O książce "Słoń południowy" Archila Kikodze na stronie sztukater.pl

Arczil Kikodze "Słoń południowy" NOWOŚĆ

sztukater.pl - 18 sierpnia 2023

To bardzo klimatyczna, leniwie tocząca się opowieść o mieście i ludziach, o historii i pojedynczych losach na jej tle, tak od niej przecież zależnych. Po zaułkach Tbilisi oprowadza nas najlepszy przewodnik, jakiego moglibyśmy sobie wyobrazić, znający tutaj każdy kąt i wiążącą się z nim legendę, mający tego akurat dnia mnóstwo czasu, by spacerować, wspominać, łączyć fakty, interpretować je tak albo inaczej, nieśpiesznie, niemal leniwie.

       Nie tylko stolica Gruzji jest tu bohaterką, myśli naszego voyagera biegną w różne strony po linii czasu i historii, każdy człowiek, na którym spocznie jego oko, ma do opowiedzenia coś ciekawego, ważnego choćby w wymiarze czysto osobistym. Słyszymy te epizody w reminiscencjach snutych przez bohatera, nasuwają mu się one samoistnie w czasie przemierzania ulic Tbilisi. Zupełnie jakby ktoś wsypał je wszystkie do worka, zamieszał i wyciągał na chybił trafił z okrzykiem – Oooo… Bohater sam bywa nieźle zaskoczony skojarzeniami, jakie tworzą się w jego głowie, o niektórych zdarzeniach od bardzo wielu lat już nie myślał. Niektóre to zwyczajne, powszednie sytuacje, ale część przypomina wręcz awanturniczy film, jak wojny klanów w górach Gruzji, honorowa zemsta dziedziczona przez kolejne pokolenia, póki nie wypełni się do końca, tradycja, przed którą nikt się tutaj nie broni, gdyż odkąd pamiętają płynie ona zmieszana w ich krwiobiegu. Jednak po chwili umysł już wypełnia twarz sąsiada, który od czasu wybuchu wojny gruzińskiej przestał opuszczać mieszkanie i wędruje gdzieś splątanymi ścieżkami wewnątrz samego siebie, dziwnie przy tym pogodny.

       Niekiedy obrazy układają się w piramidę, włożone jedne w drugie i powoli, pieczołowicie rozpakowywane. Pokazują przekrój zdarzeń, ich wynikanie z siebie, przyczynowość. A wszystkie dokładne i wyraziste, jakby miały miejsce wczoraj, a nie przed laty. Do rozwinięcia tej wstęgi bez końca wystarczy drobny impuls, znajome miejsce, postać, czy zaledwie smak pitej właśnie kawy. I nagle wehikuł pamięci zaczyna toczyć się coraz szybciej, a w takt stukotu jego kół napływają zapachy, kolory, układające się w logiczne ciągi treści, przywodzące powidoki dawnych miłości, przyjaźni, rozczarowań i zwycięstw. Każdy nosi w sobie własny obraz słonia południowego, symbolu początku czegoś ważnego, na zawsze. Być może w tym przypadku jest to aż tak intensywne, gdyż nasz bohater to niespełniony reżyser filmowy, stąd tak harmonijne układy scen rozmieszczone na szerokim kontinuum, płynące sobie swobodnie. Tbilisi zdaje się emanować jakąś własną, niepowtarzalną energią i odkłada się kolejnymi zapiskami w notesie pamięci, by później móc tylko otwierać właściwe stronice.

       Mamy też niecodzienną okazję przeskakiwać w jednej chwili z Gruzji współczesnej, ogarniętej jakimś niekończącym się chaosem, wojennymi zawirowaniami, skłóconej, walczącej o swoją tożsamość i odrębność, do tej Gruzji dawnej, tkwiącej jeszcze w obrębie Związku Radzieckiego jako jedna z wielu republik. „Byliśmy wtedy wciąż jeszcze częścią kraju spod znaku sierpa i młota, gruzińska herbata miała smak, Abchazi, Osetyjczycy i Gruzini w jednej drużynie strzelili trzy gole Anglikom (…)” Czyżby podobne resentymenty, jak te u nas, szczególnie te związane z epoką Gierka? Warto zastanowić się nad owym fenomenem występującym w większości postkomunistycznych krajów. Być może wywołuje to brak poczucia bezpieczeństwa, brak stabilności, co nie pozwala snuć planów na jutro. Mam tutaj na myśli i pucz i rewolucję róż, ciągłą walkę o władzę, której ofiarami padają zwykli obywatele, która potrafi bezwzględnie podzielić rodziny i przyjaciół.

       Nasz bohater widzi świat niczym w oku kamery, rozpisuje go na filmowe sceny, na centrum i tło, na barwne punkty i plamy. Wizualizuje zdarzenia i sytuacje przekładając je bezwiednie na wypowiedź reżyserską. To dość specyficzne spojrzenie. Tbilisi i wszystko co naokoło raz w szerokiej perspektywie, kiedy indziej zaś w zoomie nakierowanym na szczegół. To nie pozwala ani się znużyć, ani też na chwilę osłabić uważności.

       Nie mogę nie wspomnieć też o polskim akcencie, który rozśmiesza, ale i zawstydza, pokazując, jak bardzo nadmuchani powagą i spragnieni heroizmu jesteśmy, za to całkowicie pozbawieni luzu i dystansu. Stara Gruzja i ta nowa, czas dzieciństwa, fascynacje, mocne więzi, które przetrwały lata, podążanie za przeszłością matki, stale nieobecnej, zaabsorbowanej sprawami polityki, zabieganej, odkrywanie jej obrazu na nowo, skrupulatne niczym odrestaurowywanie cennego portretu, scalanie go z kawałków, retrospektywa życia, spełnionych marzeń i zawiedzionych nadziei – oto co zaoferowało bohaterowi jedno wolne przedpołudnie, podczas którego mógł z pogodną nostalgią oddać się obserwowaniu miasta i swojego życia, zaś miasto przypatrywało się jemu, pobłażliwie i dobrodusznie z perspektywy swego wielusetletniego doświadczenia.

Recenzja książki na stronie sztukater.pl