SPRAWIEDLIWY Z RADZIŁOWAGdy 7 lipca 1941 roku radziłowscy Żydzi zostali spaleni w stodole i zakatowani w niedalekiej lodowni, Stanisław Ramotowski, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, uratował Rachelę Finkelsztejn i jej rodzinę. Do końca wojny udało mu się przechować tylko Rachelę, czyli późniejszą żonę Marysię. - To było zrządzenie, że ona miała żyć, a ja przez Boga postawiony zostałem - mówił mi. - Skończyła się wojna, to jej powiedziałem: "Teraz, aniołku, masz swobodę, to idź, gdzie chcesz". Ona powiedziała, że nigdzie nie pójdzie. No to mówię, już przepadło, już będziemy ze sobą na zawsze. I tak zostało. Nie rozstawali się ani na chwilę przez następnych 60 lat. Był człowiekiem odważnym i krnąbrnym. Przeciwstawił się wtedy społeczności. I później, po wojnie, miał odwagę pytać księdza, czy jemu to nie przeszkadza, że morderca przychodzi w niedzielę na mszę w futrze zdartym z radziłowskiego obywatela Wolfa Szlapaka. Miał odwagę opowiedzieć o mordzie w "Rzeczpospolitej", w "Gazecie", w filmie Agnieszki Arnold. Gdy dowiedział się, że ma raka płuc, zareagował, jak to miał w zwyczaju, buntem: - Jak to tak, przepadło, i ani chwili dłużej, niż Pan Bóg wyznaczył? Udało się tę chwilę trochę wydłużyć. Dzięki temu, że przez ostatni rok życia zaopiekował się nim ośrodek ewangelicki Tabita w Konstancinie, dzięki staraniom prof. Wojciecha Noszczyka, który go wyleczył z innej ciężkiej choroby, dzięki troskliwej opiece, najlepszej, jaką można by sobie wymarzyć, warszawskiego Hospicjum Onkologicznego. Zmarł 23 listopada, miał 87 lat. Żegnaliśmy go, jego przyjaciele z Warszawy, w niedzielę na radziłowskim cmentarzu. Anna Bikont |