Wspomnienie Pawła Jakubowskiego o rzece

IMG_1058

,,Moje pierwsze wspomnienie związane z Marychą prowadzi do tamy przy budynkach Wołagiewicza. Tam było spiętrzenie wody i tam toczyło się życie." - wspomina Paweł.

,,Spotykali się wszyscy - dzieci, młodzież, dorośli, całe rodziny. W latach dziewięćdziesiątych wydawało się, że latem schodzi się tam pół Sejn. Jedni pływali, inni skakali do wody, opalali się na brzegu albo łowili ryby. Właśnie stamtąd rozpoczynały się spływy kajakowe. To było miejsce, które żyło od rana do wieczora. Drugim takim miejscem był Pińczak. Kiedy zbliżał się czerwiec, podczas długiej przerwy wybiegaliśmy ze szkoły prosto nad rzekę, żeby schłodzić się w wodzie. Marycha była wtedy czysta. Nad brzegiem rosło drzewo wysunięte nad nurt, z którego zwisała linka. Oj, ile się tam działo! Skakaliśmy do wody, bawiliśmy się, a nauczyciele ciągle nas ganiali. Dziś rozumiem, że chodziło o bezpieczeństwo, ale wtedy liczyła się tylko rzeka i dobra zabawa.

Pamiętam też legendę, którą straszono dzieci. Mówiono, że pod mostem w Zelwie, w Marysze, do łańcucha przywiązany jest ogromny rak. Nikt nie wiedział, skąd się tam wziął, ale tą samą historią straszono wcześniej mojego tatę. Takie opowieści przechodziły z pokolenia na pokolenie.

Nie pamiętam spacerów po bulwarach z rodzicami, bo wtedy były już zniszczone. Za to często chodziłem z mamą i braćmi nad most przy Krakusie karmić kaczki. To też był ważny kawałek mojego dzieciństwa. Zimą Marycha zamieniała się w lodową drogę. Biegaliśmy po zamarzniętej rzece, choć dziś trudno uwierzyć, że rodzice pozwalali nam na takie rzeczy. Pamiętam jednego kolegę, który podczas piętnastostopniowego mrozu postanowił przejść przez rzekę. Przyszedł później do szkoły cały przemoczony i zmarznięty, a akurat tego dnia odbywała się wizytacja.

Byliśmy też wynalazcami. Zebraliśmy po całych Sejnach plastikowe butelki i zbudowaliśmy tratwę. Miała drewniany stelaż, a butelki były przywiązane sznurkami. Zwodowaliśmy ją i naprawdę pływała. Mogło wejść na nią kilka osób. Dla nas była powodem do dumy, ale komuś przeszkadzała. Nad rzeką mieszkało wtedy wielu ludzi. Były małe pomosty, z których czerpano wodę do podlewania ogródków, płukano pranie albo po prostu siedziało się nad wodą. Nasza gromada liczyła chyba z dwadzieścia osób i w końcu ktoś zabrał nam tę tratwę.Marycha była wtedy zupełnie inna niż dziś. Szersza, głębsza, miała wysoki poziom wody. Można było po niej pływać, a czasami wręcz wylewała. Pamiętam, jak chodziliśmy do kolegi Adriana, który mieszkał nad samą rzeką. Bywało, że droga do jego domu była zalana i trzeba było iść okrężną trasą. Za Skarpą rzeka potrafiła podchodzić aż pod domy.

Kiedy wracałem ze szkoły, właściwie nie było dnia, żeby ktoś nie łowił ryb. Pod mostem w stronę Ogrodnik starsi chłopcy chodzili palić papierosy. Zostały tam jeszcze pale po starym moście i próbowaliśmy przechodzić po nich tak, żeby nie zamoczyć nóg. Pamiętam też ławkę nad rzeką. To było miejsce zakochanych. Cyrklem ryli w drewnie swoje inicjały. Następnego dnia wszyscy zgadywali, kto z kim chodzi i do kogo należą wycięte litery.

Dziś sam prowadzę swoje dzieci nad Marychę, żeby mogły karmić kaczki. Chciałbym, żeby miały z tą rzeką własne wspomnienia. Młodym powiedziałbym jedno- trzeba zrobić wszystko, żeby Marycha znowu stała się miejscem życia i spotkań. Żeby można było po prostu przyjść nad wodę, posiedzieć, łowić ryby, spotkać znajomych. Uważam, że największymi skarbami Sejn są właśnie Marycha, jezioro i Borek. Dobrze byłoby, żeby ludzie znów wyszli z domów. Pamiętam ze zdjęć i z dzieciństwa, jak wieczorami nad rzeką było pełno ludzi. Dzisiaj częściej wybieramy samochód albo zostajemy w domu. Odwróciliśmy się od rzeki. Pewnie wpływ mają na to także wszystkie przepisy i formalności- dziś niczego nie da się zrobić tak po prostu, jak kiedyś. Na szczęście widzę też dobrą zmianę. Ludzie bardziej dbają o miasto i o Marychę. Rzeka nie jest już tak zaśmiecana jak dawniej. O nią trzeba dbać, bo jest częścią naszego miejsca.

Nie wyobrażam sobie, żeby mogła nazywać się inaczej niż Marycha. Widzę to po ludziach, którzy wyjechali z Sejn. Kiedy wracają po latach, często pierwszą rzecz, jaką robią, jest zdjęcie przy znaku z napisem „Marycha”. Chyba właśnie wtedy naprawdę czują, że wrócili do domu".

fot. Bożena Szroeder