Szymon Kryszyłowicz z żalem opowiada, że dla jego pokolenia rzeka właściwie przestała istnieć. Marychę zna przede wszystkim z opowieści swoich bliskich. Dziadek wspominał ją jako miejsce pełne życia – łowienia ryb, dziecięcych zabaw i zimowych ślizgawek na lodzie. Mama opowiadała o spływach kajakowych i pływaniu w rzece, która była naturalnym miejscem spotkań i wypoczynku.
Dla samego Szymona Marycha kojarzy się głównie z jednym wspomnieniem z dzieciństwa – karmieniem kaczek podczas spacerów z mamą. Jest jeszcze jedno wspomnienie, mniej radosne: ostrzeżenia dorosłych, by nie zbliżać się do rzeki, bo „zbiera się tam element”.
W jego głosie słychać prawdziwy smutek i niepokój. Obawia się, że jeśli nic się nie zmieni, za dziesięć lat Marycha przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie dla mieszkańców. Nie zniknie z mapy, ale może zniknąć z pamięci i świadomości kolejnych pokoleń. A przecież rzeka żyje tak długo, jak długo żyje w opowieściach i codziennym doświadczeniu ludzi.
fot. Bożena Szroeder