"Berlińczyk" polonofil, "Lampa", 12/2006

"Berlińczyk" polonofil, "Lampa", 12/2006

„Niepodległa Ukraina” to „wybór szkiców, artykułów i rozmów (1991-2006)” i zarazem druga książka Bohdana Osadczuka wydana w Polsce nakładem wydawnictwa Pogranicze w Sejnach. Premiera zbioru odbyła się w dniu uroczystości przyznania autorowi tytułu „Człowieka Pogranicza” (a także orderu Jarosława Mądrego – najwyższego odznaczenia państwowego na Ukrainie). Z tej okazji w siedzibie Fundacji i Wydawnictwa Pogranicze odbyła się dwudniowa konferencja poświęcona stosunkom polsko-ukraińskim, a także dziełu środowiska skupionego wokół Jerzego Giedroycia.

Zaryzykuje twierdzenie, że 1950 to być może jedna z najważniejszych dat w najnowszej historii stosunków polsko-ukraińskich. Wtedy to dochodzi w ramach Kongresu Wolności Kultury w Berlinie do spotkania założycieli paryskiej „Kultury”, Józefa Czapskiego i Jerzego Giedroycia z Bohdanem Osadczukiem (dziennikarski pseudonim „Berlińczyk”).

Osadczuk był u siebie, w końcu spędził w stolicy Rzeszy prawie całą wojnę i mieszka tam do dziś. Nie uciekł nawet po wkroczeniu bratniej Armii Czerwonej. Gdyby Sowieci go wtedy schwytali, oskarżony o kolaborację zawisłby na pierwszej lepszej latarni. Na szczęście „Berlińczyk” miał papiery na to, że jest... Włochem. Dokumenty były całkiem w porządku, po prostu niemiecki urzędnik nie wiedział, że Kołomyja (niem. Kolomea) poza Włochami jest też na Ukrainie Zachodniej. Jedyną właściwie formą „współpracy” Osadczuka z nazistowskim reżimem było stróżowanie w fabryce zapałek na okoliczność gaszenia pożarów po nalotach. Ale alternatywą był front... Naturalnie fabryka zapałek poszła z dymem. Podczas ucieczki z pożaru Osadczuk podobno przeskakiwał przez martwe krokodyle, które uciekły z pobliskiego, zniszczonego Zoo i usmażyły się w płomieniach. Ale nie będę psuć lektury, bo te wspaniałe anegdoty znajdziecie państwo w książce.

Wróćmy do lat 50-ych. To nie są łatwe czasy dla ukraińskich polonofili, ani polskich ukrainofili. Współpraca Osadczuk-Giedroyć ma charakter precedensowy, wobec atmosfery powojennej nieufności i napięcia między Ukrainą i Polską umiejętnie podsycanej przez władze radzieckie. Propaganda robi swoje, już wkrótce, na przełomie lat 50 i 60-ych w kinach puszczą „Ogniomistrza Kalenia”, a do bibliotek trafią poczytne „Łuny w Bieszczadach”. Osadczuk staje się głównym orędownikiem porozumienia polsko-ukraińskiego. Pisze też dla wielu tytułów zachodnich, gdzie jego przenikliwe teksty, a także znajomość realiów zza żelaznej kurtyny czynią go jednym z najbardziej cenionych komentatorów wydarzeń z Bloku Wschodniego.

Objętościową większość „Wyboru” stanowią teksty z ostatniego piętnastolecia, okresu dojrzewania tytułowej „Niepodległej Ukrainy”. Ciekawie czyta się artykuły Osadczuka z lat 90-ych, obserwuje się ewolucje jego poglądów z pozycji „czytelnika wszystkowiedzącego”. I przyznać trzeba, że „Berlińczyka” rzadko zawodzi instynkt. Co prawda przez moment daje zamydlić sobie oczy frazesami Kuczmy o tym, że „najważniejszym zadaniem jest konsolidacja państwa, w którym będzie przestrzegane prawo”. Efektowne expose z 1994 roku nowego prezydenta robi wrażenie nie tylko na Osadczuku, także duża część elit daje się uwieść konkretnemu i pragmatycznemu zdawałoby się programowi byłego inżyniera Leonida. Ale wszystkie konszachty i machlojki na szczęście wychodzą na wierzch. „Berlińczyk” od początku upatruje w Juszczence kandydata na następcę tronu po Kuczmie. Nieomylny reporterski nos i tym razem nie zawodzi Osadczuka. Może tajemnica polega na tym, że paradoksalnie łatwiej dostrzec zawiłości polityki, kiedy patrzy się na nie z dystansu?

Bez pardonu atakuje „Berlińczyk” krótkowzroczną politykę państw zachodnich, które zwykły uważać Ukrainę za naturalną strefę wpływów Rosji. Najgorsze jest to, że sami Ukraińcy często stawiają się w roli młodszych, wiejskich i trochę durniejszych braci Rosjan. Skąd ten kompleks niższości? Czemu poddawać się terrorowi „starszego brata”? Osadczuk bezlitośnie rozwala wielkoruskie mity. Imperium rosyjskie uważa Osadczuk to rzadki w historii przykład, kiedy to centrum jest bardziej zacofane od peryferii. „Ukraińcy – a raczej emigranci z Rusi Kijowskiej – dali Rosjanom kulturę i cywilizację” pisze „Berlińczyk”. Trzeba byłoby jeszcze przekonać do tego Zachód, całym sercem i niezmordowanie wyznający zasadę „nie drażnić Moskwy”. Ten punkt widzenia nie pozwala dostrzec w naszym wschodnim sąsiedzie perspektywicznego partnera. Tu właśnie Osadczuk widzi rolę Polski, która mogłaby wprowadzać Ukrainę na europejskie salony. Niezależnie od tego, kto nią teraz rządzi.

No i wreszcie nie ucieka Osadczuk od tematów spornych, dużo w „Niepodległej Ukrainie” o skomplikowanej historii polsko-ukraińskiej. Nie trzeba się z nim zgadzać, kiedy porównuje akcję „Wisła” do najokrutniejszych przesiedleńczych akcji Stalina, w końcu ma prawo do swojego zdania. „Berlińczyk” jest sprawiedliwy i otwarty na racje każdej ze stron. „Przeszłość nie może jednak przesłonić przyszłości” zdaje się powtarzać nieustannie. Dlaczego, tak bliskie sobie od wieków narody nie umiały się zdobyć na gest Adenauera i de Gaulle’a – podać sobie ręce? Pomimo zakrętów we wspólnej historii zabrać się do budowania wspólnej przyszłości opartej na przyjaźni „bez warunków wstępnych”? Żeby to wreszcie zrobić trzeba w końcu przejść od „deklaracji i deklamacji” polityków do solidnej pracy. 

Stanisław Łubieński "Lampa", 12/2006

Bohdan Osadczuk, Niepodległa Ukraina, Sejny 2006, Fundacja Pogranicze.