Ajvaz kompletny, Marcin Robert, "Topos", (5-6/2005)

Ajvaz kompletny, Marcin Robert, "Topos", (5-6/2005)

Szanowni Państwo, miło mi zakomunikować, że kolejna biała plama na mapie współczesnej literatury została wymazana. Fakt ten jest o tyle doniosły, że nie dotyczy odległych geograficznie terenów literackich, lecz naszych najbliższych sąsiadów. Wydawać by się mogło, że stan współczesnej literatury czeskiej jest nam dobrze znany, tymczasem tłumacz Leszek Engelking (dołączający coraz szybciej do panteonu polskich bohemistów) oraz nieustające w swoich nietuzinkowych peregrynacjach sejneńskie wydawnictwo Pogranicze wyciągają asa z rękawa. I to jakiego asa! Jeżeli Jan Gondowicz, znawca literatury czeskiej, na czwartej stronie okładki wyraża myśl: Z całym naciskiem powiadam, że Ajvaz to najwybitniejszy obecnie pisarz Europy Środkowej, coś musi być na rzeczy.

Pierwsze polskie tłumaczenie twórczości Michala Ajvaza otrzymujemy ponad piętnaście lat od jego debiutu. Opłaciło się jednak czekać, albowiem trafia nam obecnie do rąk „Ajvaz kompletny”. Kompletność ta zasadza się, w pierwszym rzędzie, na edycji jego (można tak chyba powiedzieć) „dzieł wybranych” z początkowego okresu twórczości praskiego autora. W jednym tomie dostajemy bowiem aż trzy książki: debiutancki tom wierszy „Morderstwo w hotelu Intercontinental”, debiut prozatorski – zbiór opowiadań „Powrót starego warana” oraz pierwszą powieść Ajvaza, „Inne miasto”. A na dokładkę posłowie Leszka Engelkinga, w drobiazgowy sposób przybliżające polskiemu czytelnikowi twórczość tego pisarza.

A zatem cztery w jednym – lepiej niż proszek Omo! Wydawać by się mogło, że takie porównanie, zwłaszcza w kontekście poważnego przecież twórcy, a zarazem krytyka, estetyka i wykładowcy uniwersyteckiego, jest co najmniej nie na miejscu. Nic bardziej błędnego! Ironia, posunięta aż do granic absurdu, postmodernistyczna niezwykłość, mieszanie stylu wysokiego z niskim i purnonsensowe opowieści, w których roi się od dziwacznych postaci (bardzo często zwierzęcych bądź hybrydowych) to podstawowy składnik tego świata. Pozwolą Państwo, że przytoczę tutaj fragment „Wstępu”, pierwszego opowiadania z „Powrotu starego warana”: Ostatnimi czasy często stawiałem sobie pytanie, czy pisarz współczesny, jadący nocnym autobusem, do którego wsiada przygłuchy lew morski, by ulokować się na sąsiednim miejscu, chociaż autobus jest całkiem pusty, ma jeszcze prawo dołączać do swoich książek resumé po hetycku. Wiem, że jako odpowiedź natychmiast narzucają się zwykłe w takich razach słowa o pingwinach, stepujących w mdłe letnie popołudnia na zamkniętej pokrywie fortepianu w kawiarni „Slavia”. Czy jednak wciąż możemy to istotnie uważać za prawdziwą odpowiedź? Znamy przecież również pingwiny, które – jak pisze Rilke w liście do Heleny von Nositz-Wallwitz – są przez właścicieli specjalnie szkolone w wyszukiwaniu bestsellerów w antykwariatach. I dalej: Dzisiaj nikt już nie przypuszcza, że pingwin czy lew morski mógł być autorem traktatu Pistis Sofia, jak w zasadzie jednomyślnie utrzymywała nauka pozytywistyczna XIX wieku (spośród wielu argumentów dość przytoczyć wymowny fakt, iż pingwiny do dziś nie sprzedają baniek na mleko w wieży na moście Karola). Chyba wystarczy…

W tym krótkim fragmencie jest wszystko. Ajvaz kompletny. Przytoczone zdania są nadzwyczaj reprezentatywne dla całej twórczości Ajvaza, niezależnie od tego, czy będą to wiersze, opowiadania, czy powieść. Mamy tu zatem pierwszoosobowego narratora-bohatera, który zazwyczaj jest pisarzem, człowiekiem oczytanym, pracownikiem uniwersytetu; mamy świat zwierzęcy, istniejący na takich samych zasadach jak rzeczywisty „świat ludzki”; mamy także absurdalne, choć pozujące na akademicką egzegezę, nawiązania do dzieł filozoficznych i literackich; mamy wreszcie realną topografię Pragi jako miejsca akcji oraz surrealistyczną a-logikę snu, gdzie wszystko może się wydarzyć. Owa jednorodność tematyczna, ale i formalna, to kolejny przykład „kompletności” Ajvaza, z której zresztą brawurowo zakpił w autoironicznym fragmencie (kończącego tym razem zbiór opowiadań) tekstu „Morze”, w którym do bohatera, lecącego w powietrzu po skoku narciarskim, dołącza kangur piszący pracę dyplomową o prozie protagonisty (postaci noszącej cechy samego Ajvaza) i narzekający na schematyczność jego twórczości, łatwo poddającej się analizie strukturalnej: te pańskie prozy są wszystkie na jedno kopyto: na początku narrator spotyka jakieś dziwne zwierzę, potem zwykle dochodzi do walki, a na końcu pojawia się coś bezkształtnego i nieokreślonego, w czym wszystko się rozpływa, mgła albo morze, na które bohater spogląda, przeżywając przy tym jakąś ekstazę czy coś w tym stylu. Co za nuda!

W przytoczonym wcześniej fragmencie „Wstępu” pojawiają się również dwa miejsca, bardzo ważne dla twórczości Ajvaza. Pierwszym z nich jest antykwariat, który (obok księgarni i biblioteki) pojawia się na kartach książek prażanina nader często. Ten autotematyzm łączy Ajvaza z takimi tuzami jak Eco czy Borges. W jednym z wywiadów autor „Innego miasta” mówił wprost: Zwłaszcza z Borgesem czuję wewnętrzną więź, mierzymy się z tymi samymi tematami: znakiem, książką, Golemem. Dla Ajvaza książka jest pomostem w inną rzeczywistość, przyległą do naszej, codziennej. Poprzez kontakt z książką (tak jak ma to miejsce w „Innym mieście”) przenosimy się do równoległego, dziwacznego świata, rządzącego się własnymi regułami. Świat ten dzieli od naszego niewidzialna granica, w kątach naszych mieszkań kłębią się potwory, pod łóżkiem rozciąga się bezkresne morze, zaś nocą na zapleczu kawiarni „Slavia” (drugie z ważnych miejsc, o których Ajvaz pisał we „Wstępie”) odbywają się czarne msze.

Nieprzypadkowo początek tego tekstu nawiązuje do geografii. Geografia, topografia czy plan miasta są dla Ajvaza punktem wyjścia, albowiem akcja jego książek rozgrywa się w realnej przestrzeni centrum Pragi. Pragi, która za dnia pełna jest turystów z całego świata zwiedzających Hradczany lub Złotą Uliczkę, zaś w nocy zaludnia się absurdalnymi indywiduami – na moście Karola pingwiny handlujące bańkami na mleko zostały wyparte przez fosforyzujące łosie, a nocnymi autobusami jeżdżą lwy morskie.

Zresztą: czy lew morski jest naprawdę przygłuchy? Do czytelnika należy odpowiedź na to pytanie – zachęca Ajvaz.

Marcin Robert, "Topos", (5-6/2005)

Michal Ajvaz, Inne miastotłumaczenie Leszek Engelking, Sejny 2005, Fundacja Pogranicze.