Recenzja książki "Lufcik" Dragana Velikica na stronie sztukater.pl

Dragan Velikić - Lufcik

Recenzja książki "Lufcik" Dragana Velikica na stronie sztukater.pl.

Ta powieść Dragana Velikica, dopiero w zeszłym roku odkrytego przeze mnie serbskiego prozaika, jest w odbiorze najtrudniejsza, choć przy tym też najbardziej satysfakcjonująca. Aż gęsta od bohaterów, życiorysów, dróg, jakimi się poruszają zarówno świadomie, jak też po prostu rzucani przez los, ich spotkań rozstań i rozlicznych punktów widzenia. Spoglądamy na to bogactwo przez lufcik, uchylony przez autora i widzimy to, co już znamy, o czym bardzo dobrze wiemy – że nie wszystko zależy od nas, niekiedy zaś zgoła nic.

Rodzina choćby, to wypadkowa najróżniejszych zmiennych. Ojciec Danijela, jednego z bohaterów, jest marynarzem, nawet na emeryturze kompulsywnie żeglującym ulicami miasta, byle dalej od domu, gdzie matka – perfekcjonistka, pilnuje ułożenia przedmiotów co do milimetra, w stałym porządku, obnosząc się ze swoim brzemieniem odpowiedzialności za wszystko. Danijel, niegotowy na wcielenie w życie zaledwie jednego jego modelu, lawiruje między kobietami, zainteresowaniami, miejscami. Wieczny poszukiwacz, niespokojny podróżny, podczepiający swój wagon, swoje jestestwo do coraz to nowych składów, by z kolejnym pociągiem, niczym z nową nadzieją, wyruszyć dalej. Jeśli nie może fizycznie, na koniec w wyniku wypadku przykuty do inwalidzkiego wózka, wędruje w myślach, we wspomnieniach i w wyobrażeniach, tam poszukując dla siebie drogowskazów. Trzeba się spieszyć, nie ustawać w drodze, póki jeszcze neurony w mózgu nadążają za naszym mknącym pociągiem, póki łączą się w trajektorie i znajdują bezstratnie obwodnice, niczego nie gubiąc. Jak bowiem mówi Danijel, przyglądając się swojej matce z coraz uboższą w wyniku demencji pamięcią i świadomością: „Ja też wkrótce będę miał w jednym miejscu i żywych i zmarłych. Nic nie będzie ani daleko, ani blisko. Między bliskim i dalekim jest tylko krok.”

Tak też i Rudi, do którego adresuje swoje słowa Danijel, uważa że jedno życie to zbyt mało, chciałby więcej ról, więcej podniet, ponieważ „nie wątpił, że należy do wybranych.” Tyle, że był nazbyt wycofany i nieśmiały, więc nawet to, co mu się już przydarzyło, zwykle według niego płytkie i przyziemne, i tak okazywało się dla niego zbyt wielkim wyzwaniem, by je podjąć. Tak więc teatr, jaki wymyśla i w jaki wierzy, staje się dla niego alternatywnym życiem. Często wręcz myli mu się z tym rzeczywistym, które ani trochę go nie pociąga. Pustkę wypełniają mu coraz to nowe scenariusze, tworzone ad hoc, naprędce, „Świat to bezkresna witryna. Każda ulica jest już w następnej chwili inna. Przez całe życie Rudi wprowadza się do domów, koło których przechodzi.” Czemu układanki losów innych niż jego własny zdają mu się ciekawsze i szczęśliwsze? Może dlatego, że może je sobie wypełniać dowolnymi treściami, część wymazywać magiczną gumką, zwielokrotniać, odważając się na najbardziej karkołomne warianty. Wieczny marzyciel to, czy po prostu człowiek obawiający się odpowiedzialności, jaka łączy się z każdą konkretną decyzją? Niedoszły aktor, niespełniony pisarz, dramaturg bez teatru, czy wykorzystujący innych słabeusz? To pytanie dręczy czytelnika od początku do końca.

Coraz to nowe wagony łączy i rozdziela, zasiedla i odstawia na bocznice, swój zaś pozostawia pusty, zakurzony nieodświeżanymi wspomnieniami, zapomniany. Ciągły obserwator, bardzo rzadko obserwator uczestniczący, bardziej bajkopisarz niż świadek. Salwujący się ucieczką natychmiast, gdy tylko dostrzega najmniejsze objawy przeciętności albo groźbę zakotwiczenia.

Wciąga nas w kadry z Nataliją,, z Marią Lechotkaj, z Ireną, w końcu także z kolejnymi kobietami już w Budapeszcie i dalej. Dzięki temu możemy poznać jego obie twarze, tę prawdziwą, której nie lubi odkrywać nawet wtedy, gdy jest sam, a także tę wykreowaną, pociągniętą politurą i podrasowaną, z którą na dobre się zżył. Zastanawia się czasami, czy jest wyjątkiem, czy może też inni mają jakiegoś „drugiego siebie” skrytego, przyczajonego ze swoimi tajemnicami. Czy jego ojciec albo matka byli rzeczywiście tacy, jak ich pamięta, co tak naprawdę o nich wie, choć spędzili razem połowę życia? Czy to po ojcu „odziedziczył obserwatorium? Nerwowe kroki i skłonność do odwlekania rozkoszy? Obsesje z powodu straconych okazji, przygnębienie i delikatność? (…) Nigdy nie wiesz, gdzie jest twoja opowieść, mówiła matka. I dlatego zawsze płyń pod pełnymi żaglami.” Gdzie jest w tym wszystkim on sam, ten prawdziwy Rudi?!

Ogromną zaletą powieści jest jej styl. To najbardziej kunsztowny kolaż pojedynczych ilustracji wyjętych z ludzkich życiorysów, jaki spotkałam w prozie Velikica. Szkice pobieżne i dopracowane dzieła, lekkie rozmyte akwarelą podobizny i drobiazgowe, niemal fotograficzne ryciny-schematy, ikony i senne wizje. Brak jedynie surrealistycznych przerysowań i groteski. Wszystko tu bowiem rozgrywa się w powadze realnego, niezbyt pięknego świata, od którego raczej szuka się ucieczki, aniżeli chce się weń zagłębiać. Rudi wypatruje więc ludzi, posługuje się nimi, by eksplorować ich życie. Staje się ono pożywką dla jego wyobraźni. Wojwodina, Belgrad, Budapeszt, Monachium, Hamburg… opisywane i przeżywane są poprzez ich mieszkańców, tak więc mają niezliczoną ilość żyć i odsłon. Dostarcza nam ich bohater, częściowo obserwator, częściowo artysta, bardziej twórca niż komentator.

Piękne to obrazy, zmysłowe, nasycone, wzbogacone o liczne szczegóły, często też podbarwione metaforą, szerszym kontekstem. Doskonałe wydaje się porównanie człowieka do wagonika pociągu, wyruszającego ze stacji, a później niespodzianie, wedle kaprysu, zmieniającego kurs, doczepianego tu i tam, nieraz zmuszonego stać na bocznicy, by przepuścić te inne, bardziej priorytetowe wagony. W końcu jednak trafia i on na stację docelową. Gdzie? Czy to ważne? „Wszystko już widział. W każdym fragmencie życia, który sobie wyobrażał, już był. (…) Wszystko jest jedną wielką opowieścią.”

Recenzja na stronie sztukater.pl

Kup książkę w naszej internetowej księgarni