W zdziczałym parku, na tle zrujnowanego domu z drewna, pozowanie do zdjęcia. Krzysztof (skupiony, śnieżnobiała koszula, czarna kamizelka bez guzika), obok Małgosia (kropki, kwiatki, lamówki, biały kołnierzyk - w tym jej do twarzy, o takiej twarzy dawniej powiedziano by: promienna). To pierwsza para. Przy niej druga, inna. Bożena z Wojtkiem (on w zwykłych dżinsach, ona kocha najbardziej szalone spódnice; on się odzywa od święta, ona nie).
Tło: Krasnogruda. Zdziczały park należał przed wojną do Miłoszów. Tu mieli dworek. Z dawnego gniazda zostały tylko fundamenty i piwnice. Na nich leśnictwo wybudowało czworaki, to ten drewniak.
Kilka lat temu Czesław Miłosz przyjechał tu z synem. Mówił mu: - Tutaj była letnia kuchnia, Tony. Gestykulował, oprowadzał po świecie, który nie istnieje. Tony cierpliwie zwiedzał i uśmiechał się. Towarzyszyli im ludzie ze zdjęcia.
Dla nich świat tamtej Krasnogrudy nadal trwa. Promieniuje do Wilna, Kowna, Grodna, Sejn. To nie geograficzna przestrzeń - przekonują - lecz duchowa. Wspólnota ludzi zamieszkujących jedną ziemię i jedną kulę dźwięku, złożoną niegdyś z bicia dzwonów po kościołach, cerkwiach i molennach, z targów po białorusku albo w jidisz, z hebrajskich dysput, ukraińskich i litewskich sporów, z cygańskich wróżb, z fraz greki i łaciny wkuwanych w polskim gimnazjum, z melodii kołomyjki, hucułki, nigunów. Kresy. Wciąż tu się odzywają ślady dawnego współbrzmienia. Czwórka ze zdjęcia: nowi obywatele tej krainy.
Miasteczko najbliższe Krasnogrudzie - Sejny. Nocą ruch tu nie zamiera. Po wielkomiejsku błyszczą neony całodobowych kantorów. Tędy prowadzi szlak ku Litwie, ku przejściu granicznemu w Ogrodnikach. Wokół jeziora. Latem zjeżdżają się turyści z Polski i Europy. Zwiedzają dominikańską bazylikę, kaplicę św. Agaty. Główna ulica prowadzi stąd ku zabytkom architektury żydowskiej. Zdziwienie: drzwi dawnej jesziwy są otwarte, w środku młodzież. Tu mieści się Ośrodek "Pogranicze".
Zaczęło się dziewięć lat temu. Michał (student, wychowanek Pogranicza) zapamiętał: - Oni zjechali tu wozami jak nomadzi. Krzysiek miał brodę, Wojtek fajkę, dziewczyny długie, kolorowe suknie. Ludzie w Sejnach mówili: pewno to Cyganie. Ale później Małgosia i Bożena zaczęły się nosić na czarno. Wtedy Sejny uznały: to Żydzi. Pogranicze opiekuje się Białą Synagogą (po wojnie magazyn nawozów). Tu i w jesziwie mają zajęcia z dziećmi. Robert jest weteranem. Do ośrodka zgłosił się osiem lat temu, na początku liceum: - Oni mnie pociągali, byli młodzi. Mówili o literaturze i historii, ale jakoś inaczej, to nie ta szkoła skostniała. Wsiąkłem. Rodzice narzekali: znów do Żydów idziesz.
Michał: - Z początku rodzice się bali: to sekta. Nie rozumieli, co my tam robimy. Trzeba ich było udobruchać. Szły święta. Wystawiliśmy dla nich pastorałkę.
Robert: - Po dziś dzień musimy ich obłaskawiać. Pytają: co wam da to Pogranicze?
Adam: - Michałowi mama kazała studiować prawo, Robert chciał na AWF. Ze mną tata też nieraz rozmawiał. Wiedziałem, kiedy będzie na poważnie, bo wtedy smażył jajecznicę. Mówił: synu, mamy piekarnię. Ucz się na piekarza. Wszyscy trzej wylądowaliśmy na polonistyce.
Robert: - Koniec komuny, początek nowego, małe miasteczko. Nie wiedzieliśmy, co ze sobą począć. Uciec stąd chyba. Doświadczenie Pogranicza zmieniło nas. My po studiach na pewno tu wrócimy. Okrężną drogą, dzięki ludziom z zewnątrz, tu, w Sejnach, znaleźliśmy samych siebie. Dziś rozumiemy: oni od początku tego chcieli. Ale hasła były inne.
Synagoga. W prawo od drzwi, na złotej bryle piaskowca - miasto z gliny. Jest katedra na wzgórzu, place, kamieniczki. Jest gimnazjum hebrajskie, synagoga i jesziwa. Są sukiennice, jest molenna. Niby wszystko się zgadza - to Sejny. Ale w tym mieście staroobrzędowcy nigdy nie mieli świątyni. Sukiennice spłonęły, Niemcy je spalili. Teraz na ich miejscu stoi "torcik" (tak się tu mówi o pokracznej willi). Między domami gliniane figurki: Żyd ma pejsy, Cyganka dziecko, gawędzą Polka i Litwinka (można ją poznać po płowych warkoczach). Pomiędzy nimi pies, kot, świnia, osioł. Te Sejny ulepiły dzieci. Trochę swoje miasto wymyśliły. Nie jest przedwojenne, powojenne ani z wczoraj, lecz pół prawdziwe, pół baśniowe.
Na skraju tego miasta leżą zszywane nitką książeczki. Turyści czytają dziecięce bazgroły. "Mieszkali my przy granicy i jak to przy granicy, chcąc nie chcąc, człowiek musi troszkę zahandlować. Na Litwę woziło się chusty grube, bo takie kobiety lubiły, a z Litwy machorkę, sól i sacharynę. Woziliśmy też gęsi. Starszy brat i siostra na Litwie gęsi kupowali. Ja, najmniejszy z rodziny, przeprowadzałem je przez granicę. Gęś na Litwie kosztowała dwa i pół lita, w Polsce pięć złotych. Za jedną litewską gęś mogliśmy kupić dwie polskie. A za pięć litewskich gęsi? A za sto?
To była jesień, pamiętam, bo gęsi się kupuje na jesieni. Miałem sto gęsi do przeprowadzenia. One w nocy nie wydają głosu, skupiają się blisko siebie, dlatego łatwo je prowadzić. Ale tej nocy śnieg popadał. Jak śnieg popada i sto gęsi przejdzie, to trudno nie zauważyć. Nie wiedziałem, że mnie wojsko wytropiło. Na umówione miejsce w Krasnogrudzie przyjeżdża po towar Żyd, a tu wojsko wpada. Skonfiskowali gęsi. Tak się kiedyś na granicy handlowało".
Gliniane miasto stworzyli Polacy, Litwini, dzieci staroobrzędowców, które chodzą do miejscowej podstawówki. Wspierała je Bożena Szroeder: - Przez trzy miesiące dzieci ciężko pracowały. Najpierw musiały poznać historię Sejn. Kto tu od wieków mieszkał? Na przykład Litwini. Ilu ich było? Skąd się wzięli? Jakie mieli drukarnie, wydawnictwa, szkoły? Jak im się w Sejnach żyło? Dzieci słuchały polonistów, historyków i odwiedzały starych ludzi. Notowały nie spisywane dotąd wspomnienia: o handlu gęśmi, o festynach, o gorącej czekoladzie w sukiennicach, o sąsiadach, których już nie ma. Wreszcie odbył się wieczór "Kroniki sejneńskie". Dzieci czytały, starsi wsłuchiwali się we własne opowieści.
"Przed wojną nikt nie miał telewizora ani radia. To co miała robić młodzież? Zbierali się co wieczór, dziewczęta i kawalerka, żeby sobie zaśpiewać. Tylko u nas w Dusznicy gorzej trochę było. Po 22.00 wszyscy musieli być w domach, jak to przy granicy. Nikt nie miał prawa szwendać się. Ale wiadomo, w czerwcu ciepło, jasno, kto pójdzie spać? Więc wszystko jedno, młodzież wychodziła śpiewać, a mniejsze szkraby pilnowali, żeby patrol wojskowy nie złapał. Latem ogrody posadzone były, w każdym wysokie konopie. Młodzi śpiewają, a my, dzieciarnia, w konopie pilnować. Dawaliśmy znać, że patrol blisko i uciekajcie, bo jak złapią, to trzy kilometry do strażnicy i jeszcze oberwać można po drodze.
Wiadomo, każdy w gospodarstwie miał psa. Te psy inaczej szczekały na żołnierzy, taka prawda. Pierwszy gospodarz był Wielkiewicz i jak słyszymy, że jego pies inaczej szczeka, to już wiemy - patrol jest na początku wsi. Potem Wołkanisa psy szczekają inaczej i tak po kolei. O, to my już wiemy na pewno, że kawalerka ma się rozejść, każdy do swojej chałupy. Bo inaczej to byśmy przykrość mieli. A tak młodzież codziennie zbierała się i śpiewał, i nawet ten, co głosu nie miał, jak dłuższy czas przy innych, którzy mieli głos, posiedział, to wyuczył się".
Bożena Szroeder: - Dorośli byli przejęci. Czuli, że dzieje się coś ważnego. Że ich historia, ta najbliższa sercu, przetrwa, bo została przekazana. Dzieci zaczęły śpiewać: Polacy po swojemu, Litwini, staroobrzędowcy - po swojemu. Starsi to podjęli. Sąsiedzi śpiewali sobie wzajemnie. A potem po żydowsku, po cygańsku. Wtedy nad mieszkańcami Sejn ukazały się sztandary, które dziewczynki uszyły z kolorowych szmatek: Anioł Muzyki, Anioł Życia, Anioł Mądrości, Anioł Zgody, Anioł Ogniska Domowego, Anioł Opaczności. To są anioły pogranicza.
Bożena pochodzi z miasteczka na Pomorzu: - Rodzice normalnie mnie wychowywali. Lubiłam kopać skarby w lasku. Później się dowiedziałam, że kopałam na poniemieckim cmentarzu. Ale nie byłam pewna, czy mi do czegoś potrzebna ta wiedza. Dziś inaczej to rozumiem. Skąd jestem? To pytanie każdego dopadnie. Pogranicze jest piękne, choć trudne. Potrafi przygotować człowieka do życia. Gdzie indziej możesz sądzić: jestem pępkiem świata. Tu się przekonasz: nic nie bywa jednoznaczne. Nawet rasistowskie bazgroły na murze.
"Spotkanie innego, czyli o cnocie tolerancji" - jedna z pierwszych akcji Pogranicza. Do dialogów wezwano szacowne osoby, zjawiły się delegacje zagraniczne. Zebranie było nudne: przekonywanie przekonanych. Słuchała tego młodzież. Licealistów z Suwalszczyzny - autorów najciekawszych prac w konkursie o tolerancji - zaproszono w nagrodę. Z początku pokornie milczeli. Wreszcie głos zabrał chłopak, który w swojej pracy udowadniał, jak dobrze sąsiaduje się Polakom i Litwinom. Laureat.
Bożena Szroeder: - Wstał i powiedział, że to nieprawda. Że on Litwinów nie lubi. Czemu napisał co innego? Bo chciał wygrać. Wie, jakie obowiązują poglądy. Zapadła głucha cisza. Litewscy dyplomaci chcieli wyjść. Zrobił się skandal polityczny. Przez gówniarza? Nie. Przez młodego człowieka, który nasiąkł goryczą przekazaną mu przez starszych. Więc z tą tolerancją tośmy mieli.
Krzysztof Czyżewski: - Nieprawda, że tylko starcy nienawidzą, bo pamiętają. W młodych też siedzi agresja. Opowieści rodzinne obciążają ich bolesnymi wspomnieniami. Niedawno do parafii w Sejnach zgłosili się Litwini. Prosili, by mszę po litewsku przenieść na inną godzinę, bo ci, co dojeżdżają, mieliby lepsze połączenia. Nasza rada parafialna stanowczo zaprotestowała: wyście nas mordowali w 1919, w czasie powstania sejneńskiego! Nie popuścili im o pół godziny. Agresja zbiera się podskórnie. Chłopak, który chciał rżnąć Litwinów, uświadomił nam: w tej robocie właśnie młodzi powinni być naszymi partnerami. Musimy angażować ich zdolności, zmysły, dać im przygodę, twórczość, poczucie, że idą ku przyszłości z nami.
Małgorzata Czyżewska: - U nas tak się jakoś przędzie. To, co już było, woła to, które ma nadejść. Myśmy do Sejn przyjechali z innym planem, chcieliśmy robić teatr. Okazało się, że bardziej interesuje nas to, co naokoło. Wymyśliliśmy klasę dziedzictwa kulturowego dla licealistów. Zgłosiło się kilkunastu chętnych. Wtedy padł pomysł: zabierzmy ich na wyprawę do Siedmiogrodu. Tam spotykają się kultury i narody, prawdziwe pogranicze pełne napięć. Zaczęły się przygotowania do podróży: spotkania z młodymi Rumunami i Węgrami, odczyty wykładowców z katedry kulturoznawstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Potem objechaliśmy miasta Siedmiogrodu. Mnóstwo kontaktów: pisarze, dziennikarze, ludzie, którzy coś dla regionu robią, węgierskie domy tańca, przyjaźń z licealistami z Kluż.
Krzysztof Czyżewski: - Wyprawa okazała się ważnym doświadczeniem dla młodzieży. Oni doskonale rozumieli, dlaczego Węgrzy w Siedmiogrodzie żądają tablic w swoim języku, własnych szkół. Czy Litwini u nas mogą się tego samego domagać? To bardziej bolesne pytanie, ale trzeba sobie na nie odpowiedzieć. Bo albo respektujemy jakieś wartości, albo nie. Młodzi Rumuni i Węgrzy zaprosili nas do swoich domów, przedstawili swoją historię, pieśń. Po powrocie mówimy: w przyszłym roku oni do Sejn przyjeżdżają. Dzieciaki przeraziły się. Co my im pokażemy? Weźmiemy ich na dyskotekę? Zaczęły za nami chodzić: zróbmy coś. Wtedy zaczął się rodzić teatr i muzyka.
Inna podróż wakacyjna: nad Bug, w sąsiedztwo polsko-ukraińskie. Małgorzata Czyżewska: - Sprzątnęliśmy starą remizę w Choroszczynce, to była nasza baza. Stamtąd z kamerą, z aparatem fotograficznym szliśmy do wsi odwiedzić ludzi w ich domach. Zdawało nam się: trzeba pytać. Starczyło słuchać. Wszyscy snuli tę samą opowieść: jak nie wiadomo, za jakie winy jechali w nieznane, jak po latach wracali. Akcja "Wisła". Ci, którzy przez to przeszli, przekazali młodym najgłębsze doświadczenie swego życia. Historia naprawdę dla nich zaistniała. Powstała z tego wystawa fotograficzna i film - "Losy posłuchane". W Sejnach kino umarło razem z kiniarzem. Teraz znów odbywają się seanse: Pogranicze organizuje coroczny festiwal "Camera pro Minoritate". Działa Galeria "Biała Synagoga". W księgarni można kupić "Krasnogrudę" - pismo poświęcone literaturze, sztuce, historii, problemom narodowościowym Europy Środkowo-Wschodniej. Numery tematyczne: Praga, Bośnia, Bukowina, była Jugosławia. Publikacje wybitnych intelektualistów z wielu krajów. Są też książki Wydawnictwa Pogranicze: poezja słoweńska, litewska, bośniacka, wspomnienia, albumy, eseje.
Krzysztof Czyżewski opowiada o Sejnach: - Bardzo tajemnicze miejsce, nie tylko dla przybysza z zewnątrz. Rozejrzyj się. Zobaczysz opuszczone dwory, pusty klasztor, zaniedbaną synagogę, kamienice po nieobecnych, krowy wypasane na cmentarzach, kamienie nagrobne między brukiem, drogi donikąd. Stale doświadczasz ruin i pozostałości. Miasto po katastrofie. Stąpasz po jego obrzeżach, nie umiesz dostać się do środka. Trzeba mieć jakiś klucz. Myślę, że kluczem jest pamięć. Tylko wejście do centrum, odkrycie wszystkich tajemnic pozwala odzyskać tożsamość. By osiągnąć tę pełnię, musisz słuchać. A z tym sobie nie radzimy, bo nas inaczej wychowano. Przyjaciel z Łemkowszczyzny tłumaczył mi, jak dawniej przyuczano chłopców do śpiewania w cerkwi. Żadnych lekcji, stawiało się szczeniaka między chłopami na chórze. Słyszał cztery głosy naraz. Pewnie, że potem śpiewał basem lub tenorem, albo bez trzech innych głosów wokół czuł się źle. Świat pogranicza jest wielogłosowy, cierpi, gdy się operuje tylko jednym. Dawne Sejny przypominały chór cerkiewny. Później to zrujnowano, nastał czas występów solo na narodową nutę. Myśmy to odziedziczyli, z trudem otwieramy się na innych, ci inni też są zamknięci. A żyją w Sejnach starzy ludzie, którzy zapamiętali dawny kodeks. Uważają na przykład, że w mieszanym towarzystwie nie wypada chwalić swego. Kto tego nie rozumie, wśród nich uchodzi za chama, jakby jadł rybę nożem i widelcem.
Nieżyjący już dziadek Dioma, starowier, cieśla, mój przyjaciel, mawiał: nie sztuka zbudować dach, sztuka zbudować taki dach, który nie przesłoni nieba. Komunizm wygnał nas z małych ojczyzn, podciął korzenie, wydziedziczył. Nowoczesny świat wciąż coraz bardziej się otwiera, przemawia wieloma głosami. Trzeba się przygotować, żeby się w nim nie pogubić. Najlepszy sposób to - paradoksalnie - zbudowanie własnego miejsca, utwierdzenie się w nim. To daje siłę. Ludzie zagrożeni w podstawach swego bytu szukają wroga, budują fundamentalizmy. Kto mocno stoi na nogach, nie zamknie się przeciwko innym. Człowiek, który ma dom, może wziąć udział w sprawach tego świata. Czuje się gospodarzem, bez strachu wychodzi na zewnątrz. Jego dach nie przesłania nieba. Tu, na pograniczu, jest wiele ran, skrywanych żalów i urazów. Szanuję to. Ale to nie są rzeczy, które na wieki decydują o postawach. Ludzie w Sejnach od pokoleń żyli razem dzięki elementarnym odruchom współczucia, solidarności, życzliwości.
Bożena Szroeder pozwala dzieciom fantazjować. Pewnego razu mogły urodzić się na nowo: - Zaproponowałam wymyślanie życiorysu, bo chciałam sprawdzić, co jest dla nich ważne. I zaskoczenie: większość wybrała dolę dziecka cygańskiego. Więc napisałam "Różę" - spektakl o młodym Cyganie, który wędruje po białoruskich, polskich, litewskich i żydowskich wioskach w poszukiwaniu ukochanej. Porwała ją wiedźma. Przygotowania trwały długo. Dzieci poznawały kulturę Cyganów, ich obrzędy. Z Moskwy na warsztaty taneczne przyjechała Tamara Demeter, słynna cygańska artystka, a pieśni uczył Stanisław Stankiewicz - polski Cygan. Po premierze trochę jeździliśmy z "Różą". W Tarnowie zrobiłam coś niebezpiecznego, co przerodziło się w przygodę. Nakazałam kierowcy, żeby nas zawiózł do Cyganów, do Maszkowic. Nikt tam na nas nie czekał, lecz po chwili na ośnieżonej drodze pojawił się tłum. Kobiety po jednej stronie, mężczyźni po drugiej. Mówię: chcemy wam zagrać spektakl. Co to spektakl? Taki teatr. Uprzątnęli pustą chałupinę. Był mróz, jakaś cyganka przyniosła ogień na patelni. W chałupie całą wioska - 120 osób i nas dwadzieścioro. Nie wiedzieliśmy, kto tu aktor, a kto widz. Kiedy dziewczynkom chustka spadała na ziemię, kobiety podnosiły ją. Nacierały dzieciom ręce, śpiewały z nimi. To było dobre spotkanie. Obiecaliśmy, że wrócimy. I cztery lata z rzędu, w wakacje, jeździliśmy tam od wsi do wsi. Nasze dzieci i cygańskie miały wspólne zajęcia plastyczne, muzyczne, grały w łapki, przyglądały się sobie. Ale to zdrowa ciekawość. Wcześniej nikt do górskich Cyganów nie zaglądał. Jeżeli - to ze wścibstwa, a potem uciekał ze strachu. My zostaliśmy i wzajemnie uczyliśmy się od siebie.
Synagoga, gliniane miasto, zszywana nitką książeczka: "Rodzina pani Stasi przyjaźniła się z państwem Danty. Ale pewnego dnia przyszli Niemcy i wygnali żydów z Sejn. Po jakimś czasie przygnali ich na górę po drodze do Berżnik. Pani Danty urodziła tam chłopczyka, udało jej się przekazać sąsiadom wiadomość. Wtedy mama i brat pani Stasi popłynęli łódką po to dziecko. Było ono głodne i zmarznięte. Pewnego razu do domu pani Stasi przyszło czterech Niemców i zobaczyli kołyskę. Gdyby do wiedzieli się, że to Żydziuk, skończyłoby się bardzo źle. Ale mama pani Stasi powiedziała, że to dziecko jej siostry, która niedawno umarła. Przychodziła też sąsiadka bardzo sroga. Groziła: ťZaraz pójdę Niemcom zamelduję, to będzie z tobą porządekŤ. Po trzech miesiącach pani Danty poprosiła, żeby jej oddać synka. Wszyscy płakali. Nie chcieli, żeby taki ładny chłopczyk o czarnych oczkach opuścił ich dom. Ale był przewieziony karetką do Suwałk przez pana Kunickiego. Po niedługim czasie Niemcy wygnali Żydów z Suwałk i odtąd pani Stasia nie dostała od nich wiadomości".
Wystawa "Nasze stare, dobre Sejny" zgromadziła 800 zdjęć. Tylko trzy świadczyły o obecności Żydów w mieście. Mało zostało pamiątek. A przecież mieli tu dwie synagogi, trzy cmentarze, jesziwę i gimnazjum świeckie. Po wojnie wielu mieszkańców Sejn próbowało poznać los żydowskich znajomych - bez skutku.
Małgorzata Czyżewska: - Opiekujemy się Białą Synagogą, to wiąże nas z tradycją żydowską. W trakcie wyprawy nad Bug zaczęło się czytanie "Dybuka".
Michał, student: - Za pierwszym razem usnęliśmy z nudów.
Małgorzata Czyżewska: - Do spektaklu potrzeba muzyki. To był początek kapeli.
Adam: - Żaden z nas nie umiał grać. Ale jak chcesz zagrać, zagrasz. To nie kwestia słuchu, tylko zaangażowania.
Małgorzata Czyżewska: - Z naszą "Kapelą klezmerską" wybraliśmy się na festiwal kultury żydowskiej do Krakowa. Ostatniego dnia było zimno, a długo czekaliśmy, bo chłopcy grali w finale. Po występie dyrektor zaprosił nas na herbatę. Obok usiadł David Krakauer, wybitny klarnecista, jeden z najsłynniejszych klezmerów żydowskich. Zaproponował: chłopcy, wyciągnijcie instrumenty, może się rozgrzejemy. Przyniósł klarnet, powstała niesamowita noc muzyki. Nad ranem ktoś powiedział: to przyjedź do nas. A David: dobra, to przyjadę. I po roku przyjechał.
Adam: - Ćwiczył z nami tydzień w stodole pod Berżnikami.
Małgorzata: - Dużo przed chłopcami odkrył. Pojechali do kowieńskich Żydów, zagrali tam starcom, wystąpili w Białej Synagodze. Kiedy David odjeżdżał, uroczyście wyliczał potrawy: babka ziemniaczana, gołąbki, kartacze. Co dzień gotowała mu mama innego chłopaka, a każda się starała. W Sejnach rodzice tych dzieciaków to nasze najlepsze lobby.
Michał: - Teatr Sejneński, tak się nazywamy. "Dybuk", "Wijuny", koncerty "Kapeli klezmerskiej" - graliśmy to przez cały lipiec.
Małgorzata: - W sierpniu już nie i to był błąd. Myśleliśmy: to tylko przestawienia dla znajomych, którzy przyjadą tu w wakacje. A w synagodze czasem brakowało miejsc. Podczas jednej z prób zgłosiła się dziewczyna. Powiedziała, że jest z Santa Cruz. Przyniosła zdjęcie i kartkę z pytaniami po polsku: "Czy poznajesz moją prababkę? Czy wiesz, w którym domu mieszkała?". Mój Boże! Myśmy tyle lat rozglądali się za sejneńskimi Żydami i nic, a ona tu po prostu stoi. Poszliśmy z nią do pani Heleny, bo w czasie wojny jej rodzina, żeby pomóc, zamieniła się z Żydami na mieszkania. Nie wyszło. Ale przy drzwiach do dziś pozostał zwitek z modlitwą - mezuza. Wiele osób chciało ją odkupić. Pani Helena tłumaczyła, że mezuza nakłada błogosławieństwo na dom i odmawiała. Kiedy dziewczyna pokazała zdjęcie prababki, pani Helena zaczęła ją tulić. Przemawiała: "A wiesz, serdeńko, a u pani Rozumowskiej...". Niepotrzebny był do tego tłumacz. Dziewczyna miała wyjechać, przychodzimy przed koncertem - znowu jest. Czy może zostać? Czy może w kącie synagogi świecę zapalić, bo szabas? Zapaliła, odmówiła błogosławieństwo - po raz pierwszy od czasu, gdy żydzi przestali się tu modlić. Potem odbył się koncert szalony. A jeszcze później zaczęli się pojawiać inni z całymi albumami zdjęć, z historiami. Jedni drugim przekazywali wiadomość, że nie ma się czego bać, w Sejnach przyjmą ich życzliwie. Mówiłam już: u nas to, co już było, woła to, które ma nadejść. Tak się przędzie.
Krzysztof Czyżewski (rocznik 1958) podczas studiów polonistycznych w Poznaniu związał się ze Stowarzyszeniem Teatralnym "Gardzienice". Opowiada: - Nigdy nie czułem, że jestem aktorem w teatrze. To był strumień życia, pęd nad ziemią, na który składały się próby, lektury, pisanie, wspaniałe zgromadzenia, a przede wszystkim wyprawa. Żywioł podróży po wsiach, do starych ludzi, w których widziałem emisariuszy kończącego się świata. Rytm był taki: w tygodniu rekonesans, a w sobotę gramy. Szedłem na spektakl, jakbym się wybierał na wieczernię. Jadłem chleb z serem przez lata i nawet tego nie zauważyłem. Miałem pełnię. Odszedłem, gdy Gardzienice stały się tylko teatrem. Co dalej? Miałem mrok przed oczami, żyłem w górach. Potem wróciłem. Założyłem rodzinę i żyłem z czyszczenia dywanów. Był stan wojenny, więc pod ziemią razem z Rafałem Grupińskim redagowałem "Czas Kultury". W poznańskim blokowisku prowadziłem z żoną teatr. Kiedyś zajechaliśmy z przedstawieniem do Czarnej Dąbrówki na Pomorzu. Poznaliśmy Bożenę i Wojtka Szroederów: też dom kultury, też teatr. Przez kilka lat wspólnie budowaliśmy u nich artystyczną wioskę. Zapraszaliśmy ludzi ze świata alternatywnej kultury, przez dziesięć dni trwały dionizje. Był koniec lat osiemdziesiątych. Czułem, że pora na zmianę. Wygraliśmy wybory. Pomyślałem: wszystko, co do tej pory robiłem, było alternatywne lub podziemne. Może teraz czas wyjść na powierzchnię. Zbudowaliśmy wozy, żeby się dzieci nasze i Szroederów pomieściły, i ruszyliśmy na wschód szukać miejsca. Dotarliśmy do Sejn. Tak powstał Ośrodek "Pogranicze - sztuk, kultur, narodów". Przypuszczałem, że więcej takich będzie. Są potrzebne.
Robert: - Jesteś Litwinem czy Polakiem? Jak ktoś tak pyta, to wiadomo: nienawidzi Litwinów.
Aneta, studentka filologii białoruskiej: - Słowo Litwini to tutaj obelga.
Adam: - Skini się przechwalają: spotkam Litwina, to go skopię. Sami są w połowie Litwinami.
Krzysztof Czyżewski: - Sprzyjało nam szczęście. Kiedy tworzyliśmy Pogranicze, żaden urzędnik nie wiedział, jak ma wyglądać nowe. Trafiliśmy na moment, gdy szalonym pomysłom otwierano drzwi. Dziś byłoby znacznie trudniej. Wspierają nas radni, burmistrz, ksiądz, nauczyciele. Nawet zrobiła się moda na Sejny wśród sejneńszczan. Ale cały czas się boję. Jeśli w Polsce przydarzy się polityczny albo gospodarczy kryzys i na pogranicze padnie iskra? Ludzie znów dostaną w kość, bo myśmy nie zrobili dostatecznie wiele, żeby temu zapobiec. Żeby się do nich zbliżyć. Żeby nie byli tacy strasznie obcy.
Robert: - Koledzy wyjeżdżają. Tłumaczą: podoba mi się w Sejnach, ale tu nie można żyć normalnie.
Michał: - Można. My jesteśmy świadectwem.
Aneta: - Ciekawe, co nas spotka. Kto zostanie pisarzem, kto muzykiem, kto będzie wychowywał ludzi, kto zrobi takie Pogranicze w miejscu podobnym do Sejn?
Lidia Ostałowska
Magazyn "Gazety Wyborczej" 23.09.1999 r.