Piewca Jugonostalgii
Jugosławia była, jest i będzie – uważa pisarz Miljenko Jergović.
Andreas Ernst
W trzech pańskich książkach samochody grają rolę główną, czasem nawet tytułową. Jaki jest pana stosunek do aut? Czym pan jeździ?
Miljenko Jergović: Lubię samochody, ale nie mam manii na ich punkcie. Sam jeżdżę starą terenówką mitsubishi, ale to nie jest żaden cudowny pojazd. Interesuje mnie natomiast to wszystko, czego metaforą jest samochód: ucieczka, migracja, droga. Zapominanie kierowcy o sobie, jego nieobecność: nie ma go już ani w miejscu, które opuścił, ani tam, dokąd zmierza. Właściwie nie ma go nigdzie. W niczyjej krainie między dwiema granicami może się jednak wiele wydarzyć: małżeństwa się rozpadają, nawiązują się nowe miłości, czasem w samochodzie podejmujemy ważne decyzje życiowe.
Mimo to auto w naszej literaturze pojawia się o wiele za rzadko. Ta moja trylogia samochodowa miała też motywację folklorystyczną. W całej Jugosławii, od Słowenii po Macedonię, wiele rodzin stawiało sobie dwa cele: zdobyć przydział na mieszkania i kupić samochód. My wszyscy zawsze kupowaliśmy zbyt drogie samochody. Aby móc sobie na to pozwolić, gotowi byliśmy zrezygnować z wielu innych rzeczy.
Można mówić o trylogii samochodowej, ale równie dobrze można by to nazwać trylogią jugosłowiańską. Niemal wszystko, o czym pan pisze, dotyczy państwa, które przecież już przed 20 laty przestało istnieć.
Tak, to już wygląda na obsesję. Najważniejszy okres swego życia spędziłem w tym kraju. Gdy się rozpadł, miałem 24 lata. Moja tożsamość kulturowa jest do głębi jugosłowiańska. Wojna wcale tego nie zmieniła. Państwa są wymienne, to tylko jednostki administracyjne, jak banki czy urzędy pocztowe. Zostaje po nich jednak trwalsza kulturowa przestrzeń. Nawet jeśli ludzie odwrócili się od Jugosławii i chcą być jedynie Serbami czy Chorwatami, jugosłowiańskie pozostałości są liczne. Nawet następne pokolenie wzrasta w świecie, który nie jest czysto chorwacki, serbski ani bośniacki. Proszę tylko przyjrzeć się literaturze. Nasze tematy są równie głębokie i smutne, jak tematy, jakimi zajmowała się literatura po rozpadzie cesarstwa austro-węgierskiego. To ukształtowało całą generację pisarzy: Roberta Musila, Josepha Rotha i wielu innych. Nie byli literatami austriackimi ani niemieckimi, tylko pisarzami z mocarstwa, które znikło z powierzchni ziemi.
Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Forum".