Na pograniczu teatru i nie-teatru

Bohaterem tej opowieści jest Krzysztof Czyżewski - Amator-wędrowiec, poruszający się między Sarajewem, Kosowem, Gratzem, Czerniowcami i Grodnem, który na swoją siedzibę obrał sześciotysięczne kresowe miasteczko Sejny. Recytator, poeta, członek teatru Gardzienice, animator kultury, redaktor pisma "Krasnogruda", założyciel Ośrodka "Pogranicze" w Sejnach, laureat m.in. Nagrody Artystycznej Młodych im. Wyspiańskiego a ostatnio nagrody Jerzego Giedroycia. Jego droga bierze początek w ruchu recytatorskim, wiedzie poprzez teatr aż do szerokiej działalności kulturalnej, która jednak ma konkretny cel - jednanie ludzi, kultur i narodów.

Droga do teatru

Zaczęło się od mówienia, recytowania poezji. Udział w ruchu recytatorskim był pierwszym zetknięciem Krzysztofa Czyżewskiego z kulturą amatorską, co wówczas oznaczało alternatywną - wobec kultury oficjalnej, prawomyślnej, wobec szkolnego stosunku do literatury. Czyżewski, zachęcony przez swą polonistykę, jako uczeń pierwszej klasy liceum, wziął udział w harcerskim festiwalu w Kielcach i tam dostrzeżony został przez Irenę Jun, która przyznała mu indywidualną nagrodę. - W jego recytacji słyszało się coś więcej niż tylko interpretowanie tekstu, Krzysztof interesujący był przede wszystkim jako człowiek, miał dużo do przekazania i rozumiał, co mówi - wspomina Irena Jun.

Wychowywał się w środowisku ludzi, którzy ponad dyplomy i stabilizację przedkładali życie w atmosferze włóczęgostwa i swobody. - Amatorzy, ludzie wędrowcy, poezja Stachury i wyprawy w Bieszczady - wspomina Czyżewski - to były wówczas azyle, gdzie można było chronić własną niezależność. Chodziło o to, by nie poddać się zasadom oficjalnego, zinstyrucjonalizowanego życia artystycznego, w którym nie ma miejsca na przygodę twórczą.

Decydujące o dalszej drodze okazało się spotkanie z Henrykiem Dąbrowskim - działaczem, a wcześniej uczestnikiem ruchu amatorskiego. Instruktor wspomina z jakim przejęciem młodzi ludzie wybierali do mówienia ważne dla nich teksty, a recytację traktowali jako szczególnego rodzaju posłannictwo. Czyżewski w 1977 r. został laureatem Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego, a dwa lata później zdobywcą "Gałęzi Wawrzynu", czyli nagrody głównej. - Czuwający nad konkursem przedstawiciele władz nie byli zadowoleni, że wygrał ten, który »rozbujał« publiczność - mówi instruktor. Wkrótce Dąbrowski zaproponował Czyżewskiemu prowadzenie warsztatów w Pile. - Widziałem w nim przyszłego instruktora. Pracował samodzielnie z młodzieżą, od której był tylko kilka lat starszy, ale byłem o niego spokojny, bo mimo młodego wieku był odpowiedzialnym, dojrzałym człowiekiem.

Poezja będzie towarzyszyła Czyżewskiemu przez całe życie. Swoje studia na wydziale polonistyki w Poznaniu zakończył pracą magisterską o Czesławie Miłoszu. Czas spędzony w Gardzienicach to przerwa w recytowaniu, dzięki której uświadomił on sobie jak ważne dla niego było uczestnictwo w ruchu recytatorskim: - Po gardzienickim okresie pracy nad świadomością własnego ciała i oddechu, poczułem wielki brak słowa. Dom Kultury w Poznaniu, a później Czarna Dąbrówka będą powrotem do mówienia poezji. Ci, którzy wtedy słyszeli jego recytację, podkreślają szczególną moc, wyjątkową prawdziwość i sugestywność. Jeden z uczestników spotkań w Czarnej Dąbrówce, chilijski aktor, wspomina: Nie rozumiałem słów, ale widziałem światła tej poezji, jej wiatr, siłę, czułość, wszystko rysowało się w powietrzu, Krzyś to przekazywał całym sobą. Na tym właśnie polega ekspresja Amatora, że czerpie on przede wszystkim z własnego głodu, fascynacji i oczarowania.

Grać albo nie grać

Z zespołem Gardzienic Krzysztof Czyżewski zetknął się na Międzynarodowym Biennale Teatru Amatorskiego w Krakowie w 1978 r., gdzie był uczestnikiem prowadzonej przez nich grupy warsztatowej. Gardzienice wówczas dopiero szukały swej tożsamości i zarazem nowego środowiska dla teatru. Podróże na wieś, spotkania z ludźmi, w szczególności ze starcami, odkrywanie na nowo mitycznej przestrzeni kresów tak dobrze znanej Czyżewskiemu z lektur Vincenza, Stempowskiego, Konwickiego i Miłosza - to wszystko było bliskie i pociągające. Jako dwudziestoletni chłopak z tomikiem Miłosza (ręcznie przepisanym w czytelni uniwersyteckiej), z książkami Stachury i z całą swoją bezradnością został wrzucony w nowy świat. Praktyka recytatorska okazała się mało przydatna w Gardzienicach, a nawet stanowiła przeszkodę. Trzeba było zgodzić się na własną nagość, żeby zacząć współistnieć.

Niepowtarzalny krąg ludzki, podróże, pieśni ukraińskie, białoruskie, chasydzkie niguny - to splot doświadczeń, z których narodziły się Gusła (1981) czyli II cz. "Dziadów" odczytana w duchu pogranicza. Ścieranie się wątków ruskich, polskich i żydowskich - tak charakterystyczne dla terenów naszej części Europy - było idealnym tłem dla dramatu. Zwrócił na to uwagę również Zbigniew Osiński: "Gusła przywołują sytuację graniczną, czyli coś, co się dzieje na progu: życia i śmierci, żywych i umarłych, jawy i snu. Obecne są w nich żywe ślady osobliwego spotkania kultur, żywiołów, czasów."1 Gardzienice w swych pierwszych spektaklach odkrywały to, o czym wtedy kazano zapomnieć - wielokulturową przeszłość. Gusła to jedno z ważniejszych wydarzeń artystycznych tamtych czasów i jednocześnie kluczowe doświadczenie Czyżewskiego. Teatralne i nie-teatralne zarazem. Jak sam mówi, Gusła nigdy nie zaistniały dla niego w kategoriach teatralnych. Nigdy nie odczułem tego zdarzenia jako pewnej konwencji umowności sytuacji, relacji z widzem, świadomości formy.2 Podczas wieczornych spektakli granie i przedstawianie nie było najważniejsze. Dla Czyżewskiego Gusła, to "powtarzająca się modlitwa wieczorna z rachunkiem sumienia i inkantacją (...) jednak możliwa tylko w grupie i w teatrze wobec widzów". To szczególny sposób widzenia teatru, nie poprzez grę i udawanie, ale jako "intensywne działanie z najbliższymi", "bezinteresowne wołanie z wnętrza". Stąd bierze się niechęć do nazywania swoich działań "aktorstwem", ale i trudność w określeniu granic teatru. - Aktor - z tym słowem nigdy nie mogłem się oswoić. (...) Ja po prostu nie grałem. Przez wiele wieczorów w ciągu kilku lat kochałem, cierpiałem, tęskniłem i wołałem bez żadnej umowności, w jednym strumieniu uczestnictwa płynącym dzięki obecności najbliższych przyjaciół.

Zbigniew Osiński zwrócił uwagę, na swoistą interpretację przez Gardzienice pojęcia teatru: "...słowo teatr jest rozumiane przez zespół zupełnie inaczej, aniżeli rozumie się je dzisiaj powszechnie. Przede wszystkim - o wiele szerzej. Tak szeroko, że dąży się tu do tego, aby ogarnąć nim cały świat i całe życie tworzących go ludzi. A jednak - z założenia - ma być to teatr i jako taki powinien być przyjmowany przez tych, którzy do niego przychodzą". Podkreślmy, że owo nie-granie nie było tożsame z "byciem sobą" w spektaklu. Tu idzie raczej o wcielanie się w inną postać bez stosowania konwencji i gry; rodzaj świadomego opętania czy dobrowolnego bycia medium. Chyba tylko poprzez paradoksy można próbować określić owo trwanie na pograniczu teatru i tego, co teatrem nie jest. Zespół Gardzienic w poszukiwaniu granic i możliwości, próbował dotrzeć do strefy sakrum konfrontując spektakl Żywot Protopopa Awwakuma z liturgią, jednak okazało się, że tej granicy między sakrum, a profanum przekroczyć się nie da. W tym czasie Krzysztofa Czyżewskiego w zespole już nie było.

Podróż Gardzienic ku ludziom wsi w pewnym momencie przestała być podróżą po wiedzę krajoznawczo-etnograficzną czy po inspirację artystyczną, a stała się nauką wrażliwości i wyczulenia na piękno różnorodności kultur. - Niepostrzeżenie godziny spędzone w izbach ze starcami przy wtórz ich pieśni, modlitwy, skargi i tęsknoty stawały się godzinami wtajemniczenia na takiej samej zasadzie, na jakiej kiedyś chcąc przyuczyć chłopaka do śpiewu w cerkiewnym chórze stawiano go pomiędzy śpiewaków podczas każdej liturgii, aż sam nie dosłyszał tonu, który odtąd zestrajał będzie jego duszę i przywoływał2. Ten głos poprowadził Czyżewskiego dalej, choć już inną drogą, bo z końcem 1983 r. odszedł z Gardzienic.

Amator to człowiek, który przede wszystkim ceni wolność i swobodę tworzenia. Kiedy obawia się, że zostanie mu to odebrane, że miejsce autentyzmu może zająć maniera i rutyna, wtedy musi odejść. Wyrusza w dalszą drogę, by zachować swój entuzjazm. Odchodzi, bo czuje, że żywy strumień popłynął już gdzie indziej.

Kim jestem?

Po odejściu z Gardzienic razem z Małgorzatą Sporek-Czyżewską, Piotrem Borowskim, Janem Bernadem, Krzysztof Czyżewski kontynuował wyprawy na Łemkowszczyznę, by śpiewać prawosławne kolędy tam, gdzie tradycja kolędowania dawno już wygasła. Chodzili od wioski do wioski śpiewając i ucząc się nowych pieśni. Czyżewski z Bernadem jeździli również z cerkiewnym chórem do Hajnówki i na wyprawy kolędnicze po cerkwiach. W Poznaniu wraz z żoną Małgorzatą stworzył grupę "Arka" w Domu Kultury "Dąbrówka". Na nowo zaangażował się w ruch recytatorski, jako wychowawca i juror, ale również poprzez własną praktykę. Garść wierzbowych gruszek - program złożony z wierszy Jerzego Ficowskiego, Czesława Miłosza i cygańskiej poetki Papuszy - recytował podczas podróży po różnych krańcach Polski.

W tym czasie inny Amator - Wojciech Szroeder z żoną Bożeną prowadził na Kaszubach w Czarnej Dąbrówce Teatr Berg. Czyżewski przyjechał tam po raz pierwszy ze swoim monodramem. Podobne marzenia i idea wspólnej pracy połączyły oba zespoły. Każdego roku latem organizowali tzw. Wioski Spotkania, gdzie przybywali ludzie ze środowisk alternatywnych, pragnący być i tworzyć razem. Spotkania zawsze poprzedzone były wielodniowymi wyprawami po Kaszubach w poszukiwaniu dawnych obrzędów, pieśni i opowieści. Forma wypracowana w Gardzienicach wciąż była obecna w tych działaniach. Śpiewanie, ćwiczenia oddechowe, wyprawy do starych Kaszubów, przygotowywanie posiłków, mecz w piłkę i spektakle teatralne o wieczornej porze - tworzyły rytm letniego spotkania.

Szczególnym zdarzeniem był spektakl Poemat Góry (1988) oparty na poezji Maryny Cwietajewej i duchownych stichach staroobrzędowców. Kluczem do zrozumienia poezji Cwietajewej według wskazówek Josifa Brodskiego miało być priezitanije czyli ludowy lament żałobny. Poemat Góry częściowo dział się w przestrzeni otwartej. Aktorzy wraz z uczestnikami spektaklu przemierzali kolejne stacje Drogi Krzyżowej zawodząc i lamentując. Przypominało to inkantacje i procesyjne pielgrzymowanie ludowej gromady z Guseł.

Do Czarnej Dąbrówki zaczęli przyjeżdżać również pieśniarze, muzycy ludowi ze Wschodu (z Ukrainy, Rosji, Białorusi); wcześniej nie było to możliwe ze względu na sytuację polityczną. Wystawy, biesiady teatralne i muzyczne bez festiwalowej konkurencyjności z każdym rokiem przyciągały coraz więcej ludzi - otwartych, chętnych do współpracy.

- Koniec lat osiemdziesiątych to były żniwa pełne radości, świętowania, otwarcia i przyjaźni. (...) Pamiętam jedną taką nieprawdopodobną noc, kiedy to już nie była zabawa, ale przedziwne, oczyszczające dionizje2. W czasie gdy wielu artystów wybierało pracę w samotności, Czyżewski udowodnił, jak bardzo twórcza może być grupa ludzi, którzy nie boją się ze sobą współdziałać. Jednocześnie przywiązywał dużą wagę do tego, aby nie traktowano ich działania jako "radosnego odlotu ku naturze". Po dionizyjskiej nocy musi przyjść czas na apollińską refleksję: finałem spotkań były zazwyczaj międzynarodowe sesje, podczas których uczestnicy wymieniali doświadczenia teatralne, muzyczne i naukowe.

Jednak środowisko kultury alternatywnej z roku na rok stawało się coraz mniej twórcze, skłócone. Brakowało impulsów, a wiele osób rezygnowało z twórczości amatorskiej na rzecz opłacalnych zajęć. Etos amatorski wyraźnie tracił na popularności. Gdy miejsce przestaje być żywym źródłem, Amator musi ruszyć w dalszą drogę. Projekt "Podróży na Wschód", czyli kolejnej formy wyprawy ku spotkaniu z ludźmi, był pretekstem, żeby odejść z Czarnej Dąbrówki. Jednak tym, którzy zostali trzeba było jakoś dodać otuchy. Na ostatnim spotkaniu w Czarnej Dąbrówce Czyżewski wygłosił, a raczej zaimprowizował, referat pt. "Etos Amatora" - tekst, który zaczął żyć własnym życiem i stał się dla wielu osób ważną inspiracją. - Chodzi o właściwie zadane samemu sobie pytanie. Kim jestem w chwili, kiedy wszystko oddam, niczego nie posiadam, nic nie umiem, niczego nie zdobywam? Czy jeszcze wtedy jestem? Czy mam swoje imię? Amator w takiej chwili wzmacnia się. Możesz przez wiele lat sumienne pracować, możesz osiągnąć wiele, ale przyjdzie taki moment w życiu, kiedy oddasz to wszystko za bezcen, za figę z makiem. I jeżeli wówczas będziesz stał na własnych nogach, jeżeli nie zatrze się twoje imię, to znaczy, że przez te wszystkie lata pracowałeś nad czymś zupełnie innym, czymś o nieporównywalnie większej mocy niż jakakolwiek umiejętność i posiadanie w świecie.3

Magdalena Kamińska
"Scena" nr 3/2000

Przypisy:
1 Z. Osiński, "Krótki opis (nie zapis) spektaklu", "Dialog" 1983 nr 2.
2 K. Czyżewski, "List z podróży", "Konteksty - Polska Sztuka Ludowa" 1991 nr 3-4.
3 K. Czyżewski, "Etos Amatora", "i - miesięcznik trochę inny", 1991 nr 4.


Powrót