W ramach projektu "Baśń o umierającym jesionie" powstała książka w alfabecie Braille'a

Atlas drzew Parku Krasnogrudzkiego - Braille

W ramach projektu "Baśń o umierajacym jesionie" powstała wyjątkowa książka napisana alfabetem Braille'a.

Tak o książce pisze Karolina Banaszkiewicz Badura (Gimnastyka Wyobraźni), która odpowiedzialna jest za opracowanie graficzne i tyflograficzne książki.

Ilustracje w niniejszej książce zostały wykonane na podstawie/ w oparciu o/ w uznaniu dla/ z

wykorzystaniem XVIII i XIX ilustracji botanicznej*.

*Mogłabym napisać „niepotrzebne skreślić”, ale wszystko jest tu potrzebne. Niektóre ilustracje zostały użyte niemal wprost, inne we fragmentach, inne jeszcze stanowią swoisty patchwork, złożone z kilku różnych źródeł. Łączy je wiele. Czas powstania, cel, obecność w domenie publicznej. Przede wszystkim zaś – użyteczne piękno. Piękno i jego doświadczanie zawsze jest pożytkiem dla człowieka, tu jednak podkreślam edukacyjną wartość przedstawień roślin i zwierząt, stawiając piękno obok. Naukowa rzetelność, wnikliwa obserwacja obiektu zainteresowania nie wystarczą, by stworzyć piękne przedstawienie. Koniecznym, choć wciąż jeszcze niewystarczającym elementem „sukcesu”, (jeśli tak nazwiemy stworzenie pięknej ilustracji o niesłabnącej sile odziaływania na widza) jest warsztatowa, techniczna biegłość rysownika czy szerzej, artysty. Potrzebny jest jeszcze niemożliwy do zmierzenia ani nakazania element: zachwyt tego, który obserwuje i tworzy, nad tym, co obserwowane. Tego zachwytu w przebogatym, wydawałoby się nieskończonym, zbiorze XVIII i XIX wiecznej ilustracji nie brakuje. Jest odczuwalny, choć nieuchwytny. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy wyraża się on w drobiazgowości oddania szczegółów, w pewnej subtelnej (bo każde z ułożeń liścia, płatka kwiatu czy włoska sierści portretowanego zwierzęcia jest absolutnie możliwe i prawdopodobne) a jednak oczywistej stylizacji? Czy w kompozycji całości przedstawienia na karcie, czy w eleganckim podpisie, czy wreszcie, już na dalszym etapie „produkcji”, w idealnych liniach i kolorach, uzyskanych we wzorowo wykonanej odbitce graficznej? Ilustracja naukowa, w jej obrębie zaś w szczególności ta dotycząca flory i fauny, jest dla mnie w całości ilustracją (nomen omen) zachwytu ludzi tamtego czasu nad światem i możliwością jego poznania. Panowało wówczas przekonanie o zbliżającym się wielkimi krokami szczęściu ludzkości, możliwym do uzyskania dzięki postępowi. Każdy rok przynosił kolejne odkrycia i wynalazki, a zainteresowanie nimi było powszechne, czego świadectwem były cieszące się szalonym powodzeniem wystawy światowe, rosnąca liczba ilustrowanych czasopism naukowych, liczne i gromadzące wielką publiczność pokazy, prezentacje i wykłady naukowe. Przemiany sposobów życia nabierały tempa, a czas, liczony wcześniej w dość orientacyjnych godzinach („spotkajmy się o poranku/w południe/o zmierzchu...” ) był teraz dzielony i wyliczany z pomocą coraz bardziej precyzyjnych urządzeń, w coraz mniejszych jednostkach. Przy tym, coraz bardziej zawrotnym (jak się współczesnym wydawało) tempie życia, artysta wciąż dysponował wystarczającym zasobem: czasu, uwagi, cierpliwości by obserwować i dokumentować okazy natury. Artyści, niejednokrotnie sponsorowani przez królewskie dwory czy królewskie towarzystwa naukowe, mieli świadomość wagi swojej pracy, którą wykonywali z widoczną w jej owocach pasją. Ich rysunki (rozmaitych technik) znajdowały później miejsce w albumach, tekach, powielane technikami graficznymi w wielkich nakładach. Były więc, co zakładano od samego początku, owocem współpracy: rysownika i rytownika. Obecnie niezmiennie zachwycają swym pięknem, i dla niego właśnie są powielane w charakterze ozdoby, a mniej dla swych walorów edukacyjnych. W książce „Drzewa parku krasnogrudzkiego” oba cele, edukacyjny i estetyczny, spełniają się i dopełniają w sposób idealny. Moim zadaniem było uzupełnienie twórczego wysiłku XIX wiecznych artystów o nową jakość. Ich wysiłek, by przy pomocy linii i plam, w możliwie najdokładniejszy sposób przekazać odbiorcy wiedzę o danym gatunku rośliny, a przy tym pokazać ją...ładnie, ucieszyć zmysły, został moimi zabiegami wzbogacony o nowy (tu - trzeci ) wymiar, obrazki stały się reliefami. Tym sposobem zespół rysownik & rytownik powiększył się o kolejną osobę, a obraz, wizja, o kolejne przekształcenie. Tym razem po to, by można go było doświadczyć zmysłem dotyku. Czuję się zaszczycona możliwością wpisania się w ten odwieczny transfer idei.

Karolina Banaszkiewicz Badura

Artyści, autorzy rysunków źródłowych:

Walther Otto Müller, niemiecki ogrodnik i botanik. Ilustracje z książki: Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz 1885, Gera, Germany, XIX wiek (dąb, lipa, olsza, topola osika, grab,kasztan, wierzba)

Pancrace Bessa, malarz, grafik i rysownik francuski, szczególnie znany z ilustracji botanicznych, XVII i

XIX wiek (dąb)

Thomas Nuttall, angielski botanik i zoolog, XIX wiek (klon)

Pierre-Joseph Redouté, belgijski malarz i botanik, XVIII i XIX wiek (orzech czarny, robinia)

Jacob Hübner, niemiecki entomolog, XVIII i XIX w (motyl)

Johannes Gerardus Keulemans duński ilustrator ptaków, XIX wiek (strzyżyk)

Również i dzisiaj, w przestrzeni tak bardzo nasyconej obrazem, gdy obrazy banalnie łatwo uzyskiwać mechanicznie, przekształcać, zwielokrotniać, nadal jest zapotrzebowanie na ilustrację tworzoną ręcznie przez artystę. Człowieka, którego oko i ręka jest nie do zastąpienia, gdy u samej podstawy aktu twórczego jest zachwyt. To coś, czego sztuczna inteligencja nigdy nie zazna. W książce „Drzewa parku krasnogrudzkiego” korzystałam z inspiracji pracami współczesnych artystów, Lizzie Harper i Ilian Velikov


Wstęp do książki:

"Szumiące liście drzew, wysoko, na dalekich gałązkach mieszają powietrze. Wiatr wpada w korony i zaraz w nich wiruje, przeplata powietrznymi niteczkami każdą gałązkę, każdy listek i zaraz ucieka dalej, zabierając ze sobą drobną mgiełkę pary. Ta para jeszcze przed chwilą była wodą w liściu, a jeszcze wcześniej sączyła się w pędzie, w konarze, w pniu, płynęła w korzeniach i ziemi, a jeszcze dawniej, może we wtorek czy sobotę – po prostu chmurą była. I znowu chmurą będzie.

To wszystko się wydarza bez ustanku, więc jeśli tylko zechcesz zatrzymać się przy drzewie, dać mu swój czas i posłuchać, to wszystko to usłyszysz. Szelesty liści są różne u każdego drzewa, tak jak i Ty masz tylko swoje linie papilarne na palcach. Liście u drzew też są różne i nie znajdziesz nigdy dwóch takich samych na jednym drzewie. Ale mimo to można nauczyć się rozpoznawać drzewa po rysunku ich liścia. To jest grab, to lipa, a tamten kolos to na pewno dąb, a może jednak klon? Liście gładkie, błyszczące, sercowate albo podłużne…to tylko drobne dowody jak twórcze w swych formach rzeźbiarskich mogą być drzewa. I w malarskich! Jesienią jarzą się czerwieniami, pomarańczami, bo tracą swój najważniejszy barwnik, farbkę jaką były pomalowane na wiosnę i lato – zielony chlorofil. On jest tak ważny, jak ważna jest u człowieka krew. Dlatego jesienią drzewa nie chcą go stracić, nie oddają go by z martwymi liśćmi rozpadł się w jesiennej, mokrej glebie – a chowają go do siebie, do wnętrza, jak za pazuchę chowa się zziębniętego kota i zabiera do domu.

A co kiedy zimą nie ma liści? Jak wtedy rozpoznać drzewa, kiedy w takiej postaci wszystkie wydają się być podobne, a każda gałązka jawi się nijako, jak prosty patyk, ot co! Jak wtedy rozpoznać czeremchę od grabu? Do tego potrzeba troszkę więcej uważności. Zimowe pąki są w uśpieniu, tak naprawdę to są czekające na wiosnę, jakby ukryte w kapsułach czasu zawiązki liści, pędów i kwiatów. Można o nich myśleć, jak myśli się o śpiących zimą niedźwiedziach czy susłach, tylko o wiele, wiele mniejszych. Czasami chronią się pod pancerzem błyszczącej łuski, brązowej, gładkiej, czasem złotej i połyskującej, a czasem bardzo owłosionej. To dobry klucz, który może pomóc rozpoznać pod jakim my tu drzewem stoimy. To też kolejny dowód na nieskończoną fantazję twórczą drzew w ich postaciach, formach i barwach.

A pod ziemią rozkrzewia się druga połowa drzewa. To przecież ogromne jego korzenie. Chodząc po parku pełnym drzew, nie sposób jest ominąć stopą korzeni, które wiją się i namnażają w glebie, poszukując wciąż nowych przestrzeni nasączoną wodą i powietrzem. Są też jak wielkie kotwice, które utrzymują całą postać drzewa na miejscu. A gdy wieje wiatr – wiatr, od którego zaczęliśmy naszą opowieść o drzewach, ten co wietrzy liście, a w wichurach je mocno szarpie – korzenie muszą trzymać drzewo mocno zanurzone w ziemi. I tak, takie drzewo może żyć nawet kilka tysięcy lat. Ileż wietrzyków, burz, jesieni i zimowych pąków się w nim wydarzy! " - Urszula Zajączkowska