Historia się skończyła...
O "Sąsiadach" Tomasza Grossa, książce
nominowanej do NIKE, pisze Tadeusz Słobodzianek
(Z notatek) 2000
Środa
Krzysztof
Czyżewski z "Pogranicza" podarował mi "Sąsiadów" Grossa. I
opowiedział, o czym jest ta książeczka. No nie. Znowu. Znowu
historia o jakichś chamach, którzy zamordowali Żydów, żeby mieć za
co pić! Po co? Jak długo? Co można nowego jeszcze opowiedzieć po
"Miejscu urodzenia" Łozińskiego, który na wiek wieków amen pokazał w
swoim filmie te polsko-żydowskie dwa razy dwa jest cztery? Tę
historię polskiego Tewje Mleczarza, który podczas okupacji - przed
ukryciem się lesie z rodziną - powierzył swoje krowy sąsiadowi w
zamian za butelkę mleka dziennie, a sąsiad, prawdziwy Polak, katolik
i ekonomista, żeby po wojnie nie oddawać tego, co by ewentualnie
oddać trzeba, morduje "żydka" siekierą i zakopuje w polu jak psie
ścierwo. W tym filmie jest wszystko. Spuchnięta od wódy twarz
mordercy, który udaje, że nie wie, o co chodzi. Jego dzieci, które
nie chcą "takimi" rozmowami denerwować tatusia. Sąsiedzi, którzy
solidarnie przez lata mordercę kryją. I "judasz", który w końcu za
parę dolarów łamie się i pokazuje synowi miejsce, gdzie jest
zakopany szkielet ojca z rozłupana czaszką i nietkniętą butelką po
mleku Albo po filmie Mariana Marzyńskiego "Sztetl", gdzie inny
prawdziwy Polak, katolik i ekonomista wypowiada te nieśmiertelne
słowa: "pazurami grab, grab, grab, grab i futro z foków moje"?
Nie, pomyślałem: "znam, to własne brudy,
podłość, kłam; znam, zanadto dobrze znam", ale co to nas dzisiaj
może jeszcze obchodzić, historia się skończyła, żyjemy po historii,
trzeba żyć dniem dzisiejszym i odkładam książkę na półkę
Sobota
W "Wyborczej"
Żakowski i Szarota dyskutują o "Sąsiadach".
Niedziela
Przeczytałem
"Sąsiadów". Co tak ostatnio mną dupnęło? Pamiętam. Tak właśnie się
czułem, kiedy dwadzieścia parę lat temu w jedną noc przeczytałem
"Archipelag Gułag" Sołżenicyna.
Sobota
W Jedwabnem
polscy katolicy mordowali polskich Żydów. Może odtąd słowo:
"katolik" należałoby pisać" z dużej litery? Jak "Żyd? "Katolik" na
cześć Jedwabnego?
2001
Niedziela
Rabin i
Ksiądz.
Podczas I wojny losy rzuciły
Rabina do Rosji i na skutek różnych nieprzyjemnych wydarzeń w tym
kraju, wrócił do Miasteczka dopiero w 1919 roku. Kiedy przyjechała
dorożka, na którą Żydzi czekali w Miasteczku przez tyle lat i
zatrzymała się tam, gdzie się miała zatrzymać, Żydzi w Miasteczku
oniemieli. W dorożce obok Rabina siedziała młoda Żydówka i na
kolanach trzymała małego chłopca. Rabin przywitał się z osłupiałą
żoną i prawie dorosłymi dziećmi, po czym razem z nimi oraz Żydówką i
chłopcem zamknął się w domu. Ale tłum Żydów nie odchodził, stał ze
skrwawionym sercem i czekał. Po trzech godzinach wyszedł Rabin z
żoną i Żydówką, i powiedział:
- Żydzi,
czy widzicie tę Żydówkę? Czy ktoś z was, kto byłby na moim miejscu,
nie zrobiłby tego, co ja zrobiłem?
Nikt
nic nie powiedział, bo wszyscy bardzo dobrze widzieli tę Żydówkę i
jeszcze lepiej wiedzieli, że gdyby byli na miejscu Rabina, zrobili
by dokładnie to samo, co zrobił Rabin. Chcieli tylko wiedzieć, co
dalej. I Rabin powiedział im, co będzie dalej i tak się stało. Rabin
mieszkał dalej ze swoją żoną i prawie dorosłymi dziećmi, a nawet
urodziło mu się nowe. Piękna Żydówka zamieszkała w Miasteczku i
jeszcze w tym samym roku wyszła za mąż, a o Rabinowiczu odtąd
wszyscy Żydzi mówili z dumą: "dziecko miłości" Rabina. Tak mówili
Żydzi. Inaczej mówili Katolicy, którzy nazywali go "bekartem", a
najgłośniej narzekał, zwłaszcza na początku, krzycząc o Sodomie i
Gomorze, w które niektórzy chcą zmienić Miasteczko, Ksiądz w swoich
kazaniach.
A
jednak niezbadane są ścieżki, którymi prowadzi nas Pan, jak mówi
Księga, bo wyszło na jaw wkrótce, że i Ksiądz dobrodziej na wdzięki
niewieście ogromnie był czuły. Wyszło na jaw w dziwnych
okolicznościach, a mianowicie takich, że Ksiądz z dnia na dzień
zmienił gospodynię. Z jednej wiejskiej dziewuchy na drugą wiejską
dziewuchę i przez nikogo nie pytany mówił wszystkim, że musiał
wymienić jedną na drugą, bo tamta zaczęła kraść. Nie było by w tym
niczego niezwykłego, gdyby nie to, że w pół roku później na
czwartkowym targu gruchnęła wiadomość, którą przywieźli chłopi, że
na dalekiej wsi urodził się "bękart Księdza". Kiedy jednak ten
proces powtórzył się i następna gospodyni zaczęła kraść, Księdza
wezwał Biskup i swoim uprzejmym, ale nie znoszącym sprzeciwu głosem
zapowiedział:
- Masz zatrudnić babę po
pięćdziesiątce i sprawdzoną, żeby nie kradła
Tak się też stało. Na plebanii pojawiła się
kobieta odpowiedzialna i kradzieże ustały, jak nożem uciął. Za to
prawdziwej sensacji dostarczali chłopi, którzy przez lata przywozili
w dni targowe wieści o coraz ciekawszych i krwawszych wyczynach obu
Bękartów, no, ale był to problem Katolików w Miasteczku, bo Żydzi z
Rabinowiczem żadnych problemów nie mieli, gdyż Rabinowicz nie był
"bękartem", a "dzieckiem miłości" Rabina.
Niedziela
W "Rzepie" i
"Waszym Dzienniku" chluba muzealnictwa doktor Cyra rozpowszechnia
pismo braci Laudańskich ("Jedwabiniacy wszystkich krajów łączcie
się!") o tym jak zgodnie zeznawać w razie jakby co
Piątek
Złota myśl ks.
Prymasa: "Jeśli Polacy mordowali Żydów w Jedwabnem, to była to
lokalna tragedia."
Środa
Darek Jachimowicz z "Pogranicza" przysłał mi
balladę:
O ziemio łomżyńska, ziemio nasza
miła Coś tyle najazdów i wojen przeżyła. Zdeptali cię Turki,
Tatary, Moskale, Nikt cię za te zbrodnie nie przeprosił
wcale.
Wreszcie przyszła wolność i pokój
wspaniały, Twe miasta i wioski rosły, rozkwitały, Aż raptem,
pomyśleć tylko nad tym trzeba, Spada na Jedwabne grom z jasnego
nieba.
Nas Polaków szpetnie oskarżają
Żydzi, Co ten naród myśli, jak Gross się nie wstydzi
Mikołaj zaraz to zaśpiewał na przerwie w bufecie
teatralnym. Wrażenie piorunujące. Ho, ho, ho! Gross trafił do
ballady dziadowskiej. Za życia. A to się przydarzyło tylko
Kościuszce, Piłsudskiemu i Hitlerowi. Trafić za życia do wdzięcznej
pamięci ludu polskiego to coś więcej chyba niż za życia pomniki we
wszystkich polskich miastach. Można by powiedzieć "Exegi Monumentum"
Poniedziałek
W "Kronice Parafialnej Jedwabnego" z dnia 25 VIII
1937 r. ówczesny ksiądz proboszcz dżentelmen notuje:
"Dziś dzień targowy, na rynku już od rana
rozstawili Żydzi stragany z towarami, ale już o godz. 10-ej
członkowie Stronnictwa Narodowego usunęli ich cały handel, został
polski. Na rynku nikt nie ośmielił się wejść do sklepu żydowskiego a
jedna kobieta mimo ostrzeżenia weszła do piekarza Żyda, za to
dostała lanie (kijem)".
Wtorek
Ze złotych myśli ks. Prymasa: "Nie lubiano Żydów
za ich dziwny folklor."
Środa
Gross w "Studium zniewolenia" o wyborach 22 X 1939
r.:
"Bowiem jedyna interpretacja, w
świetle której bezsens wymuszonego uczestnictwa w tych wyborach
przestaje być zagadką, to taka, że Sowietom bynajmniej nie chodziło
o to, żeby z miejscowej ludności zrobić swoich zwolenników albo
nawet klakierów, ale o to, żeby przynajmniej w jakiejś mierze
uczynić z niej swoich wspólników"
Wtorek
Prof.
Strzembosz, historyk, który przejdzie do Historii jako wynalazca
nowego określenia dla morderców, gwałcicieli i bandytów p.t.
"Ochotnicy-Mściciele" ("ochotnicy-mściciele" z UPA albo
"ochotnicy-mściciele" Hutu), cytuje patriotkę z Jedwabnego:
"W Jedwabnem, zamieszkanym w większości przez
Żydów, były tylko trzy domy, które nie wywiesiły czerwonej flagi,
gdy weszli tutaj Rosjanie. Między innymi nasz dom."
Ciekawe, czy Strzembosz w
ogóle myśli, co cytuje? Dajmy na to, że Żydów była w Jedwabnem
połowa, (chociaż dzisiejsi jedwabienie z superpatriotą w sutannie na
czele, twierdzą, że dużo mniejsza połowa) i na wszystkich żydowskich
domach czerwone flagi wisiały, oznacza to, nie mniej ni więcej, że
tylko na trzech polskich domach nie wisiały czerwone flagi, czyli,
krótko mówiąc: na prawie wszystkich wisiały! Oczywiście dzisiaj
każdy prawdziwy Jedwabianin mieszka w jednym z tych trzech domów
Środa
W
Internecie jakiś "Rudi", który podaje się za historyka z
Białegostoku, pisze, że szmalcownik to był ktoś, kto przynosił do
getta chleb za szmal
Czwartek
Spotkanie z Grossem w "Książnicy Podlaskiej".
Nauczony doświadczeniem Izy Cywińskiej, którą w Białymstoku,
patriotycznie nastawieni mieszkańcy o mało nie rozszarpali za "Bożą
Podszewkę", zaproponowałem "Pograniczu", że będę "tiełochronitielem"
Grossa. "Ochotnikiem-tiełochronitielem", jak by powiedział prof.
Strzembosz.
Żarty żartami, a tu na pół
godziny przed czasem zjawia się zorganizowana grupka obywateli
(kraciaste marynary, kolorowe krawaty, złote zęby, zabójcze baki i
grzywki) i rozmieszcza się chytrze po całej sali, jak się później
okazuje, są to przedstawiciele Ku Klux Klanu z Jedwabnego, czyli
Komitetu Obrony Dobrego Imienia Jedwabnego, o którym senator Czuba
Zawsze Dziewica powiedziała, że jest Komitetem Obrony Dobrego
Imienia Polski i siadają w różnych katach, żeby sprawiać wrażenie,
że słuszny gniew ludu ziemi łomżyńskiej okazać przyjechało ich nie
kilkunastu, ale kilkudziesięciu. Mimo pokrzykiwań, bicia sobie
nawzajem brawka, miło było jednak patrzeć, jak Gross, nowojorski
profesor w dżinsach z uprzejmym uśmiechem odpowiada na ten cały was
arsenał kłamstw i bzdur, jak koniec końców sala zdecydowanie
przechyla się na jego stronę, jak pogardliwie stary lwowski AK-owiec
miażdży tych zaciętych w kłamstwie potomków "sąsiadów", jak wreszcie
młodzież, której na sali jest jednak pełno bije Grossowi brawo i
ustawia się po autografy
Piątek
Ciekawe, że jak "gestapo i żandarmeria hitlerowska
spaliła żywcem 1600 Żydów" - nie było problemu. I tylu właśnie Żydów
mieszkało przed wojną w Jedwabnem. I w stodole Śleszyńskiego bez
problemu się zmieścili. I później w dole A jak okazało się, że to
może jednak nie "gestapo i żandarmeria hitlerowska spaliła żywcem" -
same problemy. I nigdy w tylu Żydów naraz Jedwabne nie widziało. I
stodoła Śleszyńskiego za mała. I gdzie by tam w takim dole się
zmieścili
Niedziela
W Radyju odprawiają sabat dwie wdowy po Bolku
Piaseckim (ulubionym katoliku gen. Sierowa), obecnie przytulane
przez ojca Tadeusza (najzdolniejszego ucznia mistrza radia
wszechczasów dr Goebelsa): prof. Bender i prof. Nowak. Kto im
wręczał te profesury z anetysemityzmu? Lechu?
Środa
10 lipca w
Jedwabnem.
To poczucie, że jest się
Żydem, kiedy idzie się jezdnią, a prawdziwym katolikiem i Polakiem,
gdy się stoi na chodniku albo kryje za firanką z twarzą wykrzywioną
nienawiścią. Potem wyprawa z przyjaciółmi do Radziłowa, gdzie
oglądaliśmy te stare żydowskie podwórka i chałupy, ale od razu
osaczeni zostaliśmy przez agresję mieszkańców ("przyjechali Żydy po
swoje")
poniedziałek
Z prozy ks. dziekana Orłowskiego ("zawiera ona
pięć kart zapisanych na plebani w Jedwabnem, w obecności niżej
podpisanych") o innym orle parafii jedwabieńskiej:
" ks. Kębliński poszedł, na
posterunek do oficera, wysokiej rangi, który dowodził całą akcją i
tłumaczył mu; jeżeli winni są wam mężczyźni i posądzacie ich o
sympatię do komunizmu, to przecież dzieci i kobiety są nic niewinne.
I usłyszał odpowiedź: "Czy ty nie wiesz, kto tu rządzi? Nie wtrącaj
się, jeśli chcesz mieć głowę na karku i zachować życie." Otworzył
drzwi i potężnym głosem krzyknął: Raus i ks. Kębliński opuścił
posterunek. Czuł się całkowicie bezradny. Na słupach wisiały
ogłoszenia, że kto ukryje Żyda lub ułatwi ucieczkę, będzie
rozstrzelany do trzeciego pokolenia. Widział, jak Polacy byli
zmuszani, wyganiani na rynek, celem pilnowania i konwojowania Żydów
prowadzonych do stodoły. Ale nikt się nie domyślał, jaki będzie tego
finał, ani Żydzi, ani Polacy. Żydzi poszli z rzeczami potrzebnymi im
do użytku codziennego, spokojnie, nie domyślali się, co ich czeka.
Ks. Kębliński przypuszczał, że Żydów mogło być od 150 do 200
".
Środa
Ciekawe, że w tej powodzi podrygów, uników,
zwrotów, manewrów, wolt, lansad, kontredansów, hamletycznych:
podawać czy nie antysemitom rękę (np. Czechow miał prostą odpowiedź:
nie podawać!), oswajać czy nie oswajać, całować tylko w policzek czy
jednak w usta, z języczkiem czy bez, tak naprawdę tylko trzy panie
wydały jasny i odważny ton: reżyserka Agnieszka Arnold, dziennikarka
Anna Bikont i antropolożka Joanna Tokarska-Bakir. Na różny sposób w
swoich filmach, reportażach i artykułach nazwały zło w sutannach po
imieniu.
Wtorek
Słonimski:
Nie masz
już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek W Hrubieszowie,
Karczewie, Brodach, Falenicy Próżno byś szukał w oknach
zapalonych świeczek I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej
bóżnicy.
Znikły resztki ostatnie,
żydowskie łachmany, Krew piaskiem przysypano, ślady
uprzątnięto I wapnem sinym czysto wybielono ściany, Jak po
zarazie jakiejś lub na wielkie święto.
Ale w jednym Słonimski się myli. To sąsiedztwo
trwa dalej. Tylko, że jedni sąsiedzi chodzą po ziemi, a drudzy są
pod ziemią i w głowach tamtych, w ich mózgach, duszach i snach. I w
tych krzyżach na kosiele w Jedwabnem. I tak już będzie
zawsze.
Piątek
L., polski Żyd i emigrant, który mówi
najpiękniejszą polszczyzną, jaką kiedykolwiek w życiu słyszałem;
polszczyzną, w której jest rozwichrzenie Reja i łacińska dyscyplina
Kochanowskiego, kresowy konkret Mickiewicza i ironiczna gawęda
Gombrowicza (polszczyzną tak jaskrawo kontrastująca z tym knajackimi
"widzielyśmy" i "Polskom" wdowy Nowak, nie mówiąc już o rozmaitych
Moskalach i innych bublach) o Grossie:
-
Gdyby Gross był Żydem, nie napisałby "Sąsiadów", bo Żyd współczułby
tym mordercom, a nie płazował ich szablą i walił hołotę po pyskach.
Gross jest po matce szlachciance w gruncie rzeczy panem z panów i
dlatego napisał tę książkę o tych chamach z chamów z taką
wściekłością
Poniedziałek
Dla mnie "Sąsiedzi" to najważniejsza polska
książka od wielu, wielu lat
Tadeusz Słobodzianek
|

28 września 2001
|