“Myślę, więc nie ma mnie ” Lidia Ostalowska o Jerzym Ficowskim.

“Myślę, więc nie ma mnie ”  Lidia Ostalowska o Jerzym Ficowskim.

Mówią o Panu “mistrz wiedzy tajemnej obsypany treflami”, “doktor cyganologii honoris causa”, “strukturalista w stanie dzikim”. A Pan wkłada na głowę beret, zapala papierosa i w kostiumie poety opowiada historię róż dziadka.

- Mój dziadek, nadleśniczy u Branickich, hodował róże w Białocerkiewszczyźnie. Te dzikie, które rosły na obrzeżach lasów i przy drogach, szczepił gatunkami szlachetnymi. Na dzikiej róży w jego lasach każda gałązka miała kwiąty o innym kolorze, bo on szczepił po swojemu. Dzięki różom spotkałem się z Leśmianem - w mojej prehistorii. Leśmian tylko raz w życiu udzielił wywiadu, już jako stary człowiek. Mówił jakoś tak: “Po lasach Białocerkiewszczyzny chodziłem jako młody chłopak i wciąż je pamiętam. Tam zapach żywicy łączył się z zapachem róż”. Moje życie przypomina trochę krzewy dziadka. Leśmian, Wojtkiewicz, Schulz, tabory, wiersze... Która z Pana namiętności była pierwsza?

- Cyganie jako coś, co jest tuż-tuż i ukrywa prawdę o sobie. Pamiętam, byłem chłopcem, gdy z pobliskiego obozowiska przyszły prosić małe Cyganeczki. Powiedziałem: dobrze, dam, ale za piosenkę. Bo koniecznie chciałem to zapisać. I zaśpiewały: “jesienne róże, róże smutne, herbaciane”. Potem, kiedy byłem starszy, zaczęły przychodzić Cyganki, które nie mówiły po polsku, wysiedlone z Rzeszy do Generalnej Guberni. Wyszperałem w antykwariacie “Słownik Cyganów z Zakopanego”. Nie miałem wtedy pojęcia, że cygański język z gór nie ma wiele wspólnego z tym z Berlina, ani nawet z Warszawy, bo Cyganie są różni. Potem zaczęła się eksterminacja. Po wojnie postanowiłem zebrać informacje o zagładzie. Wiedziałem już, że sami tego nie zrobią, bo rozproszenie, bo wewnętrzne spory, bo niechęć do patrzenia wstecz. Języka uczyłem się w warszawskich parkach. Cyganki mi śpiewały, a ja im za to, nie za wróżbę, dawałem jakieś grosze. Niektóre słowa mówione rozumiałem, ale rozciąganych w piosence całkiem nie. Zapisywałem jak analfabeta, w sposób dziki. Potem pytałem: co to słowo znaczy? A Cyganka mówiła: nic, to są trzy słowa. Posłałem listy do gazet, że proszę wszystkich, którzy byli świadkami mordów na Cyganach, o kontakt. Odezwał się pewien staruszek-dawny oficer z jakiegoś pułku tatarskiego. Przed wojną pomagał Cyganom: wstawiał się za nimi u policji, pozwalał rozbijać namioty w swoim ogrodzie. Cyganie dali mu nawet imię - Poruczniko. Zaproponował, żebym jechał z nim na Ziemie Odzyskane, bo tam gdzieś krążą jego przyjaciele. “A czy pan wie, co to jest Mageripen?”. Ja pojęcia nie miałem, że chodzi o skalanie, ale postanowiłem sobie: jadę. Nieufność Cyganów nie pozwoliłaby mi przeniknąć do wnętrza ich świata, do taboru. Oni się zawsze bali, że jakiś tajniak przyjdzie im zrobić krzywdę. Poruczniko w pociągu wymyślił bajkę, że jestem jego bratankiem. Poręczył za mnie. Cyganie uwierzyli. Dostałem namiot, pierzynę, poduszkę i spisywałem co się z nimi działo na Wołyniu. W książce “Cyganie na polskich drogach”, bardzo jeszcze zdeformowanej przez cenzurę, pisałem dużo o zagładzie. Byłem pierwszy. 

- Wtedy poznał Pan cygańską poetykę Papuszę.

- Cyganie mi ją przedstawili: to jest Papusza, który z własnej głowy piosenki układa. A ona: słyszałam, że piosenki, które nie wiadomo kto układa, syreny układają. To może ja jestem syrena z lasu? Takeśmy się poznali. Tak się zaczęły wielkie moje przyjaźnie, a potem wielkie animozje. Już dosyć o Cyganach. Nie chcę, żeby tabory mnie zatratowały. 

- Jeszcze chwileczkę. Czytaliśmy o Panu: “odkrywca Papuszy”, “Poseł Cyganów polskich, obrońca ich praw". Pana pionierska książka o nich nadal nie ma sobie równych, można ją znaleźć w każdym światłym cygańskim domu. A teraz część Cyganów wyrzekła się Pana.

- Bo powstała koncepcja, zupełnie fałszywa, że byłem agitatorem stalinowskich władz, które kazały osiedlać Cyganów. Wymyślili to ludzie nie znający wcale tamtych czasów, młodzi. Cyganie chcieli skorzystać z akcji osiedleńczej, bo latem wędrowali, a zimą potrzebny był im dach nad głową. Prosili przez Papuszę, która przyjeżdżała do Warszawy: czy można napisać do jakiegoś urzędu, żeby wokół domu drzewa rosły? Starałem się im wtedy pomóc. O koniec koczowania Cyganie nigdy nie mieli pretensji ani do Papuszy, ani do mnie. Zresztą od rozporządzenia o osiedlaniu minął jeszcze niejeden rok wędrówek. Dopiero w latach 60. władza powiedziała: stop. Milicja zaczęła wyłapywać Cyganów na drogach, bezprawnie zabierała konie, wozy. Zatrzymywali nawet brunetów - nie Cyganów, którzy szli do lasu na wycieczkę. Starszyzna cygańska miała mi za złe co innego. W książce pisałem o skalaniach, przysięgach rytualnych, zakazach tabuicznych. To są pilnie strzeżone tajemnice. 

-Powstał niedawno film “Historia Cyganki”. Jego autorzy, Kowalski i Mirga, twierdzą, że świadomie Pan wykorzystał naiwną Papuszę do celów komunistycznej propagandy, dla kariery.

- Prawda była całkiem inna. Cyganie, nawet ci najwierniejsi swym tradycjom, odznaczają się na ogół wyjątkową bystrością umysłu. Szkoda, że Mirga nie odziedziczył po swoich przodkach tej cechy. Starszyzna szukała zdrajcy cygańskich tajemnic. Znaleźli Papuszę. “Wyśpiewałaś mu swoje piosenki i wyśpiewałaś całą resztę". Ja wyjaśniałem, że to nie Papusza, ale nie uwierzyli. Straszyli, że ją będą włóczyć końmi. Papusza przyjechała do Warszawy i zobaczyła miesięcznik “Problemy”, w którym był raport o połowach ryb, a na okładce dłoń - na dłoni mała rybka, stynka. Papusza z płaczem: ja jestem ta rybka. mają mnie w garści. Pojechała do Związku Literatów. Wyszedł Artur Międzyrzecki. O co chodzi? Ona prosi w imieniu Cyganów, żeby książkę Ficowskiego spalić. A co tam jest? Tam jest słownik. tam można się dowiedzieć, co każde cygańskie słowo znaczy. Mnie nie przyszło do głowy że za słowniczek Papuszę może spotkać kara! 

- Nie spaliliście książki, a Papusza - samotna, wyklęta przez swoich - zwariowała. Tak mówi film “Historia Cyganki”.

- Papusza była nadwrażliwa, skłonna do załamań i to ją uchroniło przed włóczeniem końmi lub czymś podobnym. Nadwrażliwość była jej ułomnością - i bogactwem, z którego wyrosła poezja. Cygańszczyzna uznała: nie odpowiada za swoje czyny. Ale ja nie chcę się nad tym rozwodzić, bo to ją w czyichś oczach może zbrukać. Papusza nauczyła się czytać i pisać od sklepikarki z małego miasteczka, płaciła za to kradzionymi kurami. Jest wyjątkowa wśród Cyganów. Dość o tym. 

- Podobno w rozmowie przy wódce, którą Przymanowski prowadził z Zaluskim, padły słowa: “Zostaliśmy nabici w butelkę. Teraz trzeba się w niej zmieścić, dopasować i ułożyć”. Co Pan na to?

- Ja z butelki usiłowałem się wydostać, to chudnąc jak dżin z tysiąca i jednej nocy, to czyniąc próby jej rozbicia. Kiedyś mówiłem, że uciekłem do Cyganów, bo chciałem szukać prawdy, której nie widziałem obok siebie. Bardzo to efektowne, ale nie całkiem tak było. Ja wtedy zwyczajnie uciekłem bezpiece. Oni mnie przesłuchiwali, a jak zasnąłem, to budzili pięć, dziesięć razy w ciągu nocy. Pseudonim? "Wrak". Nie o pseudonim z powstania nam chodzi.Parę razy się przeprowadzałem, naiwnie sądząc, że już mnie nie znajdą. Znajdowali w podmiejskim pociągu, na ulicy. Oni na mnie nic nie mieli, bo ja się przyznawałem do AK. Chcieli, żebym był agentem. To był rok czterdziesty ósmy. Studiowałem, pisałem wiersze. W czterdziestym dziewiątym dostałem list od Poruczniko. Przestałem ukrywać się w taborach w pięćdziesiątym pierwszym. Jak mi dopiekli ci z UB, zwróciłem się do Putramenta. Powiedziałem, że mi nie dają żyć, i że coś się złego stanie. Przestali z dnia na dzień. Nigdy nie zapytałem, jak to zrobił. Nie starałem się o wydanie "Cyganów", zajął się tym Tuwim. Wynikły trudności nie do pokonania. Wtedy Helena Boguszewska i Jerzy Kornacki (starzy, doświadczeni pisarze, których szanowałem) powiedzieli, że trzeba wziąć wskazaną przyprawę: trochę sloganów, trochę słusznych twierdzeń, napisanych najlepiej jak tylko się umie - i posypać. Posypałem zdaniami o mieszkaniach dla Cyganów i oświacie. 

- W roku 1953 pisali o Panu: “Nienawidzi on hitleryzmu, nienawidzi agresorów amerykańskich w Korei. Czy zdaje sobie sprawę, że np. kułak na wsi u nas zasługuje na taką samą nienawiść? Może, ale w wierszach tego nie widać”. A było widać w wierszach rówieśników. Pana nigdy nie kojarzono z pokoleniem.

- Jestem z tego pokolenia co Wiktor Woroszylski i jego ówcześni koledzy “pryszczaci”. Ja się do nich nie garnąłem, oni mnie uważali za “kułaka, który stroi się w pseudoradykalne piórka”. Pomrukiwali dosyć groźnie, byli przecież fanatyczni. Oni głęboko wierzyli w te głupstwa, ja “przyprawiałem", żeby mnie publikowali. Teraz nie wiem, co jest lepsze. W ogóle nie wiem, czy tego rodzaju rozwaźania mają sens. Nie szukałem przyjaciół w kręgach literackich. Ci, których darzyłem życzliwością, sympatią, szacunkiem byli ode mnie zwykle znacznie starsi. Tuwim, Słonimski, Brodzki łączyli mnie z minionym. Jak słyszałem po wojnie, że jeden świat się skończył i zaczyna nowy, to nie wierzyłem i dalej nie wierzę. Przeszłości nie da się pogrzebać, wszystko ma swoje dalsze ciągi. Wojna to nicość, która miała wessać wszystko z ogniem i hukiem. A moim niewypowiedzianym przykazaniem było, żeby jej nie dać postawić na swoim. Jeśli udaje mi się wskrzesić cokolwiek z rzeczy, które są mi drogie, jestem szczęśliwy. Zaprzeczam wszystkożerności żywiołu zniszczenia. 

- Wyrwał mu Pan Schulza. Zaczęło się w czterdziestym drugim, kiedy wysłał Pan list do Drohobycza.

- Schulz był już w getcie albo właśnie się przenosił, a ja - nic nie wiedząc o tym, dziękowałem mu, że istnieje.

- Przez pół wieku szedł Pan po różnych nitkach do stu kłębków i przeprowadzał Pan dziesiątki śledztw. Szukał Pan rękopisów, rysunków, listów i najdrobniejszych faktów z życia Schulza w czasie, gdy byt na politycznej łasce i niełasce. Pan mu poświęcił kawał siebie.

- “Poświęcił”? Witold Wojtkiewicz, Bolesław Leśmian, Bruno Schulz to Trzej Królowie, którzy dali nam mirrę, kadzidło i złoto. Trzej wielcy mitotwórcy. Próbuję zwrócić cząstkę długu, jaki u nich zaciągnąłem, bo dzięki nim przeżyłem największe olśnienia w obcowaniu ze sztuką - chociaż to strasznie brzmi szczeniacko.

- Pan ciągle wierzy w odnalezienie “Mesjasza”.

- Schulz w czasie wojny czytał znajomym urywki. Była w nich podobno mowa o tym, jak ludzie podawali sobie z ust do ust radosną wieść, że oto Mesjasz nadchodzi i jest już zaledwie 30 kilometrów od Drohobycza. Ta powieść miała być głównym jego dziełem. Schulz, świadomy zagłady, sporządzał pakiety z rękopisami i oddawał je na przechowanie ludziom spoza getta. Losy tych ludzi były powikłane, a pakiety ginęły w tajemniczy sposób. Dwóch depozytariuszy odnalazłem, ale nie mieli “Mesjasza”. Wiele lat temu przyjechał do Warszawy pewien człowiek, który twierdził, że w Związku Radzieckim przechowywane są papiery Schulza, a nawet, że dałoby się je odkupić. Potem ten człowiek zmarł na zawał w Ameryce. W 1988 roku zjawił się u mnie ambasador Szwecji - wielbiciel Schulza. Jak mi opowiadał, dyplomata radziecki wyjawił mu na jakimś przyjęciu w Sztokholmie, że “Mesjasz” jest w posiadaniu KGB, zachował się w przejętych w 1947 roku pogestapowskich archiwach. Rękopis skatalogowano pod nazwiskiem depozytariusza. Nie znam tego nazwiska. Nie wiem też, jak się nazywał ów radziecki dyplomata. Ambasador pojechał do Szwecji i w dwa tygodnie zmarł na raka. Moja pewność co do prawdziwości tych informacji jest niezachwiana. Obie wszechwładne policje państw totalitarnych-gestapo i NKWD czy później KGB równie skrzętnie unicestwiały ludzi i przechowywały papiery. Więc może jutro, a może dopiero za sto lat "Mesjasz" się pojawi. Ja nadal go szukam.

- Spotkał Pan ludzi, którzy mieli udział w życiu Schulza. Każdy przeszedł własną, trudną drogę - getta, powstania, repatriacje i wywózki. Oni - jak Schulz - też mieli własne lęki, tajemnice. Czyj dramat Pana poruszył?

- Oficjalną narzeczoną Schulza była Józefina Szelińska - wysoka, piękna i apodyktyczna, ale on takie lubił. Pisał, że nikt go chyba jeszcze tak nie kochał. Skarżył się, że sam nie jest zdolny do miłości, ulegał raczej fascynacjom erotycznym. Józefina była mu potrzebna jako łącznik między rzeczywistością a, “jałowymi hadesami fantazji”, w których przebywał, “bardziej podobny do lemura niż do człowieka”. Szukał w niej chyba poczucia bezpieczeństwa, ona to zresztą potwierdzała. Poznałem ją w czterdziestym ósmym roku. Zdobyłem wtedy listy Schulza, w których była o niej mowa. Poprosiłem, żeby je przed drukiem przeczytała i zaznaczyła, na co mi pozwala, na co nie. Schulz pisał: “Moja narzeczona nazywa się Józefina Szelińska”. Albo: “Adres mojej narzeczonej: Józefina Szelińska...”. Albo: “Juna”. Ona mi to wszystko wykropkowywała i zostawiała tylko literkę: J. Przyrzekłem, że będę lojalny do końca jej życia. Zmarła dwa lata temu. Jest taki fragment z listu Schulza: “Moja narzeczona jest katoliczką. (...) Ja zaś nie chcę przyjąć chrztu”. To zdanie brzmi naprawdę: “Moja narzeczona jest katoliczką, jej rodzice ochrzcili się...”. Józefina Szelińska do końca była chora na swój żydowski cień. Może dlatego, że przeszła straszne rzeczy podczas wojny - ucieczki, ukrywanie się. Przetrwała u sióstr, w Laskach chyba… Mimo swej inteligencji i bystrości potrafiła powiedzieć: “Panie Jerzy, pan mi przysłał katalog Schulza po hebrajsku. A gdyby to zobaczyli dobrzy ludzie, którzy mi przynoszą chleb ze sklepu?”. Ona żyła samotnie, chodziła po domu o kulach. Po rozstaniu z Schulzem Józefina popełniła samobójstwo, ale wezwała pomocy i odratowano ją w szpitalu. Po dziesiątkach lat zrobiła to samo, ale już nikogo nie wzywała. 

-“Odczytanie popiołów” to żydowski cień w Pana poezji. Na pytanie, czy da się stworzyć jakąś hierarchię poetów Holocaustu, Grynberg odpowiedział: “Najlepszym poetą jest Jerzy Ficowski i po nim jest wielka, wielka próżnia. Wiersze Ficowskiego są arcydziełami”.

- Ja te wiersze pisałem mnóstwo lat. Każdy miał swój początek w przeszłości, w jakimś wspomnieniu, które tkwiło we mnie i musiało wreszcie się wyrazić. Nikomu na nic nie jest to potrzebne, nikogo już nie uratuje. Czasem to jeszcze kogoś wstrząśnie albo wzruszy. Ja pisałem te wiersze, bo nie należałem do gatunku skazanego na zagładę, a oglądałem mord. “Miriam wniebowzięta z ulicy zimą 1942” stała na 6 Sierpnia, koło szpitala wojskowego. Z jednej strony politechnika, z drugiej czerwony gmach szpitala. Ja pamiętam ten dzień, pamiętam ten moment, pamiętam, jak wysiadałem z tramwaju. I ta śnieżyca bezwietrzna, wielkie płaty śniegu. “Osuwało się niebo w strzępach”. Zdawało mi się, że do góry frunie wszystko, co jest nieruchome. Pamiętam dziewczynkę, tę “Sześcioletnią z getta żebrzącą na Smolnej w 1942 roku". Siedziała w kucki na chodniku między okienkiem piwnicznym a kioskiem z gazetami. Dałem jej bułkę, ale nie miała siły jej ugryźć. Pamiętam chłopca z twarzą mumii. Coś mu przyniosłem i jakaś pani przyleciała z mlekiem, i przechodził pan dystyngowany - pamiętam go jak dzisiaj warszawski inteligent ubrany staroświecko, w kapeluszu, garniturze z kamizelką, z zegarkiem z dewizką. Zatrzymał się, pokiwał głową i zwracając się raczej do tej pani, bo stała nachylona z kubkiem, spytał: “Czy to nie wstyd dziś, kiedy tylu naszych ginie?”. Pisałem długo, by nie obrażać tym, co piszę. 

- Przeszłość w Pana wierszach nie jest wspomnieniem. Trwa, staje się.

- Tak, i czasami dochodzi do spięć między praprapraprzeszłością prawie archeologiczną a dniem wczorajszym czy dzisiejszym, bo stoją obok siebie w szumie przemijającego czasu. Zostały ślady i pamięć. Pamięć jest wymiarem, w którym ma prawo istnieć coś, co mija. 
Wiersz może zatrzymać czas w biegu, utrwalić wizerunek zjawisk, ocalić to co znikome. Poezja-mówiąc metaforycznie, choć wcale nie tak bardzo - to jedyny dostępny mi rodzaj praktyki sakralnej. Jej narzędziem jest słowo. 

- Napisał Pan: “chciałbym tylko milczeć a milcząc kłamię chciałbym tylko iść a idąc depczę”. Gdzie szukać słów, których nie ma?

- Chyba wśród tych najprostszych. W “Liście do Marc Chagalla” były to słowa żydowskich dzieci. Autentyczne relacje dziecięce, które wplatały się w wiersz, zdołały wyrazić to, czego żadne słowo wyszukane nie byłoby w stanie powiedzieć. Wiersz nie musi przebierać się w kostium ani być wynalazkiem, nie musi trzymać się zasady: mało słów. Jest odkryciem dziwnej, czasem magicznej prawdy o świecie. Słowa, które boczyły się na siebie, zmieniają się w nim w słowa - swatki. Krystalizują mgławicę. Wywołują zdziwienie i przytaknięcie: czułem podobnie, tylko nie umiałem tego nazwać. Czułem, jak się czuje zapach. Dla takich przytaknięć piszę.

- “Twoje matki obie”, wiersz o dziewczynce przerzuconej z getta na aryjską stronę w skleconej gdzieś na Nowolipiu skrzynce, zadedykował Pan Biecie – “z miłością”.

- To wiersz o mojej żonie. Jej ojciec zginął na Umschlagplatz. Nie chciał wejść do wagonu, krzyczał, że dziecko mu się urodziło. Zastrzelono go szczęśliwie, jeśli tak można dziś powiedzieć. Matka zginęła w Poniatowej, filii Majdanka, prawie półtora roku później. Po aryjskiej stronie skrzynka z niemowlęciem trafiła do punktu “Żegoty”. Mieścił się u położnej. Była to ponad pięćdziesięcioletnia wdowa, miała dorosłe dzieci. Postanowiła, że tę dziewczynkę ze skrzynki zatrzyma. Przez siedemnaście lat Bieta nic o tym nie wiedziała. Wreszcie koleżanka ze szkoły u sióstr spytała ją: “ty się nie wstydzisz, że jesteś Żydówką?” Wtedy Bieta przypomniała sobie, że rok śmierci ojca wyryty na grobowcu to 1940, a rok jej urodzenia -1942. Podobno kamieniarz się pomylił. Matka opowiedziała Biecie całą prawdę. Ale co z tą prawdą zrobić? Bieta postanowiła zapomnieć i nie robić nic. Kiedy się bliżej poznaliśmy, miałem 42 lata, ona 24. Ja urodziłem się w dwudziestym czwartym, a ona w czterdziestym drugim. Pomyślałem sobie: to jest magiczna pułapka, z takiej pułapki nie ma wyjścia. Kiedyś z Bietą i Markiem Rakowskim, nestorem sekcji żydowskiej przy przedwojennym Związku Literatów, poszliśmy na Stare Miasto na Kamienne Schodki do kawiarni. Tam podawali pyszną kaczkę z grzanką i z jabłkami. Bieta zjadła, ale mówi, że ciągle jest głodna. Zamawiam drugą porcję, staruszek patrzy na mnie ze współczuciem, a Bieta kończy i idzie do bufetu, bo chce jeszcze. Na to Rakowski: “Ona ci majątek przeje, ty się nie żeń”. Ale się ożeniłem. Ja od dawna interesowałem się kulturą żydowską. W Sądny Dzień kupiłem świece, wytłumaczyłem Biecie, że dla jej rodziców było to wielkie święto i zaprowadziłem ją do synagogi. Chciałem, żeby się nie bała, żeby wiedziała, kim była. Teraz Bieta działa w Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu, nie trapi się swoją przeszłością. Jest Polką. Wiersz “Dwie matki” specjalnie dałem na koniec tomiku. Bez obu matek Biety nie miałbym żony, córki, nie czekałbym teraz na wnuka. Co nie znaczy, że jest to książka z happy endem. 

- Pana zainteresowania kulturą Żydów i Cyganów były tak egzotyczne, barwne, że przesłoniły poezję. 

- Nie jestem takim psychicznym odludkiem, żeby mnie nie obchodziło, co się wokół dzieje. Szowinizm, antysemityzm, ksenofobia budzą we mnie obrzydzenie. Moje książki o Cyganach, wiersze o Żydach, mają ten pierwiastek w sobie. Poza tym poeta, który zajmuje się wyłącznie prefabrykatami - czyta cudze wiersze, przetrawia je i produkuje własne, jest dla mnie kimś żałośnie ubogim. Cyganie, Żydzi, Schulz to także mój żywot poety i w wierszach są ślady tych dróg. Chociaż nie mam pewności, czy byłbym im tak wierny bez knebla, jaki nam w PRL-u zakładano. Może szukałbym innych obszarów. Poezja nie jest zajęciem. To odświętne chwile. Wiersz się zdarca, a poeta zawsze zaczyna od zera. Dlatego mój ostatni tomik ma tytuł “Inicjał” - początek. Książki nie przynosiły mi rozgłosu. Nawet po “Cyganach na polskich drogach”, rewelacyjnych jeśli idzie o zasób wiadomości, nie ukazała się żadna recenzja. Ja przywykłem do ciszy i nauczyłem się po prostu robić swoje. I myślę, że w poezji jakieś ścieżki własne wydeptałem, po których nikt ze mną nie chodził. Czy one zarosną trawą, czy okażą się potrzebne, nie wiem. 

- W 1975 roku podpisał Pan protest przeciw zmianom w Konstytucji, a potem wstąpił do Komitetu Obrony Robotników. 
Dlaczego właśnie Pan, bywalec innych, apolitycznych okolic?

- Jan Józef Lipski spytał, czy do KOR-u bym nie wstąpił. Ja mu na to powiedziałem: Janku, chętnie, ale nie w tej chwili. Mam małą córeczkę i jestem z nią zupełnie sam, bo żona wyjechała za granicę. Żona wróciła i ja do nich dołączyłem. Jestem typem samotnika, trzymam się własnych grządek, które ukochałem. Ale czasem nie wolno się uchylić od udziału. Wydaje mi się, że moje rozpędy można brutalnie podzielić. Są te, które ciągnęły mnie do siebie jak ćmę ogień i te inne. Poszedłem do powstania nie dlatego, że lubię strzelać, bo żaden ze mnie snajper. Wstąpiłem do KOR-u, chociaż brak mi instynktu społecznika. Robiłem w KOR-ze różne rzeczy, zależnie od chwilowych potrzeb: redagowałem teksty z Anką Kowalską, rozdawałem ulotki - jeden Jacek Kuroń był tam i wtedy więcej wart niż dziesięciu takich jak ja. Ale cieszę się, że byłem razem z nimi. Pisał Pan w podziemnym tomie “Gryps”: “myślę więc nie ma mnie na forum Mój adres skonfiskowano Mówię tak to ja jeszcze ja poznaję” Jak Pan wtedy żył?

- Na czarną listę wpisano mnie w roku 1976. Nie mogłem drukować, moje nazwisko publicznie pojawiało się tylko w kontekstach, które nurzały mnie w błocie. Wydawnictwa podziemne jeszcze nie istniały. Na nic nie mogłem liczyć. Pisałem wtedy dla siebie. Paradoksalnie był to dla mnie czas owocny, bo uwolniłem się od ograniczeń. Po raz pierwszy nie dbałem o kamuflaż, nie szukałem metafor, które ukryłyby istotę rzeczy. Czułem się wolny i spokojny. Powstały wtedy tomy “Gryps”, “Errata”, skończyłem pracę nad “Odczytaniem popiolów”. Przetłumaczyłem “Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie” Kacenelsona. Jak zabrakło pieniędzy, sprzedałem trochę starych gratów i wóz cygański do muzeum. Przeżyłem. 

-Po Okrągłym Stole Pana koledzy z czarnej listy upomnieli się o swoje miejsce, publicznie zabierali glos. Pan nic nie mówił, tylko zajął się Witoldem Wojtkiewiczem, malarzem sprzed stu lat.

- Nareszcie mogłem! Ja po prostu wróciłem do domu. Malarstwo Wojtkiewicza fascynowało mnie od lat swoją metafizyką, która wstępuje w każde źdźbło, w każdego pokracznego konia na biegunach, drwiną z nieuchronności przemijania. To wstrząsająca baśń o życiu, o sierocińcu świata. Już powiedziałem, że najbardziej lubię robić swoje. Kiedy wybuchła wojna, miałem 14 lat. Nie liczyłem, że będę jeszcze żył w wolności. A tu stary świat gułagów zawalił się. To cudowne, że byłem przy tym i to nie jako kibic.

Dawni towarzysze broni z powstania powiedzieli, że z okazji pięćdziesięciolecia każdy z nas może awansować. Ale ja przywiązałem się do strzelca Wraka, którym wtedy byłem i nie chcę mu gwiazdek przypinać. Wolę sobie poszperać w starych papierzyskach, napisać o Dickensie, o Hoffmanie, o różach dziadka, którymi Leśmian się zachwycił. 

Z Jerzym Ficowskim rozmawia Lidia Ostałowska 

Nie zdołam ocalić 
ani jednego życia 
nie umiałem zatrzymać 
ani jednej kuli 
więc krążę po cmentarzach 
których nie ma 
szukam słów 
których nie ma 
biegnę 
na pomoc nie wołaną 
na spóźniony ratunek 
chcę zdążyć 
choćby poniewczasie 

Jerzy Ficowski - poeta, prozaik, tłumacz, eseista. Urodził się w 1924 r. w Warszawie. Przed wojną - uczeń gimnazjum, w czasie okupacji - uczeń tajnych kompletów, żołnierz AK. W 1943 r. więziony na Pawiaku. Uczestnik powstania warszawskiego: Mokotów, Pułk “Baszta”. Odznaczony Krzyżem Walecznym. Po kapitulacji - obozy jenieckie w Niemczech. Powrót w 1945 r. Po wojnie student filozofii i socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. W 1975 r. podpisał “List 59”. - protest przeciw wprowadzeniu do Konstytucji zapisu o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Objęty zakazem druku. Od 1978 r. - członek Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. 

W 1946 roku debiutował wierszem “Ptakom niebieskim”, Od 1948 r. - członek ZLP. Autor monografii “Cyganie na polskich drogach”, “Cyganów w Polsce”, zbioru baśni cygańskich “Gałązka z drzewa słońca”; tłumacz wierszy Bronisławy Wajs - Papuszy. “Regiony wielkiej herezji” (1967) i “Okolice sklepów cynamonowych” (1986) są książkowym plonem jego zainteresowań Brunonem Schulzem. Zebrał i przygotował do druku “Exlibrisy Brunona Schulza”, tekę grafik “Xięga Bałwochwalcza”, “Księgę listów”. Autor wielu zbiorów wierszy, od debiutanckiego tomu “Ołowiani żołnierze” (1948) po “Inicjał” (1994). 

Za całokształt twórczości literackiej otrzymał nagrodę Fundacji A. Jurzykowskiego w Nowym Jorku (1984), za twórczość związaną z zagładą Żydów - nagrodę literacką “Kacetnika”, przyznawaną w Izraelu. 

Obraz Witolda Wojtkiewicza “Karuzel” 1906 rok (zbiory Detroit innstitute of arts) 

W drugim obiegu wydał tomy poetyckie “Gryps”, “Odczytanie popiołów”, “Errata”. Autor “Rodzynków z migdałami” - antologii poezji ludowej polskich Żydów; tłumacz “Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie” Icchaka Kacenelsona. Autor przekładów z hiszpańskiego (Federico Garcia Lorca) i rosyjskiego (młodzieńcze wiersze Leśmiana). Najnowszy efekt jego fascynacji historią i sztuką to “W sierocińcu świata” (1993) - książka o życiu i malarstwie Witolda Wojtkiewicza.