Powrót do strony głównej

Krasnogruda - strona główna Krasnogruda - strona główna

               

KRASNOGRUDA / NR 13 / ZAUŁEK LITERACKI

Jurgis Kunčinas

Tula*

Przełożyła ALICJA RYBAŁKO

W owym czasie Tula mieszkała pomiędzy dwoma mostkami - krytym, nowoczesnym, prowadzącym do drzwi byłego instytutu Tuli, i funkcjonalnym, betonowym, na wprost starego klasztoru bernardynów. Zarówno do wynajmowanego przez siebie pokoju, jak i do miasta za mgłą, Tula chodziła tym ostatnim - w instytucie nie miała nic do roboty. Ja również w ciemne wnętrzności Zarzecza ciągnąłem tylko tym betonowym - przez długi czas nawet nie podejrzewałem, że w jedynym domu z absydą, tkwiącym pomiędzy owymi dwoma stosunkowo całkiem nowymi mostami, gnieździ się ona, Tula, że przemyka się tędy rano i wieczorem, sprowadza gości - malarzy z bokobrodami i wygolonymi głowami czy też swoje przyjaciółki podobne do osypujących się fresków, również wielbicielki sztuk wszelakich...

Kryty mostek z daleka wyglądał nawet gustownie; w słotne dni widywałem na nim zastygłe w bezruchu młode pary w szerokich płaszczach i wąziutkich spodniach kończących się ledwo nad kostką. Po nim dreptali też malutcy, pomarszczeni, ale znający swoją wartość profesorowie w baskijskich beretach bądź w myśliwskich kapeluszach, często "przefruwał" mój znajomy drągal, wykładający grafikę. Miał tak bujne wąsy, że zakrywały mu prawie pół twarzy - tylko Niemcy mają dokładną nazwę dla takiego rodzaju zarostu - "Schnautzbart", mordowłosie...

Nędza, rozpacz, pijackie piosenki, wiosenne roztopy, fioletowa niczym rozlany atrament mgła i kwitnienie słabowitych zdziczałych bzów buchały z Zarzecza jedynie drugim, betonowym mostem. Ongiś wlokły się po nim ciężko masywne wywrotki - mostek wymyśliły władze nie ku wygodzie plebsu i bywalców melin, a po to, by bliżej było wozić cegły, armaturę, bloki, niezbędne przy budowie pałacu sztuki. Wszystko, co tylko było potrzebne na tej wyspie sztuki w morzu nędzy. Osiadł jednak kurz budów, wywietrzały zapachy nowoosiedleńców - i znowu zapachniało sadzą, mydlinami i kocim łajnem i ciut ciut - bzem Zarzecza. Łopuchy przecież nie pachną, po wielu wielu latach powie mi Tula, oboje będziemy leżeć w łopuchach za instytutem, spluwając w wodę i gwiazdy, wszystko będzie wypite, a łez i krwi nie pijam! - to ja tak powiem. I jeszcze - zębami również zgrzytać nie będę, pamiętaj! A może i nie tak. Może tylko położę swoją mulistą dłoń na jej żabim, kocim czy jaszczurczym brzuchu i te pięć palców - cała wycieńczona dłoń - wsiąknie weń niemal w oczach, pozostanie odciśnięta w jej płaskim ciele aż do samej śmierci, a i po śmierci... Takie odciski można zobaczyć chyba tylko na polodowcowych kamieniach po zerwaniu mchu i porostów. A może i tam nie. Może i nie.

Nieskończenie trudno mi jest odwijać ten przyschnięty bandaż z tamtorocznych drzew, krzaków, pagórków, z ludzkiego mrowia. Zdrapywać krwawy tynk i bielić sklepienie nad wieżyczką Bekiesza. Taka praca jest ponad moje siły, nic mnie to zresztą nie obchodzi, bo czas, uwięzły między żebrami Tuli, zawieszony w pajęczynie tamtych lat, zaplątany w jej pudełkach z nićmi i igłami, w fałdach jej sukien i żakiecików, spoczywający w kurzu skrzynek z jej naiwnymi rysunkami i zeszytem z drobiazgowymi opisami snów, już nie należy do mnie, nie należy do jej wyrafinowanych facetów z wygolonymi głowami ani do freskopodobnych przyjaciółek z nękanymi przez spazmy czy sztucznie uduchowionymi twarzami przyszłych urzędników i samobójców, ani nawet do tego samozwańczego litografa o bezbarwnych rzęsach i białych jak warzona sól włosach. Dla takich odpowiednie słowo mają dosadni Polacy, takich nazywają "świński blond", coś w rodzaju "świni-blondynki", ale nie, jakoś nie tak...

Za każdym razem - dzisiaj również - coś we mnie drgnie, gdy tylko znowu ujrzę te dwa mostki, długi klasztor bernardynów, wąską szparę w podwórkowej amfiladzie - "bramkę", za którą to dopiero rozwierają się wnętrzności i kloaki prawdziwego Zarzecza; tylekroć tu się chodziło na potykających się nogach nie z Tulą, bez Tuli, nie znając jeszcze Tuli, a i potem... ile to razy zataczało się tutaj i smętnie wlokło nad ranem...

Wątpliwe, czy mam przynajmniej teoretyczne prawo do duchowego dziedzictwa tego brzegu z ponurymi budynkami, zbocza porośniętego pokrzywami, łopuchami - sypką, rozlazłą grzybnią - do domu Tuli, który, rzecz jasna, do niej również nigdy nie należał, podobnie jak długi mur klasztoru nigdy nie należał do mojej wojowniczej ciotki Lidii, do jej potulnego męża policjanta, do moich amerykańskich kuzynów Floriana i Zygmunta - wszyscy oni klepali tu biedę w latach niemieckiej okupacji. Czy biedowali naprawdę? Ciotka szyła, wuj policjant majstrował stołki, kuzynowie uczęszczali do gimnazjum przy kościele św. Kazimierza. Dzisiaj są obaj jeszcze żwawymi staruszkami (siwi czy łysi?), ale tylko Florian z Chicago, przyleciawszy do Wilna, przybiegł z kamerą o świcie do długiego domu, okrążył go kilka razy, przebiegł też oba nowe mosty i na złamanie karku popędził z powrotem do hotelu - tam czekała na niego wycieczka zgodnie z drobiazgowo opracowanymi planami "Intouristu"...

"Proszę pani", którejś oślepiająco złotej jesieni - może w ubiegłym roku? - zapytałem rozwieszającą bieliznę przywiędłą kobietę o orlej twarzy - "proszę pani, przepraszam... czy pani tu nie mieszkała podczas wojny?" To mówiąc, machnąłem w kierunku długiego klasztoru za jej przygarbionymi plecami. "Mieszkałam, a jakże", nieoczekiwanie odpowiedziała Litwinka, "a co? To pani również..." zacząłem i zamilkłem: z moich głodnych ust biła woń nie tokaju, a "Izabeli", najzwyklejszego klasycznego sikacza - zawartość alkoholu 19 proc., cukru - 5 proc., klasyka.... A ona długo jeszcze patrzyła za mną z krytej galerii - stara, znużona orlica...

Widzicie, opowiadam już nie o Tuli, nie o jej brunatnym futerku, w którym ujrzałem ją po raz pierwszy, nie o jej bracie flegmatyku i o aroganckich koleżkach owego brata, a o orlicy, tanim winie, kuzynie nowojorczyku, który ożenił się z prawdziwą Niemką, Lottą, a jego małe dzieci w Albany pod Nowym Jorkiem po otrzymaniu smakołyku pewnie ongiś dziękowały: "Danke, Vati!" Teraz te dzieci już pewnie same mają dzieci, a Zygmunta widziałem tylko raz, dwadzieścia jeden lat temu, jeszcze nie był staruszkiem. Zdaje się, nieźle mu szło w gimnazjum, w Niemczech rżnął drewno na papier, biedował po przybyciu do Ameryki - na początku, oczywiście, jak i wszyscy przesiedleńcy. Ale powzdychać przy klasztorze Zygmuś nie przyszedł.

A zatem, Florian i Zygmunt, moi najprawdziwsi kuzyni - obaj jeszcze pamiętają mego nigdy przeze mnie niewidzianego dziadka Aleksandra, który w 1944 roku osunął się przy studni i już nie wstał - do swego tonącego w półmroku gimnazjum śpieszyli innym mostkiem, do dzisiaj tam stoi - poważny, mocny, o spiżowych poręczach i wiecznych obramowaniach z ciosanych kamieni po obu stronach. Jeżeli czasem śpieszysz od strony starówki, to po przebyciu migiem tego mostu, zaraz się znajdziesz na Młynowej, smyrgniesz pod arką i już jesteś w domu. Po drodze stoi prawie okrągły transformator prądu jeszcze z czasów Piłsudskiego - a może to piłsudczykowska stacyjka telefoniczna? - ale jeślibyś tam jeszcze poszukiwał obcego ducha, oto on: rosyjska wysepka w wątrobie Wilna - założony przez księżnę Juliannę oraz dziesiątkami i setkami lat niestrudzenie doskonalony przez wspólnotę prawosławną - Sobór Przeczyścieński... Piękna cerkiew, choć ciężka jak rynkowy zapaśnik, stałem kiedyś przy olbrzymim jej ikonostasie, wciągałem w nozdrza jej ostre kadzidła, a Tula pociągała mnie za połę i szeptała: "Chodźmy stąd, chodźmy, patrz, staruchy już pomrukują, patrzą na nas spode łba, chodźmy..." Nikt tam na nas nie patrzył spode łba, wyszliśmy wówczas na dwór, pociągnęliśmy wzdłuż rzeki, ja się ciągle opierałem o metalowe poręcze - nie mostu, a nadbrzeża; takie same można jeszcze zobaczyć przy Arsenale i opodal krytego mostu - dobre, miłe poręcze, kiedy nogi ślizgają się i plączą, tak dobrze położyć na nich rozpalone dłonie i czuć już nie chłodne kadzidlane powietrze, a zapierający oddech w piersi powiew wiatru... Takie same poręcze, tylko po przeciwległej stronie Wilenki, ciemniały też za oknami Tuli, mieszkała już u Petryli, w domu z absydą, tylko myśmy tak rzadko patrzyli przez te okna, a kiedyśmy patrzyli, tośmy przede wszystkim widzieli tonący w zorzy, masywny jak piec hutniczy kościół bernardyński - w owym czasie już może od pięciu lat mój daleki przyjaciel czarnobrody Jurgis krył jej dach dachówkami wyblakłymi jak czerwona flaga nad komitetem partii. Jurgis nie był dacharzem, nie, kierownikiem pracy, stał na dole z zadartą do góry, dużą, umieszczoną na krępym ciele głową i krzyczał: "Hej! jeszcze nie pora na obiad, dokąd złazicie?!" "Jurgis", mawiałem, kiedyśmy razem z jego robociarzami w ciasnym kantorku pod kryształowymi sklepieniami wódkę zakąszali śledziami w sosie pomidorowym, "Jurgis, co sobie myślisz, tak siedząc bezczynnie?" Ciemny, brodaty i ponury jak Kacper Bekiesz Jurgis ani się uśmiechnął, nie zaczynał nudzić, że brak pieniędzy, że majstrowie do niczego, "a ci - wskazywał na młodych dacharzy - to łotry! Wypij, wypij, teraz twoja kolej", mruczał tylko, "chodźmy, chłopcy!" Jurgis był już naznaczony woskowym piętnem śmierci, czyżby sam tego nie przeczuwał? Tak bardzo było widać ten zimny wosk w jego czerwonawej twarzy... Może nie chciał przeczuwać? Ale dach Jurgis jeszcze zdążył pokryć - właśnie dach widywałem przede wszystkim, kiedy wychodziłem z któregoś tam "sowieckiego" szpitala przy kościele misjonarzy, gdzie po pierwszym wylewie odwiedzałem wuja Hansa, zdrowiał wtedy prędko, miał doskonałą prognozę. Każdego razu przystawałem na placyku przy starym korpusie, niegdyś klasztorze - w dzień słoneczny mieniło się tam całe nieobjęte miasto, ale oczy same zaraz odnajdywały czerwony dach bernardynów - był bliskim sąsiadem moim i Tuli, krył go nieboszczyk brodaty Jurgis. Jurgis umarł, a w ciągu następnych ośmiu lat jego robociarze tak poniszczyli ściany kościoła, tak je podziurawili - to się nazywało zondowaniem! - że kiedy raz wpadłem do Dionizego, następcy Jurgisa, również równego chłopa, powolnego w gębie hulaki, zdaje się, niespełnionego ekonomisty, już nijak nie potrafiłem odszukać niegdysiejszego swego napisu... A przecież zieloną farbą olejną chyba metrowymi literami napisałem wtedy - oczywiście po pijanemu - jej imię, niby to w przekładzie na jakiś obcy język - THULLA! Tak, z wykrzyknikiem i przez dwa "l". Kto mi wtedy wyrwał z ręki pędzel i wyłajał? Chyba sam Jurgis? Już nie pamiętam.

Ubogi dom Tuli za "ciężarowym" mostkiem; jak przed wiekami tak i dzisiaj otaczają go cerkwie i kościoły - wszystkie o wiele drobniejsze od naszego bernardyńskiego pieca, ale i wszystkie zgrabniejsze - migające wieżyczkami, wierzchołkami i draperiami murów - najbardziej, rzecz jasna, Anna - całkiem niedawno podszedłem i potarłem kciukiem diabła na jej klamce u drzwi - tępe, szerokie jego czoło. Może ty, diable, wiesz, co teraz porabia Tula? Mieszkaniec podziemnego świata, stary idiota, chociaż tak w ogóle - bardzo miły stwór na uchwycie metalowych drzwi... Czy wiesz może coś?

Innego razu, zbudziwszy się w nocy i łyknąwszy wywietrzałego piwa, przez okno Aurelity Bonapartowny widywałem tylko spokojną i delikatną sylwetkę kościoła Świętej Panny Marii Pocieszenia - sam czubek i część wysmukłej wieży. Aurelita Bonapartowna sypiała w innym pokoju ze swoją małoletnią córeczką Ewą Herbertówną, a ich babcia i matka Helena Brzostowska pijała nocami rozcieńczone przegotowaną wodą czerwone wino, słuchała płyt Paderewskiego i Vivaldiego, a w kuchni ze szczap lipowych do białego rana dłubała pełne złośliwej fantazji obrzędowe maski - zapustne, japońskie i mieszkańców Zarzecza... Ale nie, może jednak zmyślam. Prawdą jest tylko jedno: budząc się w nocy od razu widziałem wieże trójnawowego kościoła - a wiedziałem już, że jest trójnawowy. Był wyraźnie widoczny nawet na bardzo ciemnym niebie. Wiedziałem nawet więcej - obok Panny Marii Pocieszenia dawno już nie mieszka stara Daszewska ze swymi rozwiązłymi córkami oraz obłąkanym synem Tadkiem, który dostał pomieszania zmysłów tego dnia, kiedy przegrał finał otwartego ringu w sali Filharmonii - porzuciła go nie tylko narzeczona Angonita Brandys, ale i wszyscy druhowie i przyjaciele od kielicha... To się wydarzyło w 1956 roku, zaraz po XX zjeździe kompartii - opowiadając o tym wydarzeniu mnie i memu koledze Teodorasowi von Czetrasowi, pani Daszewska koniecznie napomykała o zjeździe. Sama była wówczas na sali, toteż nic dziwnego, że na wspomnienie zbitego na kwaśne jabłko syna - ktoś go jeszcze wygrzmocił w szatni po zakończeniu walk - głos starej co chwila drżał. Zofia, listonoszka przedmieścia i wielka rozpustnica, obłęd brata pojmowała całkiem inaczej: "Tadek podobno miał zgłupieć od wody kolońskiej i acetonowego kleju w więzieniu, sami widzicie, jaki żółty, jaki zdechlak!" A najmłodsza Maria, zaopatrująca Teodorasa i mnie w tanie skarpetki ze swojej "Sparty", piękna Marianna, którą obtańcowywaliśmy w "Końskim klubie" na ponurym dansingu, należącym do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w ogóle unikała rozmów o swoim braciszku. Biografia pani Daszewskiej, wdowy po poruczniku czy chorążym legionistów, w "naszych czasach" już zwiędłej, zszarganej, ale jeszcze energicznej i dziarskiej staruchy, była być może godna dogłębnego studium, choć nie wątpię, że wielu daleko chętniej czytałoby pikantne memuary nieboszczki listonoszki Zofii - nie, nie o nędznym roznoszeniu listów i gazet, nie o złych kundlach z Filareckiej i Holenderni - gdzież by tam o niekończących się, niebezpiecznych i zapierających dech przygodach w łóżku! W młodości Zosia, co prawda, była śliczna jak kościelny obrazek - pokazywała zdjęcia! - ale nam, filologom Almae Matris Vilnensis, jesienią 1967 roku gnieżdżącym się w jednym kącie nory Daszewskich, niestety nie wydawała się taka urocza i ponętna jak, powiedzmy, sowieckim wojakom z 1949 roku czy trenerowi boksu, który podobno namówił Tadka do walki z wytrenowanymi wojskowymi z klubu garnizonowego. Zosia lubiła wpaść do naszego pokoiku, oddzielonego od śmierdzącej kuchni kawałkiem kretonu w kwiatki, przysiąść na skrzypiącym taborecie i, dymiąc papierosa, oddawać się wspomnieniom. Czetras i ja próbowaliśmy wyswatać ją Francowi, dobrze utuczonemu i ciągle złaknionemu kobiety romaniście, ale ujrzawszy Zosię, Franc tyłem zniknął w drzwiach i prawie nigdy nie odwiedzał naszej umeblowanej dziury, choć Zosia wciąż się dopytywała: "Nu, gdie etot wasz usacz?" Już po utracie Tuli (czy ja ją kiedykolwiek posiadałem?) całkiem niespodziewanie się dowiedziałem, że w tym samym pokoiku, gdzie kolega Czetras i ja niegdyś na wesoło przymieraliśmy głodem wespół z podwórkowymi kotami, z przemykającymi pod podłogą szczurami, z raz płaczącym, a raz śmiejącym się Tadkiem, a więc w tej samej norze, zdaje się w 1907 roku mieszkał Ciurlionis, jedyny oficjalnie (nawet przez Rosjan!) uznany geniusz naszego narodu... Kiedy się o tym dowiedziałem, zapragnąłem odnaleźć von Czetrasa, kupić butelkę czy dwie lepszego wina i przyjść na to podwórze - wszyscy Daszewscy z wyjątkiem może tylko Marianny i jej dziatek już powymierali - jeszcze raz spojrzeć na czarne ramy okien, jakimś cudem ocalałą miedzianą klamkę i przynajmniej spróbować wyobrazić sobie sylwetkę geniusza w bramie albo naciskającego tę klamkę... wino wszak pomaga? Ale Teodoras jak na złość wyjechał do Wiednia - wino pod oknami Daszewskich wysączyłem z jakimś pryszczatym facetem... po wypiciu zaczął się domagać więcej i ledwo zdołałem umknąć. Znowu zbaczam z drogi, żebym tylko nie musiał wszystkiego od razu wyłożyć o Tuli, o THULLI przez dwa "l", Tuli, której imię zieloną farbą dwumetrowymi literami wypisałem na północnej ścianie bernardyńskiej świątyni... nieopodal wielkiego ołtarza...

Na drewnianych, nigdy niezamykanych na klucz drzwiach pani Daszewskiej, drzwiach z miedzianą klamką, w owym czasie zdążyłem napisać tylko jedno niemieckie, przeze mnie samego wymyślone słowo: VOLKSHÜTTE. Powinno było oznaczać coś podobnego do "LUDOWEJ CHATKI", wydawało mi się ładne i miłe. Pani, pamiętam, zaraz się zaniepokoiła - ten napis ma niby wskazywać na nasze pretensje albo nawet niecne zamiary w stosunku do jej domostwa! Staruchę uspokoił dopiero wuj Hans podczas kolejnej u nas wizyty, fizyk teoretyk, rodzony wujek Teodorasa. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu spotkałem milszą osobę. Polityka, dżentelmena, okropnie ciętego w języku, znającego całą wileńską elitę i półświatek. Wuj Hans ujął panią pod rękę, zaprowadził do naszego malutkiego pokoiku, nalał jej do pełna graniastą szklankę niebieskawego jak nadmanganian potasu wina, mokrymi wargami cmoknął w jej umazaną sadzami rączkę i po niedługim czasie przekonał, że "chłopczyki", tzn. my obaj, stroją sobie tylko żarty, i że nikt nie miał zamiaru zagrażać jej pałacowi! Stara zaraz złagodniała - dobrze, dobrze! Po wypiciu jeszcze jednej szklanki, zaczęła nieładnie chichotać i zalecać się do wuja Hansa, jakby miała nie siedemdziesiąt, a szesnaście lat... Wuj dosyć dyskretnie napomknął, że niektórym ten napis naprawdę może się bardzo nie spodobać, ale sam śmiał się najgłośniej, częstował wszystkich winem i papierosami "Tresor", prosił o sprowadzenie prawdziwych dziewczyn - pokazałby im jakąś nową, całkiem niedawno wyuczoną sztuczkę po ciemku! Fizyk teoretyk był wcale nieobojętny wobec sztuki - gdyby przynajmniej przeczuwał, że pod tym zadymionym sklepieniem, z którego spadają karaluchy, Ciurlionis tworzył swoje fugi czy malował kosmos, zaraz napisałby o tym do gazety, czy nawet przyprowadziłby jakiego swego przyjaciela muzyka z "Neringi" - "Popatrz, Wacław, jak to teraz wygląda?" Ale, jak i my, nie przeczuwał. A zresztą, jeżeli geniusz naprawdę tu mieszkał, to chyba w wielkim salonie, gdzie za naszych czasów wraz z kotami i brudnymi dziećmi na rozesłanych na podłodze materacach sypiała pani Daszewska, jej córki, nieznajomi mężczyźni z wytatuowanymi piersiami oraz wypuszczony na krótko z więzienia czy od wariatów na pewien czas Tadek, bokser nieudacznik z 1956 roku...

Jeszcze zdążyłem przyprowadzić Tulę na to podwórko - pokazałem jej niskie okno, prawie na poziomie chodnika, na które w naszych studenckich latach wskakiwały koty, brudziły i uciekały precz. "I dziewczyny?" - przymrużyła oko Tula, ale ja prychnąłem: "A po co?" Drzwi przecież stały otworem dniem i nocą, nawet we własnym łóżeczku nierzadko znajdowałem całkiem nieznajomych mężczyzn i kobiety, pani powiadała - oni na krótko! A do nas, powiedziałem Tuli, jeżeli już chcesz wiedzieć, przychodziły tylko trzy śpiewające anglistki - Atos, Portos i Aramis - schludne, spokojne dziewczyny. Popijaliśmy jabłecznik, czasem piwo, one śpiewały Bring back!, Dalilah, no, jeszcze Dzielny Abdullah - okropny rozbójnik. Albo tylko słuchaliśmy piosenek Wandy Stankus - i cześć!

Kiedy nocą zaciągałem się dymem przy różowym oknie Aurelity Bonapartowny, wędrowałem wiele lat wstecz; kiedy się przeżyje w mieście ćwierć wieku, prawie w każdym zakątku pozostają twoje spojrzenia, kroki, twój kurz i osad...

A kościoły! Kościoły są najważniejsze, przynajmniej zmuszają cię, byś podniósł głowę do góry, a w górze jest zawsze niebo - niskie, siwe, zamglone, a jednak niebo. Kiedy widzę ten kwartał, charczący, zalany krwią, pełen szczurów i ludzi - włóczęgów, biedaków, chorych, inwalidów, ubogich duchem (jesteśmy tylko słabymi stworzeniami, lubił podkreślać wuj Hans, nie ma czego wstydzić się swej małości, fizjologii oraz wad odziedziczonych po nieznanych przodkach!) - zaczyna mnie palić kark, odczuwam zawroty głowy - nie, nie, żadnej nadziei! Ale kościoły. Jeżeli nawet nie zmuszały mnie do uklęknięcia i nabożnego złożenia rąk, to przynajmniej, jak już mówiłem, podnosiły mój wzrok ku górze; w tamtym czasie to było bardzo wiele, przynajmniej jeśli chodzi o mnie.

Byłem igraszką w rękach Aurelity Bonapartowny i mistrzyni od wyrobu masek, byłem ich dobrowolnym niewolnikiem, najmniejszy bunt musiał się zakończyć wypędzeniem ze względnego raju na brudną ulicę między szczury, koty i osobników sterczących całymi dniami na psim targu i przy "Grobie ojca" - tam kioski broczyły wodnistym piwem. Byłem zachcianką emocjonalnej Aurelity - podobnie jak wszystkie zachcianki wyemancypowanych kobiet, krótkotrwałą i natychmiast zapominaną. Obojgu nam ani w głowie było oszczędzanie się - szaleliśmy jak wariaci, żyliśmy zamkniętym nocnym życiem, prawie zamkniętym życiem dziennym i tylko wieczory bywały otwarte dla szczerych, choć płytkich rozmów, przypadkowych gości, dobrego wina... wałęsaliśmy się we dwoje po cmentarzach, zapuszczonych parkach i piwnicach, wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy prześladowani, z łatwością wmawialiśmy sobie uczucia, wizje i mnóstwo podobnych rzeczy - o tym można do woli się naczytać w drugorzędnych powieściach z importu... Przykro mi w ten sposób pisać i mówić, bo tamtych dni ani trochę nie żałuję, powiedziałem przecież - niewolnictwo było dobrowolne! Tymi pogodnymi, księżycowymi zarzeczańskimi nocami patrząc przez okno Aurelity Bonapartowny - na górze stał dom z żółtej cegły - coraz częściej zdarzało mi się pomyśleć: kaprysy zaraz się skończą, trzeba ułatwić im życie - Aurelicie i domownikom - trzeba jeszcze więcej pić, hałasować, buntować się - wtedy to z czystym sumieniem będą mogli wypędzić mnie na ulicę, pogoda jest teraz łagodna, będzie nawet spokojniej! Helena Brzostowska sama wyniesie moje książki do drwalki, może nawet podaruje jaką maskę... A może nas wszystkich uwieczni ten "świński blond"? Wszędzie go tu pełno! Przecież jest też fotografem, nie tylko litografem. Jak się on nazywa: Miszustin czy Jewgrafow?

Chociaż kościółek Świętego Bartłomieja sterczał nad poczerniałymi dachami Zarzecza znacznie bliżej niż Panny Pocieszenia, z okna Aurelity go nie widziałem - zasłaniały go drzewa i mury. Nocą tylko wyczuwałem, jak jest blisko - za klonami, spadem ulicy, zjeżonymi dachówkami... W dzień o nim zapominałem, chociaż akurat w kościółku Bartłomieja zdarzyło mi się nocować, pić tam tokaj z Aurelitą - potem zostawiła mnie samego: łaziłem po nawach zastawionych niewykończonymi posągami - tu harowali rzeźbiarze... We dnie, za oknem Aurelity, na sąsiednie podwórko, przez gęstwinę klonów padało ostre światło, czasem nawet całe pęki czerwonozłotych promieni, a na podwórku dziewczynka z sąsiedztwa z wydzierganym na piersi własnym imieniem "Maria", głośno wołała matkę - mammamam, mamamma!!! Tęga, ładna, zdrowa pięcioletnia Maria - dzieło zdrowego, utalentowanego, ale bardzo rzadko tu pojawiającego się mężczyzny - zdrowaś, Mario! Zaraz z werandy wypadała maleńka jak mrówka matka - później przypominała mi Tulę, zdaje się, nawet ją znała? - chwytała to ciężkie dziecko w ramiona; wreszcie mogłem uwierzyć, że mrówki naprawdę potrafią unieść tyle to a tyle razy więcej niż same ważą. Maria często zadzierała swoją jasną główkę i spoglądała w okno, przez które przewieszony pogwizdywałem melodię z Carmen - Maria aż piszczała z uciechy, choć nie miałem słuchu, a i gwizdałem nie najlepiej. Ewa Herbertówna, córeczka Aurelity, miła, ciemnowłosa dziewczynka, która całymi dniami kołysała się na zawieszonej w drzwiach huśtawce, na mnie spoglądała tylko spode łba, a kiedy raz przyszedłem z podbitym okiem, aż się rozjaśniła - dobrze ci tak! Głupiutka, pewnie pomyślała sobie, że sprał mnie jej tatuś - mason, prezes kółka robinhoodów i filozof amator. Nie, w tym domu bezpiecznie czułem się tylko w nocy, paląc przy oknie, którymś jednym uchem łowiąc frazę Paderewskiego z kuchni, gdzie stara wciąż jeszcze dłubała maski - okropniejsze nawet niż to życie. Gdybym przynajmniej przeczuwał, że w dolinie przy ławicy piaskowej mieszka Tula, zaraz bym zjechał w dół po kasztanowym pniu i pędził nie do nocami medytującego artysty Herberta Sztejna, nie do mistrza rysunku na jedwabiu Walentinasa Grajauskasa, a tylko do niej, Tuli. Ale Tula tam jeszcze nie mieszkała. Jeszcze jej nie znałem. Ławica huczała tam tylko dla jej przyszłego gospodarza, wdowca Petryli. Ale codziennie, pod muchą czy na trzeźwo, kroczyłem betonowym mostkiem przed jej przyszłymi oknami, z niezakrytej piwnicy koło tamtego transformatora Piłsudskiego kradłem węgiel do piecyka w pracowni Aurelity, zagadywałem orlicę - czy nie mieszkała tu podczas wojny, a jeżeli mieszkała, to czy nie znała mojej matki - wie pani, mieszkała w rodzinie stolarza, tak, on był też policjantem, przenieśli się tu ze Smalininkai, tak, a mama pracowała jako nauczycielka we Wzorowej Szkole, niedaleko uniwersytetu, teraz tam jest skwer, kiosk z piwem i toaleta, no, pani już wie?

Tak, tamtym mostkiem, którym do swego gimnazjum śpieszyli przyszli Amerykanie, moi kuzyni Florian i Zygmunt, na lekcje we Wzorowej Szkole chadzała i moja matka. Dzisiaj sobie myślę, że ich życie na Młynowej może i nie było tak do końca nieciekawe - przede wszystkim nie gnębiła ich obfitość informacji, a pogłoski najczęściej zostawały pogłoskami. Rozumie się, zanim nie nadlatywały samoloty - ten, kto był mało pobożny, miał się wtedy z pyszna! Moja matka, na przykład. A w ogóle to ciocia Lidia była bezgranicznie oszczędna - ta cecha bardzo się później przydała w Irkucku i nikt tam nie umarł z głodu. I ja miałem się przekonać o oszczędności ciotuchny - z Irkucka przywiozła w prezencie nie tylko cedrowe orzeszki, ale i parę sportowych pulowerów, z których jeden znakomicie pasował na mnie, a drugi - na brata. Doskonale zachowane, niepogryzione przez mole; takich nigdy tutaj dotąd nie miałem. A przecież przedwojenne, może jeszcze przez Florka albo Zygmusia noszone!

Klasztor i wszystkie kościoły pozostały nietknięte, natomiast Wzorową Szkołę zbombardowano - mama w tym czasie modliła się w kaplicy Ostrobramskiej, co za ewenement! Dom Tuli również ocalał. Tylko żadnych mostków na bernardyńską stronę jeszcze wtedy nie było. Czekaj, czekaj! Był, a jakże! Czyż nie oprowadzał nas, studentów pierwszego roku, po wileńskiej starówce taki niepozorny staruszek w okularach z okrągłymi szkłami, w tanich sandałach i długim płaszczu z ciemnoniebieskiego flauszu? Przyprowadziwszy naszą gromadkę pod ten klasztor, machnął ręką - cienką jak wierzbowa witka! - ku zzieleniałym ze starości fundamentom na samym brzegu i godnie wyjaśnił: "Widzicie? Niegdyś stał tutaj kryty drewniany mostek. Kiedy się raz spalił, na nabożeństwa - tak, i na te najwcześniejsze! - zakonnicy chodzili w bród". Tak powiadał tamten staruszek, jak się później dowiedziałem, autor starego przewodnika po Wilnie, latynista. Po zakończeniu wycieczki na dziedzińcu kościoła Piotra i Pawła złożyliśmy się dla niego po 20 kopiejek, starościna, ruda Anka, wręczyła. Pięć rubli. Nowe sandały... Tak długo nie schodzili mi z myśli ci zakonnicy, że podczas jednego z wykładów przysposobienia wojskowego (zdaje się, "wojennaja podgotowka") zapisałem w zeszycie z pomarańczową okładką:

Tej nocy mroziło i wiało...
Oziębło wzburzone łoże.
Unosząc habitu połę
Szedł w bród zakonnik niebożę.

Szedł ku wysokiej świątyni
Gdzie bracia modlą się zgodni...
Przewrócił się na płyciźnie,
Wpadł w rzekę stary zakonnik.

Uniosła starego woda,
Wzburzona rzeczka, czas wartki...
Piszczele bielały długo,
Niczym wierzbowe piszczałki...

Przewrócił się na płyciźnie... A bo ja wiem!

Ale już w tych posępnych, choć nienudnych czasach upatrzyłem sobie przyszły dom Tuli, jego pierwsze piętro. Tula zresztą mieszkała na parterze, w tym końcu z absydą. Kiedy pani Daszewska jednego dnia wypowiedziała Teodorowi i mnie niski pokoik Ciurlionisa, kiedy deszcze zdążyły wyprać "uzupełniony" napis: VOLKSHÜTTE. HIER WOHNEN ZWEI GERMANISTEN, tutaj zajrzałem przede wszystkim, by dowiadywać się o dach nad głową. Tu, gdzie po dwudziestu latach całkiem nieoczekiwanie zamieszkała Tula, młoda projektantka, niemająca pojęcia, czego szuka w tej dzielnicy, w Wilnie, a i na świecie...

Któraś z córek Daszewskiej znowu urodziła (o Boże, omal nie powiedziałem - okociła się!) jeszcze dwójkę dzieci - przyszło mi żwawo zbierać manatki. Już związałem kilka książek i odzież w tłumoczek, już prawie upatrzyłem sobie inne schronienie pod jesiennym niebem, kiedy się okazało, że mojej wykładowczyni, zapalonej badaczce modernistycznej literatury zachodniej, Cecylii Perelsztejn, jest niezbędna jedna szczególna książka - w naszym uniwersyteckim mieście byłem zapewne jej jedynym posiadaczem. Ten wybór prozy wcześnie zmarłego ekspresjonisty dopiero co przysłała mi Iris Lorscheider Pohl, prawie nieznajoma Niemka z Riesy opodal Drezdna. Panią wykładowczynię tak korciło, by w swoich szczupłych upierścienionych dłoniach potrzymać tę tchnącą surowymi niemieckimi powojennymi czasami książkę, że aż ofiarowała się odprowadzić mnie na słynne podwórko Daszewskich-Ciurlionisa nieopodal Panny Marii Pocieszenia. Tylko że na tym świecie mało pozostało rzeczy świętych - w kościele, zdaje się, tuż po wojnie urządzono magazyn, o jego próg łomotały ciężarówki i srebrzyste furgonetki, toteż kiedy wraz z badaczką literatury wkroczyłem na podwórko VOLKSHÜTTE, zalatujące mydlinami, naftą i octem, kaszlnąłem cicho i poprosiłem: "Może pani zaczeka, ja zaraz..." Ona tylko uśmiechnęła się ze zrozumieniem i szepnęła: "Tak, tak, oczywiście!" Cecylia Perelsztejn była ładną, szczupłą kobietą, niezmiernie inteligentną i całkiem niepodobną do Żydówki. Podobną, gdzie tam, ale równie dobrze mogła być podobna do Hiszpanki czy Francuzki. Wtedy jeszcze nie miała trzydziestki, a ja nie ukończyłem nawet dwudziestu lat. Kto wie, czasem sobie myślę, czy teraz, w słonecznej Haifie, choć raz przypomniała sobie ten podniszczony, cały w zaciekach, ale ogromnie żywotny zakątek Wilna? Być może. A nasza wizyta miała następujący przebieg. Szybko wśliznąłem się w śmierdzący korytarzyk, w kącie kuchni dostrzegłem przycupniętą na głębokim kuchennym zlewie gospodynię (Daszewskiej było już zbyt trudno udawać się do niedalekiej kloaki - podwórkowego wychodka). Zaraz odszukałem ową potrzebną książkę, ale kiedy wyskoczyłem na dwór, pani Daszewska, poprawiając w pasie opadające spódnice, w znośnej polszczyźnie beszczelnie zawstydziła mojego wytwornego gościa. Brzmiało to mniej więcej tak: "Łachudra! Czego ty, tramtararam, łazisz do młodych chłopców? Co! Idź sobie, tram tram, do Domu Oficerów, tam znajdziesz, czego szukasz, tram!" Chociaż bardzo pobladła, Cecylia Perelsztejn tylko się uśmiechała. Ramki jej okularów były bardzo cienkie, ale szkła przyciemnione - nie widziałem oczu wykładowczyni. Jąłem ją przepraszać, ale ona tylko podziękowała za książkę i nie rzekła nic więcej. Badała literaturę współczesną - zapewne napotykała tam podobne staruszki, może nawet bardziej zajadłe... Odeszła wyprostowana jak wieża Panny Marii Pocieszenia i ni razu się nie obejrzała. Pewnie by jej raczej nie pocieszyło, że pani Daszewska również swoich córek nie nazywała inaczej jak "gawno kusok" i "żopa niegramotnaja" - spotykać bohaterów literackich w książkach to jedno, a co innego - w zaśmieconym podwórzu...

Dlaczego opowiadając o Tuli przypomniałem sobie Cecylię Perelsztejn? Otóż, obie wydają mi się w czymś podobne, nie tylko pod względem nieśmiałości i pasywnego uśmiechu przy czołowym zderzeniu z życiem. Może jeszcze w spokojnej niedbałości - ot, świat nigdy nie będzie doskonały! - niezbyt właściwej Żydom, ani większości Litwinów? A może któryś z dziadków Tuli był Tatarem albo przynajmniej pół-Żydem? Wątpliwe, chyba że ten pochodzący z moich stron rodzinnych, które, wciśnięte w dolinę Niemna, drzemią między Helsinkami i Brześciem. Zresztą mógłbym się wyrazić znacznie prościej: pomiędzy Simnem a Dowgami. Dopiero dużo później wyszło na jaw, że pomyliłem dziadków Tuli i jej nierodzonych wujów, i jeszcze dalszych krewnych, których znałem daleko lepiej niż ona sama - to oni, nie zważając na przynależność do kompartii, spełnili swój chrześcijański obowiązek - pomogli ją pochować - hydraulicy, dentyści, trenerzy dżudo i nawet sowieccy pracownicy bezpieki. Nic więcej o nich nie powiem, choć tego oto rudowłosego hydraulika znam doskonale. Nie trzeba, bo gdybym nie pochodził akurat z tego miasteczka, gdybym nie znał choć z widzenia tej całej rodzinki - dziadków, rzadkozębych wujków o złotych rękach, sympatycznej dentystki i surowej nauczycielki odporności materiałów - pewnie wszystko by się ułożyło nieco inaczej, może nawet do tego stopnia inaczej, że Tula żyłaby po dziś dzień...

Pozostaje tylko naiwne zgadywanie, a ja znowu stoję na krytym mostku, patrzę, jak robotnicy powoli wskrzeszają dawny dom Tuli - wyrzucają przez okno kawałki cegieł, śmierdzące papierzyska, odłamki kafli, stare buty, materace z wyłażącymi sprężynami; nie widzę tylko swojego pozostawionego samotnego krzesła... Patrzę z zadartą głową na porośnięte pokrzywami zbocze i wydaje mi się, że widzę poprzez szare gałęzie zaciągnięte różową firanką okno Aurelity Bonapartowny - ona chyba tam również nie mieszka. Jak tu jest wszystko blisko! Ale Aurelita, jak słyszałem, gdzieś się przeniosła, może nawet uciekła, ale przed kim? Tam, zdaje się, dorasta tylko bardzo ładna, bladolica, trochę podobna do ucywilizowanej Indianki dziewczynka przy swojej babce Helenie Brzostowskiej - artystce masek, potomkini Kiszków czy Sobieskich. Oto obie idą w dół ulicą - obok sklepu z pieczywem, warzywami, obok apteki - jak tam z kroplami walerianki? - obok arki do atelier wiecznie młodego Herberta Sztejna - czy tam pod oknem jeszcze sterczy drewniany nagrobek? - obok księgarni, biura paliw, tablicy pamiątkowej Feliksa Dzierżyńskiego - to tu przyszły ludożerca ukrywał się przed carską ochraną! - i skręcają w to samo podwórze Tuli, cioci Lidii, orlicy oraz innych osobistości - w amfiladę dziedzińczyków klasztoru bernardynów - tu hodowane są brudne kury, rozkładane i znowu składane motocykle, tu się pędzi i sprzedaje cukrowy samogon, tutaj codziennie przynajmniej o milimetr rośnie warstwa kulturalna (czy jakaś inna). Oto obie już wstępują na "ciężarowy" mostek... Niegdyś sprzed tej bramy, w świetle chłodnej księżycowej pełni, stara pomogła mi przyciągnąć wyrzuconą białą szafkę z owalnym lustrem, sekretną półeczką i wycięciem na umywalkę - mistrzowska robota! Teraz idą obydwie - żwawa, władcza starość i dojrzewająca młodość, uśmiechają się obie, poczerwieniałe od wiatru, i przepaść wiekowa kurczy się do rozmiaru dojrzałej jarzębinowej jagody, przynajmniej tak się wydaje w tej uroczystej chwili. Pozdrawia je co drugi mieszkaniec Zarzecza, wita się z nimi i ten siwowąsy pan, na jego widok kiedyś prychałem, teraz się tylko uśmiecham... Profesor chemii, członek kompartii - no to co? Słusznie mawiał świętej pamięci wuj Hans - nie należy się wstydzić ani swojej małości, ani fizjologii! To dlaczego prychałem? Bo właśnie jego, tego szacownego pana, ani myślącego opuścić szeregów swojej partii, Aurelita Bonapartowna i ja jednego ciemnego wieczoru przyłapaliśmy na samym dole zbocza góry Bekiesza i Pannończyka. O, doskonale pamiętam, po co żeśmy tam poleźli - to jej zachciało się zielonej przyrodniczej pościeli, a ja, rozumie się, nie protestowałem. Wygramoliliśmy się wtedy oboje spod mokrych po deszczu krzaków - jeszcze ciężko dysząc, pobladli, wymęczeni, trzymając się za ręce - jeżeli upadniemy, to razem! - gdy Aurelita niespodzianie syknęła, jej lisi nosek wydłużył się jeszcze bardziej: "Tss! Patrz!.." Ja, jej kaprys, stanąłem za jej plecami i objąłem nagi mokry brzuch. A wtedy i ja też ujrzałem: pod jasno oświetlonym niskim oknem - chaty tutaj wprost właziły jedna na drugą, wbijały się w zbocze - stał jakiś człowiek w kapeluszu, z teczką postawioną między nogami. Stał bez ruchu, jakby na coś czekając. Widzieliśmy najmniejsze jego poruszenie - niezdecydowany ruch - tylko twarz kryła ślepa ciemność, takie niskie było okno chatki! Za niezasłoniętą szybą widać było ciasną kuchnię, sprzęty, naczynia - nic nadzwyczajnego. Ale widziałem poniżej kolan zmarszczone spodnie tego mężczyzny, jedną ręką, zdaje się, przytrzymywał swoją prężną rózgę. Ale wciąż jeszcze nic nie rozumiałem, oboje jeszcze nie ochłonęliśmy po naszych zielonych namiętnościach. Niespodziewanie ten facet wolną ręką zastukał w okno - niecierpliwie, przynajmniej tak mi się wydało, i zrobił jeszcze kroczek do przodu, wprost przylgnął do tej świecącej szyby. Trzasnęły wewnętrzne drzwi, do okna szybko podeszła młoda jeszcze kobieta, pisnęła, światło natychmiast zgasło. Usłyszeliśmy, z jaką ulgą westchnął mężczyzna, podyszał chwilę jeszcze częściej niż my oboje, zręcznie się pozapinał, poprawił kapelusz i, chwyciwszy teczkę, prawie zaczepiając nas połami, popędził krzywym Białym Zaułkiem, gdzie pod mieszkaniem pułkownika w suterenie ciemniały okna atelier Aurelity Bonapartowny - czasem wierzyłem w to, że co drugi mieszkaniec Zarzecza złączył swój los z nauką i sztuką, a z życiem - wszyscy co do jednego!

Potem Aurelita z daleka pokazała mi tego mężczyznę o eleganckim wyglądzie koło podziemnej toalety opodal psiego targu, a jeszcze później sam gdzieś wyczytałem, że ekshibicjonizm jest, rzecz jasna, zjawiskiem patologicznym, powodującym urazy u nastolatek, ale w porównaniu z gwałtem i innymi zboczeniami jest całkiem nieszkodliwy tak dla samego ekshibicjonisty, jak i dla jego ofiary. Co prawda, to prawda - Aurelita pokazała mi również tę kobietę, aborygenkę Zarzecza; szła niosąc dwie siatki z kartoflami, wesoło się z czegoś zaśmiewając - żadnego psychicznego urazu!

Siwouchy profesor - z jego uszu sterczały pęki siwych włosów - również wyglądał żwawo, jeszcze krzepki i wysportowany, chociaż ekskomunista. Teczka z prawdziwej cielęcej skóry, prochowiec, powiedzmy, biały, z naramiennikami i modną fałdą na plecach. Ale już przygarbiony, już. Może wyzbył się owego fatalnego nałogu? Gdzie tam!...


* Fragment książki pod tym samym tytułem, której polska edycja ukaże się wkrótce w Wydawnictwie Pogranicze.