 wojsk
hitlerowskich przez Polaków na Wschodzie i kolaborowania z Niemcami,
włączywszy się również w proces eksterminacji Żydów" (s. 109-111).
Zaznaczyłem, że przecież Polacy stanowili tam mniejszość, a po czterech
deportacjach na Sybir ponad miliona obywateli nie mieli podstaw się smucić,
że sowiecki koszmar i dalsze wywózki już się skończyły. W odpowiedzi
obstawał, że jednak jeszcze dużo Polaków tam mieszkało i powołał się na
meldunek Grota-Roweckiego, w którym nie ma żadnej wzmianki o Polakach, lecz
tylko o miejscowej ludności. W "Sąsiadach" autor zupełnym milczeniem pokrył
większości etniczne zamieszkujące te tereny, usiłując w rozmowie imputować
treści depeszy jakich nie zawiera. Wielka szkoda, że zapomniał zacytować, co
w swej książce "W czterdziestym roku nas matko na Sibir zesłali" na s. 32
napisał: "Kiedy do Lwowa, Wlodzimierza i Brześcia przybyły komisje
niemieckie dla umożliwienia wyjazdu za Bug właśnie masy tych "dobrowolców"
Żydów wiwatowały setkami tysiącami na cześć Niemiec i Hitlera. Proszę sobie
wyobrazić tłumy Żydów krzyczących: niech żyje Hitler! ... Pewien oficer
niemiecki zwrócił się do tłumu Żydów i zapytał: "Żydzi dokąd jedziecie
przecież my was zabijemy".
Po takiej edukacji ofiarowałem panu Grossowi moją książkę o Żydach - "Aliję
Izraela". Napisałem ją z potrzeby serca dania świadectwa Prawdzie, w tym o
stosunkach polsko - żydowskich, które znam z autopsji. Została ona
przetłumaczona i wydana wyłącznie za moje własne pieniądze w polskim i
niemieckim języku, a ponadto z takim samym obciążeniem finansowym
przetłumaczona i przygotowana do druku w rosyjskim, rumuńskim i francuskim
języku. Od nikogo nie otrzymałem na ten cel ani jednego dolara i dlatego w
ocenie faktów mogę zachować zupełną niezależność i obiektywizm.
Sądzę, że podobnie jak ja, zgromadzona publiczność z niesmakiem i goryczą
opuszczała tego wieczoru Centrum Kultury. Przezwyciężając niechęć do
ponownego czytania "Sąsiadów", przeanalizowałem jej treść konstatując, że
nie służy ona poznaniu rzeczywistej prawdy o tym co się wówczas stało, lecz
będzie stanowiła niezłą mieszankę wybuchową tak dla polskich, jak i
żydowskich ekstremistów o nieprzewidzianych do końca skutkach, kładące się
ciężkim brzemieniem nad polsko-żydowskim pojednaniem.
Krytyczny przegląd "Sąsiadów"
Nie zamierzam w jakikolwiek bądź sposób usprawiedliwiać popełnionych na
tamtejszych Żydach zbrodni, ani też zaprzeczać udziałowi w niej miejscowych
Polaków, lub bodajże występować w ich obronie w roli advocatus diaboli.
Pozwolę sobie jedynie zwrócić uwagę na nieuczciwe wykorzystywanie przez pana
Grossa męczeństwa tych ofiar dla celów politycznych. Ani film pani Arnold,
ani pod tym samym tytułem książka "Sąsiedzi", nie stanowią wiarygodnego
kompendium wiedzy na ten temat. Nie jest ona dziełem naukowym, ale
tendencyjną publikacją. My, którzy żyliśmy w czasach brunatnego i czerwonego
faszyzmu, jeszcze nie zdołaliśmy zapomnieć metod, jakimi się posługiwała ich
propaganda w ogłupianiu "motłochu", żądnego "chleba i aren". Obserwowana
dziś niemal we wszystkich dziedzinach życia naszego kraju zgnilizna, jest
efektem nie rozliczenia się z jej siewcami i nie objawienia przed
współczesnym młodym pokoleniem perfidii metod, jakimi dla osiągnięcia celów
się ona posługiwała.
Pan Gross w dużej mierze oparł się na relacjach zbiegłego z pogromu Żyda,
który w filmie stwierdza, że uciekł w żyto i widział zaledwie jego początek.
Opierając się na podobnie "wiarygodnej" relacji Finkelsztajna napisał:
"Polacy w Radziłowie wybudowali łuk tryumfalny, ozdobiony swastyką,
portretem Hitlera i hasłem: "Niech żyje armia niemiecka, która wyzwoliła nas
z pod przeklętego jarzma Żydokomuny". (s. 39). Pytam: czy pan Gross nie był
w stanie sprawdzić prawdziwość tej insynuacji? Szkoda papieru na wykazanie
kłamliwości tego pomówienia, a ponadto nie ma potrzeby zwalniać Autora z
obowiązku udowodnienia serwowanych czytelnikom fałszów. Według pana Grossa,
Sowietów witała w Jedwabnem jedna żydowska i dwie polskie rodziny, doliczył
się zaledwie tylko jednego żydowskiego konfidenta NKWD Lewinowicza, który
pomagał w aresztowaniu kpr. Borawskiego, którego wprost makabryczne
przeżycia w czasie śledztwa w cyt. wyżej książce na s.327- 339 przedstawił
sam pan Gross. Zaniedbał przy tym sprawdzić jaką rolę w zsyłkach Polaków na
Sybir odegrał inny żydowski szpicel z Jedwabnego, Meir Wajnsztajn oraz ilu
tamtejszych Żydów było milicjantami wywożącymi Polaków na zsyłkę. Nie
zapomniał jednak doliczyć się aż 25 Polaków, którzy mieli nawiązać
agenturalną współpracę z NKWD lecz i tu nie uważał za stosowne wyjaśnić, w
jak dramatycznych okolicznościach dokonała się ich osobista tragedia.
Żeby nie być gołosłownym, podam pod uwagę następne "rewelacje" pana
socjologa Grossa. Widocznie też celowo nie zacytował choćby tych fragmentów,
jakie w 1981 r. w swej książce sam ujawnił na temat niegodziwości
popełnianych na Polakach przez Żydów pod okupacją sowiecką. Może zdoła
oświecić pana Grossa w tej sprawie świadectwo najodważniejszego z "białych
kurierów", lwowiaka, Tadeusza Chciuka (Marek Celt), który na s. 209 książki
"Biali Kurierzy" wyd. w 1986 w Monachium pisze: "Pod Sowietami (...) my
Polacy, boimy się Żydów, oczywiście nie wszystkich, ale się boimy bardziej
niż kogo innego. Oni najbardziej niebezpieczni, są wszędzie, są
najgorliwszymi komunistami, dużo wiedzą, pomagają "rozpracowywać" teren, sam
mam takich kolegów z gimnazjum, uniwerku..." (Alija s. 157).
Syn gen. Janyszajtisa w liście do ojca wysłanym do Londynu 8 grudnia 1939 r.
pisał: "Żydzi tak potwornie męczą Polaków i wszystko co jest związane z
polskością pod sowieckim zaborem (...) że Polacy w tym zaborze od starców do
kobiet i dzieci włącznie przy pierwszej sposobności tak potwornie na nich
zemstę wywrą, o jakiej jeszcze żaden antysemita nie miał pojęcia". Pan Gross
treść listu tak skwitował: "Jako opis sytuacji był to tekst chybiony, ale
jako proroctwo, niestety, potwierdzone przez późniejsze wydarzenia" (s 116).
W tym kontekście doskonała książka "W czterdziestym nas Matko na Sibir
zesłali" świadczy dziś przeciw panu Grossowi i służy za dowód rzeczowy w
ocenie "Sąsiadów".
Na s. 55, 59 pan Gross tak minimalizuje udział Niemców w zbrodni w
Jedwabnem: "Czy wyszła od Niemców czy była oddolna inicjatywa radnych
miejskich Jedwabnego - nie sposób ustalić. Zresztą jest to bez żadnego
znaczenia, bo obie strony najwyraźniej doszły z sobą do porozumienia". Pytam
pana Grossa, choć z góry jestem przekonany, że urodzony w 1947 r. nie ma
pojęcia jaka była sytuacja Polaków pod okupacją niemiecką, czy jest w stanie
udowodnić, że Polacy w okresie okupacji byli stroną dla Niemców, która jak w
tym przypadku, mogła mieć wpływ na podjęcie decyzji w sprawie mordu w
Jedwabnem? Ponadto pisząc o rzekomych "radnych" nie będzie w stanie
udowodnić, że w tak krótkim czasie po wkroczeniu Niemców mogła zostać ona
wyłoniona przez bliżej nieokreślonych wyborców. Widocznie nie wie o tym, że
Karolak nie był wybranym przez ludność miasteczka, ale że go Niemcy
mianowali komisarycznym burmistrzem Jedwabnego.
Na s. 59 czytamy, że "posterunek żandarmerii w Jedwabnem okazał się
najbezpieczniejszym miejscem dla Żydów i kilka osób, które tam weszły uszły
z życiem tyko dlatego, że się tam znaleźli". Nie obchodzą go już Żydzi
uratowani w tym samym czasie przez Polaków, choćby jego główny świadek
oskarżenia, na którego relacjach oparł swoją książkę. Nie poczuwa się
również w obowiązku wyjaśnić czytelnikowi, że aż trzy Żydówki ocalały na
posterunku tylko dlatego, że były potrzebne Niemcom w roli darmowej siły
roboczej.
Dalej pan Gross pisze: "Ale bezpośredni w niej udział Niemców 10 lipca 1941
r. ograniczył się przede wszystkim do robienia fotografii, jak już
wspomniałem, filmowania przebiegu wydarzeń". Jak tego dowiódł prof.
Strzembosz w art. "Inny obraz Sąsiadów" (Rzeczpospolita 31 III-1 IV), że pan
Gross pierwszy miał dostęp do akt śledztwa z procesu "które mówią zupełnie
coś innego, niż twierdzi prof. Gross, opierający się co prawda nie tylko na
nich, ale głównie na nich". Doprawdy brak słów na określenie makiawelizmu w
uniewinnianiu Niemców - głównych sprawców zbrodni, poprzez przerzucanie jej
ciężaru na ich wykonawców. Śledztwo IPN prowadzone w tej sprawie, na wyniki
którego nie chciał zaczekać pan Gross, da Bóg, w szerszym zakresie wyjaśni i
ten problem. Jedno jest pewne, że gdyby nie okupacja sowiecka, a wkrótce po
niej niemiecka, tragedia ta nigdy nie miałaby tam miejsca, jak nie wydarzyła
się podobna w czasie tysiącletniego pobytu Żydów w Polsce. Dlatego rewelacje
na jej temat stały się szokiem dla polskiego społeczeństwa.
Pan Gross nie ma odpowiedzi dlaczego akurat jedwabiński dramat wydarzył się
w łomżyńskim? Nie będę go wyręczał w dociekaniu prawdy na ten temat. Może
jednak z kolei pomoże mi on wyjaśnić fenomen patriotyzmu i poświęcenia
tamtejszej ludności w zorganizowaniu niemalże powszechnego Ruchu Oporu, w
tym ochranianie i wyżywienie ok. 200-osobowego oddziału partyzanckiego w
uroczysku Kobielno? W następstwie zdrady, czy mógłby mi wskazać jakiekolwiek
inne obszary wiejskie pod okupacją sowiecką, które by zostały przez nich tak
potwornie spacyfikowane jak okolice Jedwabnego?
Na s.115 pan Gross podaje przykład panny Karolci Sapatowej ze wsi Witaszowo
spod Wadowic, którą sąsiedzi straszyli makabrycznymi konsekwencjami o ile
nie pozbędzie się dwu ukrywanych dziewczynek żydowskich. Aby uspokoić
mieszkańców ogłosiła, że je utopiła, a pan Gross ten fakt w bezkrytyczny
sposób tak skomentował: "wieś uspokoiła się i odetchnęła z ulgą dopiero
wtedy, kiedy uznała, że jedna z ich mieszkanek zamordowała dwoje małych
żydowskich dzieci".
Nie znam tego przypadku, ale doskonale z autopsji znam podobny i mogę coś w
tej sprawie powiedzieć. W Aliji s. 163 przytoczyłem przypadek Szapiry, który
samowolnie oddalił się z kryjówki i po schwytaniu go przez żandarmów
przyprowadził ich do domu, w którym ukrywała się jego żona z synem. Gdy
zauważyli go w takim towarzystwie zbiegli, ale wraz z nim śmierć poniósł ich
opiekun pan Zielenkiewicz z Ossowy k/ Warszawy. W każdej polskiej wsi
istniały podziemne struktury i zdekonspirowanie kryjówki Żydów groziło
niewyobrażalnymi represjami ze strony okupanta. Mieszkańcy nie jednej wsi
znajdowali się w podobnej sytuacji i na powyższym przykładzie nie mogli
wykluczyć i tego, że zaaresztowany Żyd może niejednego z nich wydać Niemcom.
Przypadek Witaszowa dowodzi, że jednak nikt z mieszkańców nie zadenuncjował
znerwicowaną pannę Karolcię. Relację zestresowanej kobiety socjolog winien
sprawdzić, a nie według z góry nakreślonego scenariusza wyprowadzać upiorne
hipotezy.
W "Sąsiadach" nie doczytałem się, by autor chociażby przez wzgląd na jedną
trzecią Polaków z ogólnej liczby odznaczonych przez Yad Vashem, zechciał
wyjaśnić fenomen rzekomo antysemickiego narodu i przypomnieć czytelnikom
rolę, jaką Polacy odegrali w ratowaniu Żydów w okresie okupacji lub bodaj
zainteresować ich chociażby udokumentowanym losem rodzin 703 Polaków, którzy
z rąk okupanta za to "przestępstwo" ponieśli śmierć. Pytam Pana Grossa: czy
zainteresował się, lub jakakolwiek instytucja żydowska w świecie rodzinami
pomordowanych przez Niemców Polaków za ratowanie Żydów? Polecam wiarygodną
książkę: "Those Who Helped".
Na s. 99 na temat powojennych polsko - żydowskich stosunków autor dostarcza
czytelnikowi następną porcję makiawelizmu, pisząc: "Zastanawiam się, czy
zamiast powtarzać sobie jak to Berman z Mincem zawładnęli Polską w 1945 r. i
tłumaczyć pogrom kielecki prowokacją UB, nie należy tej zasady zastosować
dla zrozumienia zjawiska powojennego antysemityzmu w Polsce". Nie posądzam,
że celowo dla odwrócenia uwagi od tej zaplanowanej i do końca
wyreżyserowanej sowieckiej prowokacji, autor podsuwa czytelnikowi "dowody"
polskiego antysemityzmu wg. niego ujawnionego w strajkach załóg wielu fabryk
w różnych rejonach Polski w obronie zasądzonych sprawców pogromu
kieleckiego. Czy nie wie on o tym, że tak szef wojewódzkiego UB jak i
sekretarz PPR w Kielcach byli Żydami, a jeden z nich zrzucony samolotem
jeszcze za okupacji wysokiej rangi NKWD-dzistą? Nie miejsce tu na polemikę z
takimi "pseudo argumentami", które po części już rozpatrzyłem w Aliji, a
dogłębniej uczynili i nadal czynią w tym zakresie polscy historycy. Związki
plemienne i solidarność środowiskowa z "władcami" PRL, z których wywodzą się
późniejsi rewizjoniści pozbawiły autora "Sąsiadów" obiektywizmu w przecież
tak oczywistej sprawie. Z takiego pokroju marksistowską dialektyką,
moralnością Kalego i jezuicką kazuistyką, nie ma żadnych szans, ustalić z
autorem co w nich jest prawdą, a co fałszem.
W podtytule "Anachronizm" pan Gross zbrodnią w Jedwabnem obciąża wszystkich
Polaków pisząc: "I w tym sensie nie popełniamy nadużycia zadając pytanie,
czy to, co zrobili Laudański i Karolak - poprzez skrajne, niezwykłe czyny,
które popełnili - angażuje naszą tożsamość zbiorową? Pytanie moje jest
oczywiście retoryczne, bo świetnie rozumiemy, że tego rodzaju masowe
zabójstwo dotyczy nas wszystkich". Swoje dywagacje przed wydaniem przez sąd
III RP ostatecznego wyroku w tej bolesnej sprawie, pan Gross zakańcza takim
werdyktem: "Bo w rzeczy samej, tysiąc sześciuset jedwabińskich Żydów ...
zamordowali nie żadni hitlerowcy ani enkawudziści, ani ubecy, tylko
społeczeństwo". Odpowiedzialność zbiorowa w rozumieniu pana Grossa
przedstawia się tak: "Innymi słowy, tak zwana ludność miejscowa biorąca
udział w mordowaniu Żydów, robiła to na własne życzenie. Czy aby tutaj nie
kryje się ważna cząstka odpowiedzi na pytanie trapiące polską opinię
publiczną: dlaczego Żydzi mają do Polaków taki trwały uraz, zdawałoby się
głębiej zakorzeniony niż do samych Niemców, którzy przecież byli
pomysłodawcami, inicjatorami i głównymi wykonawcami zbrodni".
W art. "Szok Jedwabnego" A. Michnik pisze: "W upartym milczeniu
międzynarodowego żydostwa, w zabiegach propagandy niemieckiej usiłującej już
teraz zrzucić odium za rzeź Żydów na Litwinów i Polaków, wyczuwamy
planowanie wrogiej dla nas akcji" . Jak wynika z przeglądu "Sąsiadów" w tej
"planowanej wrogiej dla nas akcji", pan Gross z swoją książką, z własnej
woli, w pogłębieniu fałszywego wizerunku Polski w świecie, uplasował się na
przedniej pozycji.
Wraz z "Sąsiadami", które opublikowała Rzeczpospolita, na tych samych
szpaltach Klaus Bachman pisze, że: "Tam gdzie u profesora Strzembosza "Żydzi
kolaborują", tam profesor Gross chroni ich hurtem przed zarzutem
kolaboracji" rozgrzeszając ją, niemiecki publicysta tak nas poucza:
"mniejszości narodowe w Polsce przedwojennej nie miały powodu, aby tę
lojalność okazywać, skoro Polska dawała im na każdym kroku do zrozumienia,
że nie jest ich państwem". Polacy już przerabiali ten scenariusz, a co sobą
reprezentowali różnego pokroju Brutusy, to świetnie ich opisał Ringelblum w
swojej kronice s. 426-428 ( patrz Alija s. 142).
Nareszcie Polacy zostali oświeceni, że nadaremnie wylali hekatomby krwi, by
m.in. uchronić swoje mniejszości narodowe przed czerwoną dżumą -
deportacjami, sztucznymi głodami, wynarodowieniem etc., bo żadne normy
prawne ani moralne nie nakładały na nie obowiązku lojalności w stosunku do
państwa polskiego. Zapewne poczuwa się też zwolniony z tej odpowiedzialności
ateista (jak się publicznie zdeklarował w Lublinie) pan Gross, który niby ma
ojczyznę w Polsce, ale z tych słów wynika, że najbliżsi są mu raczej
żydowscy odstępcy od wiary swych przodków. Prawdziwi Żydzi przestrzegający
przepisy Prawa Bożego nigdy nie byli dla Polski problemem, lecz siewcami
antysemityzmu byli i nadal są renegaci żydowscy, nie-Żydzi jak ich określa
prof. Johnson. Nie muszę przypominać ich udziału w rzezi ludności w czasie
rewolucji w Rosji. Czerwoni komisarze hord, polskiego nie-Żyda
Tuchaczewskiego i Bronsztajna-Trockiego, po zajęciu Podlasia na trwale
zapisali się w pamięci ludności, a powtórka zdrady w latach sowieckiej
okupacji dopełniła czary goryczy. Ponadto wiarygodne dla wszystkich są w tej
materii książki Żyda, Bubela, komisarza Budionnego, zamordowanego w czasie
represji stalinowskich. Coś niecoś wiem na ten temat od swego ojca, który
brał udział w wojnie z bolszewikami w 1920 roku, przebywał w ich niewoli, z
której zbiegł i został uratowany przez Polaków na hutorze w okolicach
Sławuty.
W Jedwabnem wśród uczestników pogromu pan Gross wymienia trzech braci
Laudańskich i dwu braci męczennika, powiedziałbym bohatera, który nikogo nie
wydał w trakcie straszliwego śledztwa kpr. A. Borawskiego. Nie wyjaśnia przy
tym dlaczego w tak bestialski sposób zamęczono żydowskiego szpicla, (czy
członka jego rodziny) Lewinowicza, który współuczestniczył z NKWD w
aresztowaniu A. Borawskiego? Jadwiga Laudańska w walce z NKWD na uroczysku
Kobielno zginęła śmiercią bohaterską. Nie mnie sądzić jakimi pobudkami
kierowali się jej bracia oraz Borawscy w czasie tej tragedii, bo uczyni to
niezawisły sąd RP.
Na s. 119 "Sąsiadów", powołując się na niemieckiego myśliciela Voegelina pan
Gross przytacza jego definicję "hołoty" wraz z swoją konkluzją: "hołota" nie
ma autorytetu duchowego ani umysłowego, ani też nie umie reagować na
racjonalne argumenty i nakazy duchowe nawet jeśli są do niej adresowane
(...) bardzo jest trudno zrozumieć, że elity społeczeństwa mogą się składać
z hołoty". (...) "Dlaczego w pięć lat później nie miałoby się (z niej- JG),
rekrutować zaplecze stalinowskiego aparatu władzy, nie odrzuciłbym tej
hipotezy. Powtórzmy - że to rodzimy lumpenproletariat raczej niż Żydzi,
stanowił społeczne zaplecze stalinizmu w Polsce". Gwoli ścisłości można te
uczone dywagacje uzupełnić przynajmiej jedną informacją, że na 450
kierowniczych stanowiskach w MSW, 135 stanowiła żydowska "hołota". Ile było
jej w sądownictwie, prokuraturze, informacji, wojsku i na innych kluczowych
pozycjach aparatu totalitarnej władzy komunistycznej w Polsce, pozostawiam
do ustalenia profesorowi Grossowi. W czasie lubelskiego mityngu jako jeden z
jego uczestników doświadczyłem poniżającego potraktowania zgromadzonej na
nim "hołoty" i to mi już w zupełności wystarczy.
Szanowny Panie Gross! Być może Pan zauważył, że jak nigdy przedtem, podobnie
jak w przypadku choroby Parkinsona, której na razie u mnie jeszcze nie
stwierdzono, zaczęła mi się trząść ręka i dlatego na ofiarowanej Panu Aliji,
nie mając okularów, tak nabazgrałem dedykację. Powodem mojego wzburzenia
stała się Pańska książka i rozszyfrowanie nieuczciwej gry, jaką za jej
pośrednictwem Pan prowadzi w zniesławianiu naszego narodu, któremu przecież
tak wiele zawdzięcza, o czym nie można zapominać.
Panie Gross! Zapewniam, że z piersi mej matki nie wyssałem antysemityzmu,
lecz raczej filosemityzm. Jestem zdeklarowanym przyjacielem autentycznie
wierzących Żydów, którzy jako wierni kustosze Księgi Świętej przekazali ją w
nieskażonym stanie nam, chrześcijanom. To z krwi i ciała Syn Boży, jako Żyd,
dobrowolnie złożył z siebie ofiarę za cały rodzaj ludzki, w tym też za
najgorszych przestępców żydowskich skazanych na mocy Prawa Przymierza na
haniebną śmierć krzyżową. Dzięki Abrahamowi, ojcu wszystkich wierzących i
prawdziwym Żydom rozwiniętym w Przymierzu Prawa, w sercach których Jezus nie
znalazł zdrady, zostały utworzone zręby Kościoła chrześcijańskiego z jego
żydowskim episkopatem z 12 apostołów. Nie sposób wymieniać wszystkich
dobrodziejstw jakie świat otrzymał za pośrednictwem Żydów wiernych Bogu i
zawartemu z Nim Przymierzu. Zawsze mam przed oczyma słowa Bożej obietnicy,
że "będę błogosławił, błogosławiącym tobie, a przeklinającym cię przeklinać
będę" i nigdy nie chciałbym się znaleźć w pozycji walczenia z Bogiem, czyli
w jakikolwiek bądź sposób szkodzenia wybranemu przez Niego narodowi
izraelskiemu.
Przyjechał Pan do Lublina, dawnej, oprócz Wilna, Jerozolimy wschodu.
Przyjechał Pan zarazem na kirkut lubelszczyzny, który przyjął prochy miliona
ofiar całopalnych Shoah. Niegdyś Bóg Izraela rozkazał Mojżeszowi by zdjął
swoje obuwie, bo ziemia na której stał jest święta. Wszyscy, którzy usiłują
pisać lub mówić na temat całopalnej ofiary Holocaustu, a nie czynią tego z
należną czcią i pokorą, bez względu na ich tytuły, są profanami, a w takiej
roli nie chciałbym widzieć Pana.
Sądzę, że Polacy będą Panu wdzięczni za pomoc w pokucie za faktycznie
popełnione narodowe przestępstwa. Pokuta jest najlepszym środkiem
naprawiającym krzywe drogi tak jednostek jak i narodów. Mam jednak nadzieję,
że Pan ma też wdzięczne pole do pracy w stosunku do żydowskich nie-Żydów,
którzy tak już zniesławili i nadal zniesławiają cały naród żydowski.
Proponowałbym Panu by użył swych talentów i wpływu, aby państwo Izraelskie
przestało otaczać parasolem ochronnym żydowskich przestępców, którzy w
okresie stalinowskim dopuścili się ciężkich zbrodni na polskim narodzie. A
może uda się Panu skłonić b. prokurator, żonę pańskiego przyjaciela prof.
Brusa, oskarżanej o współ-morderstwo bohatera i męczennika narodowego gen.
Emila Fildorfa, do stawienia się przed majestatem niezawisłego sądu III RP,
by mogła dowieść swej niewinności lub odpokutować za popełnione
przestępstwa? Byłoby to wielkie osiągnięcie z Pańskiej strony i z całego
serca życzę Panu na tym polu samych sukcesów.
Żywię cichą nadzieję, że weźmie Pan pod uwagę wykazane powyżej nieścisłości
i nie pogardzi pokutną włosiennicą w naprawie zła, jakie wyrządził swą
nieodpowiedzialną publikacją. W walce z ksenofobią i antysemityzmem należy
się posługiwać tylko prawdą, bo wszelkie półprawdy, zafałszowania stanowią
idealną pożywkę do rozpleniania się plagi antysemityzmu, a taki plon, obym
się mylił, niestety wyda książka "Sąsiedzi". Obawiam się, bym po lekturze
"Sąsiadów", sam nie stal się antysemitą nie-żydowskich semitów i mam
nadzieję, że naprawienie krzywdy uczynionej Polsce przez Pańską publikację,
przywróci wiarę w żydowskie nie-Żydów poczucie sprawiedliwości.
Nie znając Pańskiego adresu, mam nadzieję, że za pośrednictwem środków
społecznego przekazu, do których kieruję niniejszą, krytyczną ocenę
"Sąsiadów", zapozna się Pan z jej treścią.
Z poważaniem Julian Grzesik
|