Jerzy Ficowski, Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia. Fragment.

Jerzy Ficowski, Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia. Fragment.

DO CZYTELNIKA 

Tak się złożyło, że w roku 2002 mija sześćdziesiąt lat od śmierci Brunona Schulza, a zarazem jest to sześćdziesiąta rocznica dni, w których pierwsza lektura jego arcydzieł - Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą - stała się początkiem mojej całożyciowej pasji:zachłannych medytacji nad jego dziełem, zbierania wszelkich śladów życia, rekonstrukcji tragicznie przerwanej biografii, prześwietlania Schulzowskich arcymitów.

Czym jest ta książka, czy raczej księga? Skąd się wzięła? Na jej wstępie jestem winien to wyjaśnienie.

Z tych źródeł i impulsów wywodzą się moje, niekiedy owocne, próby wskrzeszeń, czyli rewindykacji z niebytu, i to z cudzoziemskiego niebytu, odkąd Drohobycz znalazł się za granicą.

Zamieszczone w tej książce teksty pochodzą z rozmaitych odległych i bliższych czasów i są różnego autoramentu. Sąsiadują tu ze sobą drobne szkice-przyczynki z zarysami biograficznymi o szerszej problematyce, zarówno egzystencjalnej, jak i wskazującej na związki z prywatną powszedniością autora, a także kierującej uwagę na proces magicznego przeobrażania się zaściankowej prowincji w Universum światów i Zaświatów.

Przed sześćdziesięciu laty z zapartym tchem stanąłem po raz pierwszy w blasku Mitu nad Mitami, aby zostać już na zawsze jego glosatorem i wyznawcą. Przed wojną na naszym ciasnym poletku kulturalnym, oddalonym od uczęszczanych dróg Europy i odgrodzonym od świata, tutejsi znawcy pisanego słowa w większości dostrzegli Schulza i docenili go, bywało, że entuzjastycznie. Ale było za mało czasu, aby zaistnieć naprawdę. Syn kupieckiego rodu Żydów galicyjskich, jeden z największych w literaturze, wkrótce już miał zginąć w piekle Zagłady.

Po wojnie nieobecność Schulza w polskim obiegu kulturowym i - co za tym idzie - na świecie była przez kilka pierwszych lat absolutna. Wraz z innymi wybitnymi przedstawicielami literatury został skazany wyrokiem stalinowskich kulturobójców na powtórną zagładę.

Trzeba było zacząć od zadań elementarnych, choćby - na początek - takich nawet jak ustalenie daty urodzenia i daty śmierci pisarza, których wówczas nie znali najskrzętniejsi literaturoznawcy. Zająłem się tą rekonstrukcją w okresie, kiedy o publikacjach o Schulzu nie mogło być mowy. Kiedy przed październikową „odwilżą” 1956 roku cenzura złagodniała i niektóre socrealistyczne dogmaty przestawały obowiązywać, opublikowałem pierwszy tekst, którego zresztą nie zakwalifikowałem do niniejszej księgi - „Przypomnienie Brunona Schulza”, szkic niewolny jeszcze od błędów rzeczowych, ale przynoszący istotne informacje, ogłoszone w nim po raz pierwszy.

Jednej kategorii publikacji Schulzowskich nie znajdzie Czytelnik w tej książce: pełnego zbioru listów Schulza, odnalezionych przeze mnie w ciągu półwiecza od 1942 do 1992 roku, jednej z najważniejszych kopalni wiadomości o pisarzu, o jego curriculum vitae , o problematyce twórczej, która wypełniała mu życie. W naszej książce znajdziemy - poza cytatami - jedynie bardzo szczupły wybór najcelniejszych, jak się zdaje, utworów epistolograficznej sztuki Brunona Schulza. Cała Księga listów , wznowienie zbioru wydanego w moim opracowaniu w 1975 roku, ukaże się osobno w skorygowanej, uzupełnionej i poszerzonej postaci. Ze względu na rozmiary, edytorską formę i szczególną rolę, jaką w pisarstwie i życiu Schulza odegrały listy, trzeba je zawrzeć - jak przed laty - w odrębnej, im tylko poświęconej edycji. Poza nimi w księdze zbiorczej znalazło się wszystko to, co uznałem za warte przypomnienia lub pierwodruku. Są tu więc te przede wszystkim cykle, które ukazały się kiedyś w osobnych wydaniach książkowych, jak Regiony wielkiej herezji, Okolice sklepów cynamonowych i Xięga bałwochwalcza ;są teksty eseistyczne, jak Druga jesień - refleksje i spostrzeżenia na temat utworu Schulza pod tym tytułem, rzecz wydana wiele lat temu, a teraz napisana niemal od nowa. Są wreszcie szkice, drukowane w czasopismach oraz niedrukowane dotychczas nigdzie.

Jeden z pierwodruków to J […] Bezimienna - mówi o Józefinie Szelińskiej, byłej narzeczonej Brunona Schulza;związany daną jej obietnicą zachowania dyskrecji co do jej tożsamości, dopiero obecnie, po jej śmierci, jestem zwolniony z tego zobowiązania.

Drugi pierwodruk to relacja o malowidłach ściennych w wojennej siedzibie gestapowca - mówi o dziejach tego „zamówienia” i o pożałowania godnej międzynarodowej aferze, uwieńczonej rabunkiem malowideł Schulza, dokonanym przezcudzoziemców nieodróżniających aktu przywłaszczenia od prawa własności.

Starałem się usunąć wszelkie, czasami obszerne powtórzenia, których obecność we wcześniejszych publikacjach, przedzielonych nieraz dużymi odstępami czasu, była uzasadniona właśnie samoistnością, autonomią poszczególnych tekstów, wymagających za każdym razem zarysu tła, egzemplifikacji, argumentu. Jeśli wyeliminowanie tych repetycji nie wszędzie zostało dziś dokonane, wynika to z potrzeby powołania się powtórnego na elementy potwierdzające trafność dociekań i komentarzy.

Zestawiony tu zbiór jest summą moich schulzowskich plonów, trofeów i znalezisk, cząstkowym przedstawieniem istotniejszych przemyśleń i konkluzji. Nie zarzekam się wcale, że nic już nie przybędzie do tej summy , choć i tego wykluczyć nie mogę.

Istnieją jeszcze zespoły dokumentów, które być może zasłużą na czyjąś uwagę i skomentowane faktograficznie publikacje. Są to listy Józefiny Szelińskiej, narzeczonej Schulza, pisane do mnie w latach 1948-1998, pełne uwag, opinii, wspomnień i - mimo dramatów życiowych - żywej, do końca pielęgnowanej pamięci Brunona Schulza. Drugi zespół cudzych tekstów to ponad tysiąc listów do mnie,

dotyczących wielkiego drohobyczanina, jego życia i dzieła, listów nieprzeliczonych respondentów towarzyszących mi w nigdy nieukończonych peregrynacjach do regionów wielkiej herezji i okolic sklepów cynamonowych. Jest wśród tych materiałów niemało przyczynków niewykorzystanych w pełni. To także czekać będzie na edytora.

W ciągu tylu moich lat poświęconych Brunonowi Wielkiemu wyrosły zastępy świetnych znawców i interpretatorów jego twórczości. Już dokonali niemało, dokonają jeszcze więcej - a może będzie im dana także możliwość lektury i analizy tych dzieł, które czekają jeszcze na odnalezienie?Może dostąpią nad nimi szansy nowych olśnień i zachwytów. Życzę im, Czytelnikom - i Schulzowi - aby tak się stało.


ZNALAZŁAEM AUTENTYK - ZAMIAST WSTĘPU

U źródeł szkiców zebranych w tej książce było olśnienie. Ze względu na moją nazbyt późną datę urodzenia te z niczym nieporównywalne emocje przy pierwszej lekturze dzieła Schulza mogły stać się moim udziałem dopiero w 1942 roku. Tak się zbiegło, że był to ostatni rok życia wielkiego pisarza.

Pragnę podzielić się z Czytelnikami garścią wyznań związanych z genezą tych szkiców, aby zostać zrozumianym i usprawiedliwionym, że - choć nie znałem Schulza osobiście i nie param się ani teorią literatury, ani krytyką literacką - uwziąłem się przy zamiarze pisania Regionów wielkiej herezji. Zamiar to nienowy. Powstał - tuż po pierwszym zachwycie Sklepami cynamonowymi . Pierwszym gwałtownym postanowieniem było podziękować temu nieznanemu mi dotychczas pisarzowi, o którym nie wiedziałem nic, wyrazić mu wdzięczność za samo jego istnienie.

Zdobyłem przypadkiem adres Schulza - i napisałem naiwnie, z egzaltacją osiemnastolatka, że może go to nic nie obejdzie, ale niech wie, że jest ktoś, dla kogo Sklepy były i są źródłem najwyższego zachwytu i największym objawieniem, że wstyd mi, jak mogłem dotychczas tak nic nie wiedzieć o „największym pisarzu naszych czasów” - i żeby nie pogardził kultem, jakim nieznany młody człowiek go otacza. Jeszcze pytałem o coś, dziękowałem za wszystko, wyrażałem nieśmiałą nadzieję, że doczekam się odpowiedzi.

Nie wiedziałem, że adres jest już nieaktualny, że Schulz, wyrzucony do małej izdebki w getcie, stoi u kresu życia, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo nie w porę wybrałem się z tym listem. Dopiero wiosną 1943 roku - kilka miesięcy po tragicznej śmierci pisarza - doszła mnie wiadomość o tej straszliwej stracie. Wówczas, nie mogąc już liczyć, że powiem mu o moich Sklepach , postanowiłem pisać o tym sobie samemu. Był to także jakiś irracjonalny akt czytelniczej wdzięczności. Zresztą sam zachwyt ciekaw był swych uzasadnień, żądał aktywnego przejawu kultu wobec dzieła Schulza. Lektura podsuwała mi obraz jego osobowości jako geniusza z gatunku tych, którzy tworzyli niegdyś wielkie systemy religijne, lub czarownika, mistrza czarnej magii, którego poprzednicy spłonęli na średniowiecznych stosach.

Tak więc w 1943 roku napisałem małą i chaotyczną rozprawkę; adoracji Schulza towarzyszyła tu naiwność sformułowań. Całość - na trzydziestu paru półstroniczkach maszynopisu - oprawiłem w płótno i zatytułowałem Regiony wielkiej herezji . Przechowuję ten tomik jako pamiątkę. W gruncie rzeczy przetrwały zeń: zachwyt dla Schulza i tytuł, zaczerpnięty z Manekinów .

Tak oto już wtedy zrobiłem pierwszy krok w kierunku dziś dopiero napisanej książki. Uzyskałem trzy cenne listy pisarza, które szczęśliwie udało mi się przechować. Wkrótce po wojnie, począwszy od 1947 roku, jąłem szukać śladów. Przede wszystkim zbierałem relacje ludzi, którzy Schulza znali osobiście w różnych okresach jego życia;są to koledzy i rówieśnicy pisarza, a także jego wdzięczni uczniowie z drohobyckiego gimnazjum. Dzięki temu, co przechowali w pamięci i czym zechcieli podzielić się ze mną, mogłem z okruchów i fragmentów zrekonstruować po trochu - mniej lub bardziej dokładnie - przebieg biografii Brunona Schulza, jego portret duchowy, uchronić przed zapomnieniem nieznane ani ogółowi, ani literaturoznawcom szczegóły dotyczące jego życia i dzieła.

Niewiedza dotycząca tak niedawno zmarłego pisarza była zdumiewająca. Dość powiedzieć, że jeszcze w 1961 roku błędnie podawano w różnych publikacjach datę jego urodzenia, a skąpe wiadomości o jego życiu i śmierci pełne bywały luk i przeinaczeń. Wojna, zmiana granic kraju, śmierć większości najbliższych przyjaciół Schulza, zagłada jego obfitej korespondencji, zaginięcie wszystkich jego autografów i rękopisów - wszystko to sprawiło, że trzeba było działać prawie po omacku, często metodami nieomal detektywistycznymi, a niekiedy - archeologicznymi. Tak dokładnie zaprzepaścił się czas jego biografii i jej bliscy świadkowie.

Poszukiwania nie ograniczyły się do Polski, sięgnąłem dalej. Rezultaty - to nie tylko wspomnienia ludzi, lecz także listy Schulza - odnajdywane nawet w Stanach Zjednoczonych - jego rysunki, grafiki, fotografie i dokumenty. Są wśród tych znalezisk także rzeczy błahsze, ale przecież każdy szczegół dotyczący tak wielkiego twórcy zasługuje na pietyzm i uwagę.

Zebrałem więc już w latach czterdziestych wiele relacji o Schulzu i pewne dokumenty odnoszące się do jego biografii. Pierwszy mój szkic miał się ukazać w 1946 roku w wydawanym w Poznaniu „Życiu Literackim” pod redakcją Wojciecha Bąka; do druku nie doszło: wkrótce po otrzymaniu przeze mnie wiadomości o decyzji drukowania mego artykułu czasopismo przestało istnieć. W 1949 roku podjąłem znów próbę opublikowania rozszerzonej wersji mego eseju o życiu i twórczości Schulza - tym razem w krakowskim „Dzienniku Literackim”. W dniu 17 października owego roku otrzymałem w tej sprawie list od Wilhelma Macha, który pisał m. in. : „W ŤDzienniku Lit. ť sprawa przedstawia się tak: Artykuł Pana, już złożony, miał iść, lecz ze względów taktycznych (…) został wstrzymany. Na razie. (Te Ťwzględy taktyczne ť kiedyś Panu opowiem, były one rzeczywiście, to nie bujda). Ale w listopadzie na pewno pójdzie”.

Nietrudno się domyślić, na czym polegały owe taktyczne względy redakcji: nadchodził okres „błędów i wypaczeń” w polityce kulturalnej, o Schulzu można było odtąd - przez kilka bardzo długich lat - albo pisać źle, albo milczeć. Wybrałem milczenie, nie przestając zbierać rozproszonych i zagubionych „schulzjanów” do pracy, której nie zamierzałem zaniechać. Jedynie jeszcze w 1948 roku udało mi się umieścić w tygodniku „Odrodzenie” fotografię portretu Schulza (Stanisława Ignacego Witkiewicza) wraz z jednozdaniową wzmianką, że „sześć lat temu” zginął w Drohobyczu zamordowany przez hitlerowców.

Dopiero po latach, na początku 1956 roku, mogłem opublikować obszerniejsze Przypomnienie Brunona Schulza, m. in. podając po raz pierwszy do wiadomości szczegóły biografii pisarza. Oprócz szeregu artykułów w latach następnych wydałem w 1964 roku w tomie Prozy Brunona Schulza zebrane przeze mnie listy pisarza, ze wstępem i komentarzami mego pióra, a w 1965 roku podałem do druku w „Twórczości” nowo odnaleziony cykl listów Schulza do Zenona Waśniewskiego, redaktora miesięcznika „Kamena”, wraz z artykułami o tej korespondencji, a także list do „Sygnałów” lwowskich oraz do kilku innych adresatów. Większość odnalezionej epistolografii Schulza wraz z obszernym aneksem bio-bibliograficznym zamieściłem w osobnej publikacji książkowej pt. Księga listów (1975), zaś listy odkryte później - w dwóch kolejnych książkach oraz w późniejszych publikacjach czasopiśmiennych. Niniejsza praca ma głównie na celu naszkicowanie życiorysu pisarza oraz pewnych zagadnień twórczości autora Sklepów cynamonowych na tle jego biografii, w powiązaniu między człowiekiem a pisarzem, życiem a dziełem, realiami a kreacją artystyczną.

Dla uzupełnienia moich wieloletnich poszukiwań, jak również by przyjrzeć się z bliska scenerii życia Schulza - wyjechałem w 1965 roku w jego rodzinne strony. Odwiedziłem Lwów, Borysław, Sambor i inne miejscowości, a przede wszystkim Drohobycz - miasto Brunona Schulza. Znaleziska były bardzo skąpe, ale drohobyckie przechadzki okazały się owocne dla pielgrzyma do Mekki - miejsca narodzin Schulzowskich mitów.

W niewielkim prowincjonalnym mieście skromny nauczyciel rysunków podjął się samotnie stworzenia nowego, własnego świata, stał się twórcą niepokojącej biblii, w której przedmiotem kultu jest tajemnicza biologia rzeczy przekraczających swą miarę, magia twórczości. Mitycznym, zaginionym pierwowzorem tej Schulzowskiej biblii jest „Autentyk”, księga dzieciństwa, ów znany nam wszystkim - byłym dzieciom - czarodziejski szpargał, noszący w sobie olśnienia pierwszych dziecięcych lektur, pierwszych najgłębszych emocji: stare pismo ilustrowane, kalkomanie, album znaczków pocztowych …

„Nazywam ją po prostu Księgą - pisze Schulz - bez żadnych określeń i epitetów, i jest w tej abstynencji i ograniczeniu bezradne westchnienie, cicha kapitulacja przed nieobjętością transcendentu, gdyż żadne słowo, żadna aluzja nie potrafi zalśnić, zapachnieć, spłynąć tym dreszczem przestrachu, przeczuciem tej rzeczy bez nazwy, której sam pierwszy posmak na końcu języka przekracza pojemność naszego zachwytu”.

Twórcza rekonstrukcja tej „Księgi” - to główny postulat pisarski Schulza. Daje temu wyraz w całej twórczości, deklaruje ten pogląd w swych wypowiedziach teoretycznych, w prywatnych listach. Kiedy Józef w Genialnej epoce odnalazł przypadkiem ów szpargał z dzieciństwa - były to ostatnie stronice tygodnika ilustrowanego sprzed lat - zwierzył się Szlomie: „…muszę ci wyznać - (…) znalazłem Autentyk …”.

Otóż i ja znalazłem Autentyk - w 1942 roku. Były to Sklepy cynamonowe, Księga jakże odmienna od wszystkich innych książek. Były dla mnie odkryciem - sformułowaniem nieuchwytnej sensualnej zawartości mego dzieciństwa, artystycznym i psychologicznym objawieniem, pełnym doskonałości odtworzeniem irracjonalnej „Księgi”. Bywają pisarze zwani autorami jednej książki;ja okazałem się „czytelnikiem jednej książki”, która do dziś nie znalazła żadnej zagrażającej jej konkurentki. Realizacja Schulzowskiego postulatu artystycznego doprowadzała mnie do stanu gorączkowej ekstazy. Nie znałem jeszcze wówczas listu Schulza z 1936 roku, w którym pisał: „Nie ma już tych książek, które czytaliśmy w dzieciństwie, rozwiały się - zostały nagie szkielety. Kto miałby jeszcze w sobie pamięć i miąższ dzieciństwa - powinien by je napisać na nowo, tak jak były wtedy”. Te książki zostały napisane:Sklepy cynamonowe i Sanatorium pod Klepsydrą . Książki bogate, niejednoznaczne, wielowarstwowe, jak każde genialne dzieło sztuki.

Ani umiałbym, ani bym chciał dokonywać wiwisekcji tego żywego dzieła. To, co zebrałem w książce, to tylko wiadomości biograficzne i glosy zafascynowanego czytelnika na marginesie wielkiego dzieła. Sądzę, że i w takim zawężonym zakresie można dokonać rzeczy pożytecznej. Zapewne specyfika moich skłonności percepcyjnych sprawiła, że dobór dostrzeżonych spraw i ich proporcje mogą się wydać subiektywne. Być może;pisałem o moim Schulzu, o tym, co w nim i jak odczytałem. Zresztą niechętnie, nawet dysponując odpowiednimi narzędziami krytycznymi, podejmowałbym się szczegółowej analizy, skrzętnego rozkładania dzieła na czynniki pierwsze.

Tak, analiza dzieła sztuki wydaje się niekiedy czynnością destrukcyjną, ale na szczęście dokonuje swoich niewinnych spustoszeń - nawet przy najbardziej uniwersalistycznych ambicjach - tylko cząstkowo, nie sięgając istoty dzieła, zawsze nieuchwytnego, zawsze wymykającego się szczęśliwie skalpelom i mikroskopom.

Winien jestem wdzięczność tym wszystkim, którzy dzielili się ze mną wiadomościami, dokumentami i wspomnieniami o Brunonie Schulzu. Dzięki ich życzliwej i bezinteresownej pomocy mogłem zebrać obfite materiały, odtworzyć zarysy biografii wielkiego pisarza, której ułamki przetrwały w pamięci bliskich mu ludzi.


Bruno, syn Jakuba

12 lipca 1892 roku w kupieckiej rodzinie Schulzów urodził się najmłodszy syn, trzecie z kolei i ostatnie dziecko, najwątlejsze z rodzeństwa. Dano mu imię Bruno, o czym zdecydował dzień jego urodzenia:w kalendarzu figuruje pod tą datą imię Bruno - Brunon.

Rodzinne miasto Schulza, Drohobycz, tło i miejsce nieomal całej biografii pisarza, jego kolebka i grób, było jednym z prowincjonalnych miast Małopolski Wschodniej. Już w XVIII wieku znalazło się wskutek rozbiorów Polski, wraz z jej południowymi ziemiami, we władaniu Austrii. Dopiero po niespełna stu latach od upadku Rzeczypospolitej te jej ziemie - zwane wówczas Galicją - doczekały się praw autonomicznych - także w zakresie oświaty i szkolnictwa. Bruno Schulz urodził się ćwierć wieku po wprowadzeniu autonomii, toteż od początku swej edukacji mógł pobierać nauki w szkole wprawdzie noszącej imię cesarza Franciszka Józefa, ale z polskim językiem nauczania. Na okres jego wczesnego dzieciństwa przypadły początki rozwoju tamtejszego przemysłu, kształtującego nowe stosunki ekonomiczne i społeczne. Na przełomie XIX i XX wieku rozpoczęła się rozbudowa i eksploatacja zagłębia naftowego, a pobliski Borysław wraz z Drohobyczem, liczącym już wkrótce kilkanaście tysięcy mieszkańców, stawał się centrum naftowego przemysłu. W cieniu tych wielkich przemian, na uboczu rozległych inwestycji, w swych starych, zasiedziałych kątach wiodło swój żywot drobne kupiectwo i podupadające rzemiosło, często na krawędzi biedy i bankructwa. Z takiego to właśnie rodu drobnych kupców żydowskich wywodzi się wielki herezjarcha - Bruno Schulz.

Urodził się nocą, a dowiedziawszy się z czasem od matki, że lipcowa ciemność powitała pierwsze chwile jego samodzielnego istnienia, włączył Noc Lipcową, jako ważny element, do topografii swej indywidualnej mitologii, którą później - jako pisarz - miał stworzyć, mitologii odrzucającej potoczne pozory związków między rzeczami, ale jednocześnie respektującej fakty i miejsca biografii autora.

Rodzice Brunona - Jakub i Henrietta - mieszkali wraz z rodziną na pierwszym piętrze osiemnastowiecznej kamieniczki na drohobyckim rynku, pod numerem dwunastym, na północno-zachodniej pierzei rynkowej, na rogu ulicy Samborskiej (późniejszej Mickiewicza). Na dole mieścił się sklep bławatny, czyli magazyn towarów łokciowych, prowadzony przez pana Jakuba pod szyldem „Henriette Schulz”. W chwili narodzin najmłodszego syna Jakub Schulz miał już czterdzieści sześć lat i od lat kilkunastu mieszkał w Drohobyczu. Urodził się w niespokojnym galicyjskim 1846 roku, jako syn Szymona i Hindy. Był buchalterem i przybył tu ze swojej rodzinnej Sądowej Wiszni w poszukiwaniu zarobków i żony, a znalazłszy i jedno, i drugie, pozostał w Drohobyczu już do końca życia. Panna Hendel-Henrietta Kuhmerker wniosła posag, dzięki któremu udało się założyć skromny sklep i stopniowo rozszerzać interes.

Bruno nie znał nigdy ojca młodego, jakim go mgliście mógł jeszcze pamiętać o ponad dziesięć lat starszy od Brunona brat Izydor, zwany Lulu, i najstarsza siostra, pierworodna Hania. Od najwcześniejszych zachowanych w pamięci obrazów ojciec jawił mu się w przygarbionej postaci, ascetycznie wychudzonej, z posiwiałą brodą bielejącą w głębi mrocznego sklepu. Takim będzie go później przedstawiał w swoich rysunkach i opowieściach, obdarzywszy atrybutami maga, czyniąc zeń główną postać swojej mitologii.

Z troskliwą, rozpieszczającą go matką Bruno miał do czynienia na co dzień, była dla niego miłością powszednią, uosobieniem praktyczności, gwarancją bezpieczeństwa. Ojciec, oddany kupieckim obrządkom, był na innych prawach w rodzinie, widywany bywał rzadziej, a wizyty małego Brunia (tak go nazywano) w składzie bławatnym pozwalały chłopcu odczuwać wyższość sklepowych rytuałów ojca nad domową krzątaniną matki. Dopiero w wiele lat po śmierci Jakuba miała nastąpić jego mitologiczna konsekracja. Dawno nie było już sklepu, gdy Bruno Schulz uczynił go scenerią wielu mitycznych perypetii w obu cyklach swych opowieści.

Język polski był jedyną mową, której poza niemiecką używano w tym domu. Jego mieszkańcy należeli wprawdzie do żydowskiej gminy wyznaniowej, ale dalecy tendencjom zachowawczym - bliżsi byli lekturom świeckim niż mojżeszowym, bardziej związani ze sklepowymi liczydłami niż z synagogalną menorą, choć odwiedzali drohobycki dom modlitwy. Nie przekazali nawet Brunonowi języka swych przodków, którego nigdy nie miał poznać, rozumiejąc jego słowa jedynie w tej mierze, w jakiej zbliżone są do niemczyzny. Jednakże Brunonowi nieobojętne były żadne mity, żadne sakralne obrządki. Obcując z nimi, pogrążał się w aurze mitycznych początków, w magii rytuału, powracał do „matecznika poezji”, wbrew mijaniu czasu, brał niejako udział w tworzeniu się kosmogonii. Dlatego też lubił biernie uczestniczyć w uroczystych obrzędach religijnych nawet wtedy, kiedy był już sam dojrzałym pisarzem-mitologiem. Ku zdziwieniu przyjaciół Schulz, daleki w istocie praktykom religijnym, w dniu żydowskiego święta Jom Kippur lubił wmieszać się w uroczyście hałaśliwy tłum i -milcząc - przeżywać swój powrót w czas mityczny, by nim nasycić własny mitologiczny rodowód. Również jako nauczyciel w gimnazjum, asystując uczniom w czasie odmawiania modlitwy przed lekcjami, miał zwyczaj przeżegnać się, jak to czynili jedynie profesorowie katolicy;odprowadzał klasę do kościoła na spowiedź wielkanocną;opowiadał, że fascynuje go postać Chrystusa. Niektóry wyciągali z tych faktów pochopny wniosek, że Schulz przeszedł na katolicyzm, czego w istocie nie uczynił nigdy.

Oprócz języka polskiego władał biegle językiem niemieckim, powszechnie znanym i obowiązującym ówcześnie w Galicji. Jego pierwsze lektury - nawet te jeszcze niesamodzielne - pierwsze czytane mu przez matkę fragmenty książek, które pochłaniała, rozbrzmiewały po polsku i po niemiecku.

Bruno, cieszący się szczególną czułością matki, był przedmiotem jej głębokiej troski nie tylko ze względu na chorowitość i słabość fizyczną. Niepokoiły ją i inne objawy - nadwrażliwość chłopca, obawiającego się wyjść bez niej na balkon, lękliwość wobec rówieśników, od których stronił i uciekał w samotność, czy niepojęta dla otoczenia czułość, jaką potrafił okazywać obijającym się o szyby jesiennym muchom, karmiąc je cukrem.

Psychiczne nieprzystosowanie Brunona do współżycia z rówieśnikami dało o sobie znać jeszcze jaskrawiej z chwilą pójścia do szkoły w 1902 roku. Niełatwo przyszło mu dostosować się do uczniowskiej gromady. Był koleżeński, ale nieufny:nie umiał dzielić z kolegami ich stylu dziesięciolatków, nie potrafił im dorównać w sprawności fizycznej. Ten zdolny uczeń - bo uczył się bardzo dobrze - obok celujących ocen przynosił czasem na świadectwach szkolnych słabszy stopień z gimnastyki. Wśród kolegów zyskiwał niekiedy pogardliwe miano „niedołęgi”, ale grono nauczycielskie już wkrótce poznało się na jego nieprzeciętnych zdolnościach; przyniosły mu one z czasem także i uznanie kolegów. Języki, historia, matematyka i nauki przyrodnicze - to przedmioty, z których miał zawsze bardzo dobre wyniki. Ale od pierwszej klasy okazywał szczególne zamiłowanie do rysunków i języka polskiego. Osiągnięciami w tych dziedzinach zadziwiał profesorów już od początku. Te upodobania i zdolności nie przejawiły się dopiero w murach Gimnazjum Realnego imienia cesarza Franciszka Józefa, dały o sobie znać jeszcze we wcześniejszym dzieciństwie Brunona. Po wielu latach tak pisał do Stanisława Ignacego Witkiewicza:„Początki mego rysowania gubią się we mgle mitologicznej. Jeszcze nie umiałem mówić, gdy pokrywałem już wszystkie papiery i brzegi gazet gryzmołami, które wzbudzały uwagę otoczenia. (…) Około szóstego, siódmego roku życia powracał w moich rysunkach wciąż na nowo obraz dorożki z nastawioną budą, płonącymi latarniami, wyjeżdżającej z nocnego lasu”. Zafascynowanie obrazem konia i dorożki nie opuściło Schulza nigdy, znajdowało wyraz w niezliczonych rysunkach i wielu opowieściach już z okresu dojrzałej twórczości artystycznej, ujawnionej w późnym książkowym debiucie.

Ale już od dziecka podejmował Schulz nieśmiałe próby wyrażania tych najwcześniejszych, a tak trwałych fascynacji. Jego pierwszy nauczyciel rysunków Adolf Arendt (którego po latach wymieni z nazwiska w swoich Sklepach cynamonowych ), a później następca Arendta - Franciszek Chrząstowski - zachwycali się jego pracami, które często, gdy temat był dowolny, powracały do szkap dorożkarskich i pojazdów - motywu, którego genezy i siły, z jaką nań działał, sam Schulz nigdy nie umiał sobie w pełni wyjaśnić. Można by rzec, że koń dorożkarski był pegazem, przemierzającym gościńce Schulzowskiej mitologii. Tylko zwyczajność bowiem zawierała dlań ukrytą symbolikę, metafizyczną treść, kuszącą do mitologicznych dociekań i odkryć.

W jednej z pierwszych klas (drugiej lub trzeciej), gdy zadano pracę domową, pozostawiając uczniom wybór tematu, Schulz wypełnił cały zeszyt jakąś baśniową historią o koniu. Polonista, zdumiony niezwykłym wypracowaniem, przekazał zeszyt Brunona dyrektorowi gimnazjum Józefowi Staromiejskiemu, a dyrektor, doceniwszy walory tej pracy, zachował ją dla siebie, wypożyczając swym kolegom do poczytania, co było szeroko komentowane w szkole i zaskarbiło autorowi uznanie klasy. Zresztą zdołał był już zjednać sobie nawet tych, którzy go dawniej skłonni byli lekceważyć, gdyż pomagał słabszym w nauce, nieraz wykonując dla nich rysunki i odrabiając za nich zadania szkolne.

Niezwykła osobowość Schulza, jego wyróżniająca się indywidualność duchowa - jak gdyby nie mogąc pomieścić się w wątłym ciele - emanowała wokół, powiększając dystans między młodocianym samotnikiem i marzycielem a jego otoczeniem, zarazem napełniała kolegów jakimś zabobonnym szacunkiem, kładącym tamę koleżeńskim poufałościom. On sam stronił od gromady, ale nie kierowało nim bynajmniej poczucie własnej wyższości czy pogarda dla otoczenia, przeciwnie:czuł się gorszym, niepełnowartościowym kompanem, zazdrościł kolegom sił witalnych, wstydził się swych słabości i chorób, na które często zapadał. Głęboki kompleks niższości towarzyszył mu przez całe życie i dopiero twórczość miała mu być częściową odtrutką, choć bynajmniej nie wyzwoleniem.

Powierzchowność Brunona, mimo niepozorności, zgodna z jego treścią duchową, potęgowała jeszcze zjawiskowość, niepozorowaną demoniczność, odczuwaną przez wszystkich, którzy się z nim zetknęli. W sposobie mówienia, głosie, zwykle ściszonym, czasem zbliżonym niemal do szeptu, było wiele miękkości połączonej z nieodpartą, choć nienarzucającą się i jakby samą sobą zawstydzoną siłą przekonywania. Nieśmiałość czy rzadko opuszczające go uczucie zakłopotania nie usuwały tego pełnego szacunku dystansu, nie upoważniały interlokutorów do poufałości. Stąd jeszcze silniejsze poczucie wyobcowania dręczące Schulza od dziecka, stąd jeszcze bardziej hermetyczna samotność. Te wszystkie cechy z biegiem lat wyjaskrawiały się, choć niekiedy bywały tłumione. Zawsze był wątły fizycznie, nieco przygarbiony i bardzo chudy, z charakterystycznymi, jakby nazbyt długimi rękami - już w dzieciństwie bardzo się różnił wyglądem od wszystkich rówieśników. Pełen lęków, kompleksów i urazów, nie ukrywał przed bliskimi sobie ludźmi swojej wiedzy i inteligencji, tając zarazem wszystko, co było płodem własnych powikłań i komplikacji duchowych. Już w latach szkolnych był w swoich rysunkach szczery, niemaskujący się w sferze najwstydliwszych nawet treści. Ujawniały się tu najbardziej tajne sprawy bez osłonek, w całej ostrości. Już w tym wczesnym okresie tematyka jego rysunków nabiera niedwuznacznie masochistycznego wyrazu. Pojawiają się w nich postacie władczych kobiet, czasem z biczem w dłoni, otoczone przez skarlałych, czołgających się u ich stóp mężczyzn. Niekiedy, zwłaszcza w początkowym okresie rysowania, sceny bywały jeszcze bardzo konwencjonalne, postacie - kostiumowe. Jeden z męskich karłów miewał już prawie zawsze fizjonomię samego Schulza.

Niechętnie wdawał się w rozważania na temat treści tych rysunków. Nagabywany przez bliskich mu kolegów, pytany, czemu jest tak jednostronny, odpowiadał, że to właśnie najbardziej mu odpowiada, że nie on wybiera temat, ale temat go wybrał, że nawet w tzw. temacie dowolnym jest się niewolnikiem samego siebie, a na siebie takiego, jakim się jest, nic poradzić nie można.

Był więc Schulz przyczyną wielkich trosk i debat domowych, pełnych zaniepokojenia jego stanem fizycznym i psychicznym. Matka, serdecznie oddana synowi, jak się zdaje, nie najlepiej go rozumiała, odmienna odeń krańcowo, o usposobieniu pogodnym i zamiłowaniach praktyczniejszych. Znacznie bliższy był mu uwielbiany przez niego bałwochwalczo ojciec, znany w miasteczku jako kupiec-marzyciel, jako człowiek wyróżniający się dowcipem i inteligencją. Podobnie jak Bruno był chorowity i chudy. Ciągle niedomagał, chorował na gruźlicę i z czasem coraz częściej dom Schulzów napełniał się niepokojem o jego kolejny powrót do zdrowia. Dopóki miał dość siły, sklep prosperował pomyślnie i w domu panował dobrobyt. W miarę postępów choroby interesy podupadały, co w końcu przywiodło do likwidacji sklepu i sprowadziło niedostatek, który życiu Brunona miał już towarzyszyć do końca. Wieloletnia choroba ojca, niepokój z nią związany rzuciły cień na dzieciństwo i wczesną młodość Brunona, a śmierć Jakuba w dniu 23 czerwca 1915 roku była najboleśniejszym ciosem w życiu niespełna dwudziestotrzyletniego syna, ciosem zatrzaskującym na zawsze „szczęśliwą epokę” jego życia. Stary Jakub zmarł wraz ze swoim sklepem, ze swoim domem przy rynku. Sklep został wprawdzie zlikwidowany już wcześniej, ale wkrótce wojna zatarła wszelkie po nim ślady. W pożarze spłonął dom Schulzów i lokal ich byłego sklepu. Stary Jakub zmarł nie tylko jako zdetronizowany władca magazynu towarów łokciowych, ale jako ten, którego dzieło życia obróciło się w popiół. Zanim - po latach - na miejscu starego domu Schulzów stanęła nowa kamienica, Bruno Schulz rozpoczął jego odbudowę - w mitologii.

Jedną z pierwszych prób pisarskich, jakie syn z czasem potajemnie podjął, pisząc tylko dla siebie, było mityczne wskrzeszenie ojca, patrona dzieciństwa. W wymiarach niemal biblijnych, w skali nowo kreowanej mitologii postać ojca ze Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą jest nieustannie rewindykowana życiu - poprzez wcielanie się w świat rzeczy otaczających, jak:wypchany ptak, futro pulsujące jego oddechem, krab ugotowany, ale jeszcze zdolny do udanej ucieczki… Duch ojca zmienia maski, przechodzi przez różne inkarnacje, dzięki którym istnieje nadal, mimo swej pozornej nieobecności. Formy, które się z nim zżyły, przechowują go w sobie, staje się ich esencją. Za pomocą wszelkich wybiegów poetyckiej magii Schulz przywraca istnieniu swego zmarłego ojca, anuluje w micie to, co zaszło w rzeczywistości. Pośmiertnie niejako czyni go swoim duchowym alter ego , wyrazicielem swych poglądów, głównym mitologiem swego dzieciństwa, z którego najlepszym czasem zrosła się nierozerwalnie ascetyczna ojcowska postać, pogrążona w tajemniczych rytuałach sklepowych. Każe więc wstrzymywać, czy raczej cofnąć, czas w Sanatorium pod Klepsydrą - do momentu, w którym ojciec jeszcze żył - wraz ze wszystkimi atrybutami tak powróconego czasu, a więc i z możliwością wyzdrowienia. I oto gdzieś w czasie mitycznym, na marginesie czasu jednokierunkowo upływającego, zapewnia ojcu tę połowiczną, względną egzystencję - w sztuce.

Matka, Henrietta, tęgawa i pulchna, nie tylko tuszą różniła się od pająkowatego męża Jakuba. Ona jedyna w domu łagodziła panujący w nim niepokój i nerwową nadwrażliwość swoją pogodą psychiczną i zrównoważeniem. Obecność matki była dla Brunona poręką bezpieczeństwa, gwarancją stabilności domu rodzinnego, chylącego się do upadku wskutek choroby ojca. Wiele lat poświęciła pielęgnowaniu chorego męża i najmłodszego syna, którego wątłe zdrowie wymagało ciągłej pieczołowitości i opieki, cierpiącego całe życie na serce, w którym taiła się wada wrodzona. Nigdy nie skarciła go ostrzej, znając wrażliwość Brunia i nie chcąc go urazić. Zapamiętał ją na zawsze jako tę, od której nie zagrażało mu nigdy niebezpieczeństwo wymówek czynionych podniesionym głosem, jako tę, która była strażniczką domowej zaciszności. W tej opiekuńczej roli pojawia się później parokrotnie w utworach literackich Schulza, ale zawsze marginesowo i na dalszym planie. Nie znalazła w Schulzowskiej mitologii miejsca równie poczesnego co ojciec, była duchowo dalsza, a jej zapobiegliwa trzeźwość życiowa sprawiła, że ominął ją mitologiczny awans. „To było bardzo dawno - pisze Schulz. - Matki jeszcze wówczas nie było”. A dalej:„Potem przyszła matka i wczesna ta, jasna idylla skończyła się. Uwiedziony pieszczotami matki, zapomniałem o ojcu, życie moje potoczyło się nowym, odmiennym torem, bez świąt i bez cudów”.

Oszczędzany przez matkę, która nań nigdy nie podniosła ręki, bywał Bruno karany przez niańkę w czasie nieobecności rodziców w domu. Nigdy się na to nie poskarżył i tylko po wielu latach zwierzał się bliskiej mu osobie, że zapewne te zamierzchłe i drobne na pozór incydenty stały się przyczyną jego masochistycznych skłonności, które z czasem miały się rozwinąć i utrwalić.

Lata 1902-1910 to okres nauki Schulza w drohobyckim gimnazjum. Od klasy I b aż do VIII b, do matury, był jednym z najlepszych uczniów. Ukończywszy klasę V, uzyskał ogólną ocenę celującą, w czym dorównało mu jeszcze tylko dwóch kolegów. Po ukończeniu VII klasy znalazł się wśród czwórki uczniów ocenionych jako „chlubnie uzdolnieni”, co powtórzono pod jego adresem w następnym, ostatnim roku nauki szkolnej. Egzamin maturalny zdał bardzo dobrze, a komisja egzaminacyjna wpisała do świadectwa notę „dojrzały z oznaczeniem do studiów w Uniwersytecie”.

W przedostatnim roku szkoły Schulzowie musieli opuścić dom na rynku, w którym upłynęły wszystkie dotychczasowe lata Brunona. Przeprowadzili się do domu przy ulicy Bednarskiej, gdzie mieszkała najstarsza córka Jakuba i Henrietty - Hania - wraz z mężem Hoffmanem, przemysłowcem naftowym, i synkiem Ludwikiem. Wkrótce, w roku matury Brunona, urodził się drugi syn Hoffmanów, Zygmunt. Wydarzenie to, jak wiele innych momentów biografii pisarza, odnotowane zostało po latach w Nocy lipcowej Schulza:„Noce letnie poznałem po raz pierwszy w roku mej matury, podczas wakacyj. Dom nasz, przez który dzień cały przewiewały poprzez otwarte okna powiewy, szumy, połyski gorących dni letnich, zamieszkał nowy lokator, maleńkie, dąsające się, kwilące stworzonko, synek mojej siostry”.

Przygnębienie chorobą ojca obezwładniającą go coraz bardziej, smutek wynikający z opuszczenia starego domu, z którym zrosły się wszystkie wspomnienia Brunona z najwcześniejszego dzieciństwa, miały być wkrótce przesłonięte nowymi tragicznymi wydarzeniami. Szwagier Brunona, Hoffman, nękany nieuleczalną chorobą, popełnił samobójstwo, przecinając sobie gardło brzytwą.

Zaraz po wakacjach 1910 roku Bruno po raz pierwszy w życiu opuścił Drohobycz na dłużej (często zresztą zaglądając do domu), wyjechawszy na studia architektoniczne do pobliskiego Lwowa. Pozbawiony bliskości znajomych miejsc i ludzi, czuł się źle w obcym mieście, a studia nie dawały mu pełnej satysfakcji, jako że ich wybór był wynikiem kompromisu między istotnymi zamiłowaniami plastycznymi a praktyczną rozwagą starszego brata, który mu doradził architekturę, bardziej opłacalną niż studia malarskie. Bruno przyjeżdżał do Drohobycza, kiedy tylko mógł, w przerwach międzysemestralnych i częściej, niespokojny o ciężko chorego ojca. Sam także zapada na zdrowiu. Po zaliczeniu pierwszego roku studiów powraca latem 1911 roku do Drohobycza, gdzie przez sześć miesięcy obłożnie choruje na zapalenie płuc i niedomogę serca, a potem odbywa kurację w pobliskim Truskawcu. Dopiero z początkiem roku akademickiego 1913-1914, a więc po dwuletniej przerwie, powraca do Lwowa, aby kontynuować studia politechniczne. Po upływie roku ich powakacyjna kontynuacja okazała się już niemożliwa, choć pomimo złego stanu zdrowia, pogorszenia się sytuacji materialnej, mimo niepokoju o zdrowie ojca i mimo tęsknoty za Drohobyczem, a także nękającej go chęci zmiany kierunku studiów - byłby zapewne nie porzucił nauki na Wydziale Budownictwa Lądowego, jak zwały się oficjalnie jego architektoniczne studia. Ale nadeszły wakacje i rozpoczęła się pierwsza wojna światowa. Kiedy wybuchła, część rodziny w obawie przed zbliżającym się frontem wyjechała do Wiednia. Pogorszenie się stanu zdrowia ojca zmusiło do rychłego powrotu, tym bardziej że i Bruno niedomagał. Niestrudzona matka jęła pielęgnować już w Drohobyczu dwóch swoich chorych - męża i syna. Dom zamienił się w szpital, jak przed paru laty, i był to chyba najdłuższy okres nieprzerwanego obcowania Brunona z Jakubem. Wychudzona ojcowska głowa spoczywająca bezwładnie na poduszkach będzie się później pojawiać w wielu rysunkach Schulza. Już jako rekonwalescent pomagał przy pielęgnowaniu gasnącego ojca. Kiedy w 1915 roku ojciec zmarł, było to dla Brunona tragicznym i ostatecznym końcem szczęśliwej epoki życia, zaginionej bezpowrotnie po tamtej stronie pierwszej wojny światowej, epoki, której wskrzeszenia, mitologicznej rekonstrukcji miał się podjąć w swej twórczości. W swoim pisarstwie będzie wracał do tego, co w rzeczywistości stało się bezpowrotne, w micie będzie dokumentował nieprzemijalność tego, co minęło.

Po śmierci ojca, a następnie szwagra nastały w domu chude lata. Matka, zawsze opiekuńcza i zawsze odpowiedzialna za los rodziny, wzięła na swoje barki opiekę nad córką wdową i nad jej dwoma synami. Bruno kontemplował w rozgoryczeniu swoje sieroctwo:bez ojca, bez domu swego dzieciństwa, bez rezultatów swych niedawnych aspiracji, z którymi musiał się pożegnać, porzucając studia. Próbował jeszcze podjąć je na nowo, kontynuując naukę architektury na uczelni wiedeńskiej pod koniec wojny, w latach 1917-1918, ale zbliżający się upadek monarchii, rozruchy rewolucyjne w Wiedniu, zamęt wojenny i widoki na odzyskanie niepodległości Polski sprawiły, że studia porzucił raz jeszcze - tym razem już definitywnie - i powrócił do domu. Wiedeńskie galerie malarstwa, gdzie mógł oglądać dzieła sztuki europejskiej w oryginale, oraz tamtejsza Akademia Sztuk Pięknych, którą odwiedzał, utwierdziły go w przekonaniu, że malarstwo jest jedyną dziedziną, jakiej pragnąłby się poświęcić. Trzeba było jednak poprzestać na marzeniach i wracać do Drohobycza. „Nastała nowa era, pusta, trzeźwa i bez radości - biała jak papier” - pisał o tym trudnym i przełomowym momencie swej biografii. Dopiero później miał nastąpić okres realizacji twórczych, okres powrotu poprzez sztukę do „raju utraconego”.

Po wielu latach, przechadzając się z przyjaciółmi po odmienionym rynku drohobyckim, pokazywał im miejsce, gdzie stał dom jego dzieciństwa - pod numerem dwunastym - i, opowiadając o nim, sięgał w przeszłość dawniejszą nawet niż własne dzieciństwo, jakby w owej zamierzchłej epoce odnajdywał własną prehistorię, korzenie własnego mitycznego rodowodu. Toteż wszystkie perypetie bohaterów jego opowieści nigdy nie wkroczyły w czas teraźniejszy, w jego dorosłą współczesność, ale dziejąc się - mitologicznie - wszędzie i zawsze czy też gdziekolwiek i kiedykolwiek, dzieją się zarazem w Drohobyczu i w dzieciństwie narratora-autora.

MÓJ NIEOCALONY 

Tyle już lat
na mojej antresoli z belek
między sufitem a sienią
ćmi światłość wiekuista na 25 wat
zaciemniona pstrzynami much
za barykadą makulatury
On tam jest nakręca zegarek
nie wygania pająków śpi

Chyba już przetłumaczył wszystkie sęki
Jego cień nieruchomy tynkiem zarasta
czasami nie ma go nawet
po godzinie policyjnej
bawi w Hajdarabadzie
odmyka kolejne słoje
wchodzi w drewno coraz drzewiej i drzewiej

W nie malowaną deskę
sen mój dzisiaj zapukał do niego
Panie Brunonie już można
niech pan schodzi

A on czeka na niedoczekanie
nie może słyszeć mojego snu
on nikt
trzeźwiejszy niż ktokolwiek
wie że
nie ma antresoli
ani światłości
ani mnie.

Jerzy Ficowski, Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia. Sejny 2002, Pogranicze.