„On pisze książki” – przedstawiono mnie kiedyś dwom czarnobrodym. Czy zraziło ich to do mnie i napełniło nieufnością? Skądże znowu! Dwaj czarnobrodzi ucieszyli się. Zaprowadzili na porębę, gościnnym gestem zaprosili do zajęcia miejsca na pieńku ściętej sosny i zasiadłszy na pniakach obok, wyłuszczyli mi swoją sprawę:
„Pan pisze książki. Więc mamy dużą, dużą prośbę. Bo to jest tak: są u nas cztery konie, to znaczy trzy i jedna klaczka. Dwa mają swoje książki, legalnie, jak się należy. Ale te drugie dwa – koń i ta klaczka – są bez książek. To są też nasze rodzone konie, ale że nie mają swojego dokumentu, więc mógłby się ktoś czepiać. Niech pan, panie kochany, napisze nam dwie książki – jedną dla konia, drugą dla klaczki”.
Oszołomiony niezwykłym zamówieniem społecznym, z trudem usiłowałem zapewnić czarnobrodych, że tego gatunku literatury nie uprawiam. Nie chcieli jednak uznać moich racji, nie przekonałem ich, moje wyjaśnienia brzmiały jak liche wykręty. Nie to nie. Czarnobrodzi spochmurnieli i tak oto powstał pierwszy rozdźwięk między mną a Cyganami. Groźniejsze konflikty nastąpiły dopiero po opublikowaniu w 1950 w „Problemach” wywiadu na tematy cygańskie, który przeprowadził ze mną Julian Tuwim.
W cygańszczyźnie zawrzało: wyciągnięto na jaw szczepowe tajemnice! Cygańscy zwierzchnicy poczęli szukać winnych wśród moich domniemanych informatorów. Niesłusznie podejrzani, bojąc się groźnych konsekwencji, przewidzianych przez prawa obyczajowe, umykali zimą przez kopiaste śniegi z krańca w kraniec Polski. Papuszę za to, że pisała wiersze w swoim języku, postanowiono pozwać przed cygański sąd. Sprawy przekomiczne krzyżowały się z najtragiczniejszymi.
Wydanie w 1953 roku mojej monografii pt. „Cyganie polscy” na nowo rozogniło sytuację. Prawie nikt z Cyganów do książki nie zajrzał, ale tu i ówdzie, coraz częściej słyszeć można było w taborach, że jest w niej FALORYKTA, czyli pohańbienie wszystkich Cyganów i straszliwy na nich wyrok! Długo usiłowałem dociec, co oznacza owo złowróżbne, czarnomagiczne FALORYKTA. Wreszcie pewien Cygan wskazał mi, gdzie się ono znajduje – wskazał palcem na stronicy mojej książki. Widniało tam słowo: folklor. Przesylabizowane kiedyś przez kogoś, przechodząc z ust do ust, zamieniło się w groźne zaklęcie, w spokrewnioną z ABRAKADABRĄ FALORYKTE.
Konflikty potęgowały się. Wieść o dziwnym gadżo (po cygańsku „nie-Cygan”, „obcy”), który tyle cygańskich sekretów wygadał, rozeszła się szeroko i wśród nieznajomych mi Cyganów budziła szereg pytań. Skąd się wziął? Jakim cudem doszedł do tylu wtajemniczeń? Wtedy zapewne zaczęła się rodzić różnoraka plotka, aby po latach przybrać postać quasi-legendy.
Tak oto wkroczyłem do świata wyobrażeń ludowych. Wprawdzie nie znalazłem się w kategorii dobrych wróżek, kopciuszków, czy dzielnych szewczyków, a raczej wśród wyrodnych synów, złych wilków i niewdzięcznych wężów, ale zawsze zaszczytny to awans.
Cyganie bardzo zazdrośnie kryją swoje odwieczne tajemnice, toteż aż dziw, że – mimo wszystko – mam wśród nich wielu serdecznych młodych przyjaciół, którzy – jak i autor artykułu – uśmiechają się wyrozumiale do zabawnych zmyśleń, uchodzących wśród konserwatywnej starszyzny za „najprawdziwszą prawdę”. Czy trzeba zaprzeczać, że nie byłem sierotką, ani koniuchem, ani rannym partyzantem? Chyba trzeba. Bo w istocie było zupełnie inaczej...
Przed siedemdziesięciu laty cygański tabor odnalazł mnie w dziupli dębu nad Drwęcą. Karmiła mnie tam ptasim mlekiem para drozdów. Wydobyto mnie, uwędzono w jałowcowym dymie, aby dodać smagłości niemowlęciu. Wódz hordy Sastruno usynowił maleństwo i odtąd nie rozstawałem się już z przybranym ojcem, a z czasem miałem przejść po nim władzę wójtowską.
Niestety, już wkrótce zacząłem przejawiać niedobre skłonności: wyganiałem jeże z okolicznych lasów, pozbawiając w ten sposób Cyganów ich największego przysmaku – jeżowej pieczeni. Wreszcie moje występki wydały się. Zostałem skazany przez starszyznę na przebicie pięty kolcem jeża – (do dziś mam bliznę) oraz na nadanie mi hańbiącego imienia „Jerzy”.
Postanowiłem uciec. Udałem się na Pustynię Błędowską, tam od pewnego pustelnika nauczyłem się czytać i pisać, a po latach pod zmienionym nazwiskiem zacząłem przez zemstę wydawać książki o Cyganach.
Zresztą – być może – było zupełnie inaczej. Niektórzy moi koledzy po piórze twierdzą po cichu lecz stanowczo, że jestem Cyganem, który ukrywa wstydliwie swoje pochodzenie. Jeden z nich daje na to słowo. Ostatnio nawet moja ciotka zaczyna podzielać ten pogląd. Więc nie wiem już komu wierzyć.
JERZY FICOWSKI
P.S. Drogi Panie Józefie! Pyta Pan, czy i gdzie w podanych przez Pana opowieściach zawiera się przysłowiowa „odrobina prawdy”. Oto ona: moje imię i nazwisko oraz fakt, że wędrowałem z Cyganami. Reszta historii o sierotce i o partyzancie to owoc fantazjotwórstwa, którym – jako poeta – bynajmniej nie pogardzam, przeciwnie, wysoko je cenię.
„Przekrój” nr 2623 z 15.XI.1964 r.