[opis] [reprodukcje] [wernisaż

Nie szukam modnych prądów w sztuce, nie szukam nowoczesności, nie trzymam się kurczowo realizmu.
Tworzę swój własny świat, któremu daję osobistą wizję.
Jest to pokaz wnętrza mej psychiki za pomocą przedmiotów i sytuacji, w jakich się znajdują.
Jest to świat moich własnych przeżyć, najczęściej smutnych i samotnych, świat spięć i dysonansów, w jakie jestem uwikłany.
Moja twórczość, a szczególnie malarstwo, bierze właśnie ekspresję z tego świata, w którym na codzień żyję, w którym znajduję swoje smutki i radości, swoje wzloty i upadki.

Jerzy Srzednicki


Jerzy Srzednicki urodził się 16 maja 1930 roku w rodzinie urzędnika państwowego. Jego ojciec został zamordowany w Dachau w 1941 roku. W 1947 roku, po śmierci matki, Srzednicki wyjechał z Sejn do Wrocławia. Rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, w pracowni prof. Eugeniusza Geperta. Po trzech i pół roku musiał przerwać naukę z powodu trudności materialnych i choroby oczu, wywołanej kontuzją wojenną. Na początku lat 50. wrócił do Sejn. Stopniowa poprawa wzroku oraz uzyskane na przełomie lat 50. i 60. konsultacje u prof. Antoniego Łyżwańskiego, a następnie u prof. Tadeusza Brzozowskiego, umożliwiły mu rozwój artystyczny.

W latach 70. prace Srzednickiego były prezentowane w Warszawie (Galeria Wola, Klub Dziennikarza na Foksal). Następnie w Białymstoku (Teatr im. Aleksandra Węgierki, Klub Siedmiu, Baszta, Międzynarodowy Klub Prasy i Książki, WDK) oraz w Budapeszcie, Krakowie, Lublinie, Szczecinie, Łodzi. W 1976 roku otrzymał uprawnienia artystyczne Ministerstwa Kultury i Sztuki.

Mieszka i tworzy w Smolanach, w powiecie sejneńskim.


przed ośmiu laty rozpoczynałem swój reportaż o malarzu-pustelniku z Sejn (patrzcie na północno-wschodni kraniec mapy Białostocczyzny), Jerzym Srzednickim, uznawanym powszechnie przez małomiasteczkową opinię za niewydarzonego oryginała, dziwaka.

Trafiłem na poddasze owego dziwaka. Zamieszkiwał wtedy Srzednicki w Sejnach, na strychu własnego rodzinnego domu, który „zasiedlili” przedsiębiorczy „kuzynowie”, podczas gdy on, sierota (ojciec zginął w Dachau, matka zmarła w Sejnach w r. 1947) tułał się między Wrocławiem a Warszawą, znajdując przystań u wujostwa, którzy próbowali utemperować rozwichrzonego młodzieńca, wpisując go na studia plastyczne w stolicy...

Na strych, pamiętam, wchodziło się po ciemnych nie oświetlonych schodach, kierując się światłem przesączającym przez liche nieszczelne ściany tej niby-mansardy. Wiatr pogwizdywał w tych szparach, a jesienny deszcze bębniły w mroku o dachówki. W nieopisanie brudnym i zaśmieconym wnętrzu „kawalerki” zastałem blade indywiduum, przypominające postacie clochardów paryskich, sypiających na kratownicach wentylatorów metra. Nie było jednak w oczach mego sejneńskiego clocharda owej wisielczej wesołości i włóczęgowskiej beztroski, tak podobno właściwej bożym ptaszkom znad ciepłej Sekwany. Wymizerowany i chudy kulił się z zimna ten dziwaczny lokator własnego domu. Witał mnie z zażenowaniem ćwiartką „czyściochy”, do której przekąska posłużyła mu za obiad a resztę...

– Może skoczę do sklepu i kupię kawałek salcesonu! Dostałem zaliczkę na to „arcydzieło”, które jak pan widzi, zaraz będzie gotowe...

„Arcydzieło” patrzyło na mnie z płótna umęczoną twarzą Ukrzyżowanego, którą klient życzył sobie mieć „wedle chusty świętej Weroniki, żeby krew kapała jak prawdziwa i żeby był połysk na obrazie...” Toteż namalował Srzednicki, z sadystyczną wręcz furią, ostre kolce cierniowej korony bodące blade czoło i krew czerwoną jak sok pomidora.

– Trzeba z czegoś żyć... Ludzie najchętniej kupują kiczowate „jelenie”, albo „obrazy święte”, malowane według maniery przyrządzanych w okolicy potraw: żeby było tłusto od farby, żeby „lśniło” i „mieniło się”... Wypracowałem na ten użytek specjalną technikę „mieniących się” farb i lakierów... Kupują. Płacą. Czym kto może. Najwięcej jajkami, słoniną, a czasem proszą na obiadek suto zakrapiany...

Urwał. Chwycił go głuchy, dudniący kaszel.

Wyjechałem z Sejn z niejasnym przeczuciem nieszczęścia, którego symptomy dostrzegłem w gorączkujących źrenicach „pustelnika”. Nie wiedziałem, że pisząc później w reportażu o oczach Jerzego „podkrążonych i rozgorączkowanych” – zarejestrowałem pierwsze oznaki śmiertelnej choroby skradającej się już wtedy ku wymizerowanemu samotnikowi... Mijały miesiące. Od czasu do czasu otrzymywałem listy adresowane z Sejn, w których donosił o swoich niewesołych sprawach. Szukał niespokojnie własnego stylu, rozstrzelony między codzienną chałturą – tymi „arcydziełkami” malowanymi dla chleba, a własnym malarstwem, które błąkało się ciągle wśród łatwych naśladownictw. Bywały okresy, że w rozpaczy zaprzestawał malować, wpadał w depresję, głusząc świadomość alkoholem, między aż nadto gorliwymi do wypitki kumplami. Pacykował ściany świetlic w modne „pikasy”, wynajmował się do odświeżania kościelnych malowideł, to znów chodził na jarmark z „jeleniami”... Nagle, któregoś dnia, dopadł mnie jego list wysłany z lecznicy w Prabutach: „To smutne Ryśku, ale prawdziwe: przyczepiła się gruźlica – pisał – otwarty proces... Może być ze mną krucho. Choć myślę czasami, po co ja komu potrzebny?...”

Po długiej i dramatycznej kuracji w sanato rium wrócił Srzednicki, ozdrowiony, do Sejn. Spoglądano na niego, jak na widmo z zaświatów. Próbowano „uziemić” zjawę napełnianym gorliwie kielichem... Cóż się z nim stało, z tym dziwakiem? Przestał pić! Coś tam w środku, widocznie, w sobie przetrawił, przegryzł. Uciekał teraz od ulic, gdzie jeszcze pamiętano jego zły cień... Uciekając przed tym czasem niedawno przeszłym, podejmował teraz pracę w odległych wsiach, daleko od starych „wiernych” kumpli. Rzeźbił Chrystusy, malował świętych, a po cichu, dla siebie tylko, w zatajeniu przed ludźmi, robił swoje, dorabiał się formy, budował swoje własne wizje.

Któregoś dnia, będąc w Białymstoku, ujrzałem na murze plakat: „Jerzy Srzednicki. Malarstwo, rzeźba, rysunek.” W foyer Państwowego Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki zobaczyłem nieznane mi dotąd obrazy, olejne płótna, które ukazywały Świat Zachwiany... Wśród pustych murów wymarłego miasta, ogromnych cyklopowych budowli, nawisłych w zachwianej równowadze ku pustym wąwozom ulic – krzyczała ku mnie z tej niesamowitej martwoty czyjaś rozdarta papierowa twarz uwięziona w ramach absurdalnego portretu wspartego o ścianę nadpękniętego gmachu...

Nikt nie mógłby przejść obok tego obrazu obojętnie.

Patrzyłem na dzieło nowo narodzonego malarza Jerzego Srzednickiego.

Odnalazłem Jurka w lesistym pejzażu sejneńszczyzny, w małej wiosce Smolany. Na dźwięk wymienionego nazwiska od razu wskazano mi budynek szkolny rozbrzmiewający z daleka głośną wrzawą. W bloku nauczycielskim niedawno wzniesionej szkoły zobaczyłem wystawione na korytarz sztalugi, a na schodach potknąłem się o leżące klocki lipowego drewna... Powitał mnie Jerzy na progu pracowni: pachnący lipowym drewnem, malarskimi klejami, mocnym zapachem farb... U jego nóg, wśród świeżych wiórów, bawiły się dwie jasnowłose zielono-niebieskookie dziewczynki: Artemida i Judyta.

Twarz Jerzego zdrowa, okryta piegami opalenizny, nie taiła już w sobie ani śladu goryczy i smutku.

Widziałeś moje obrazy? Popatrz na te, które stoją tam pod ścianą...

Zacząłem oglądać złożone u ściany płótna. Ze zdumieniem coraz większym spoglądałem na te wizje jakiegoś końca świata... żałosne ludzkie zezwłoki nanizane na haki, zwisające pękami niby bity drób na jarmarku, pośród pustki ruin... okaleczone tułowia mężczyzn i kobiet, walające się wśród pokruszonych czerepów, przypominających gigantyczne czaszki, pośród rybich szkieletów i robactwa... Puste krajobrazy jakiejś nieznanej planety... Dzieła potwora Frankensteina? Fantazja na temat inwazji Marsjan, czy raczej –proroctwa na temat naszych ziemskich losów?...

Usłyszałem głos Jerzego:

– Ten cykl idzie na wystawę do Budapesztu. „Apokalipsa”... Zacząłem go już przed laty, ale nie miałem siły skończyć. Przeszkadzał mi w malowaniu mój nazbyt już prawdziwy strach przed... wiesz przed czym... Teraz mogę wyrzucić z siebie wszystkie zmory, bo moje życie mnie już nie straszy...

Mówił ostrożnie, delikatnie, o swoim szczęściu, jakby nadal obawiał się, że ten kruchy ulotny stan przeminie zauroczony nieostrożnym słowem.

Lilka. To ona wyprowadziła go z ostrego „wirażu”. W samą porę. Bo już zaczynał, po powrocie z lecznicy, wracać z powrotem do kieliszka i zmory tamte, sejneńskie widma, osnuwać go poczęły lepką pajęczyną. Znalazł ją – Lilkę, taką jakiej pragnął.

A stało się to, niby z kapryśnej amnestii losu:

Akurat w pewnym kościółku zabrakło świętej figury... Zbliżał się odpust. Zmartwiony proboszcz zaoferował rzeźbiarzowi nie tylko dobrze wysuszone drewno na figurę, ale i... wskazał modelkę. Była nią młoda miejscowa nauczycielka, Lilka. I tak się zaczęło to wzajemne zapatrzenie obojga. Jeszcze nim rzeźba stanęła w blasku pozłoty w kościele – pobrali się. Figura była jednak zbyt wiernym wizerunkiem modelu... Ustawiona na próbę w bocznej nawie zdradzała oczom parafiańskim swój oczywisty cielesny rodowód. Sekret został wypatrzony. Delegacja kumoszek wybrała się do proboszcza z gniewnym protestem: i choć tłumaczył, nieborak, że przecież i Michał Anioł umieszczał między świętymi wizerunki współczesnych jemu śmiertelników – nie pomogły perswazje. Trzeba było usunąć „drewnianą nauczycielkę” z miejsca poświęconego. Obecnie podobizna Lilki zdobi jedną z wystaw w Białymstoku...

Tą anegdotą, z życia przecież wyjętą, bawiliśmy się z Jerzym w oczekiwaniu dzwonka z budynku szkolnego, który miał obwieścić nadejście pani domu. Spoza uchylonych drzwi słychać było wesołe, beztroskie gaworzenie zielononie-bieskookich dziewczynek.

RYSZARD WÓJCIK
„Kobieta i życie” nr 21/1216, 26 maja 1974


[pastuszenko] [schenkelbach] [danielik] [srzednicki] [jacovskytė, jacovskis, skliutauskaitė] [kirkut] [strumiłło] [mackiewicz, szumiński] [stasys] [kipnis] [furmanek] [miasta, miasteczka] [stolica świata] [szumiński] [staroobrzędowcy] [piwowarska-kulisa]